O wyższości ogółu nad szczegółem
I na odwrót
czyli fantastyka kontra fantasy
&
Novinha kontra współcześni twórcy czysto komercyjni


O tym czym jest fantastyka, a czym fantasy każdy chyba wie. A jak nie wie, może w tej chwili zerknąć do słownika - takiej grubej, strasznie zakurzonej przez te lata nieużywania książki - i tam przeczytać bardzo ładną definicję, jakiej ja w życiu nie potrafiłabym napisać.

W moim tekście chciałabym raczej powiedzieć dlaczego wolę ogół nad szczegół, czyli fantastykę nad samo fantasy. Fantasy stało się ostatnimi czasu gatunkiem bardzo modnym. A to co modne ulega troszkę komercjalizacji. Oczywiście dzieło powinno się sprzedawać, ale nie należy tworzyć tylko z tego powodu aby się sprzedawało, bo to może dawać dość mierne efekty. Półeczki w księgarniach uginają się pod coraz ładniejszymi wydaniami Wielkiej Trójcy Tolkiena, a nasz polski mistrz Andrzej też nie próżnuje i produkuje się na wszelkie sposoby, choć jego dzieła akurat nie uznaje za całkiem niezłe. Modę tę rozpropagowały głównie RPG i filmy. Powstało wiele książek na podstawie gier, może nawet tyle samo co gier na podstawie książek. Moim, prywatnym zdaniem, taka książka dziełem sztuki raczej szans zostać nie ma. Powstało również wiele wielotomowych sag, w których tanie wątki erotyczne górują nad całą resztą treści.

Fantasy, jako regułka przedstawia się bardzo ładnie. Gorzej z rzeczywistością. Rzadko która książka ma "ten" klimat. Autorzy coraz częściej "odczepiają" coś do świata Tolkiena nie tworząc nic własnego. W kółko latają smoki, do ludzi strzelają elfy, a krasnale biegają z toporkiem za elfem, który zakochał się nie w tej księżniczce co trzeba, a mali czarodzieje bawią się na szkolnym podwórku miotłą, czym głęboko wpływają na losy świata. Oczywiście wśród fantasy zdarzają się prawdziwe cuda i cudeńka, pełne klimaciku i magii, naprawdę oryginalne. Ale cuda, jak to cuda zdarzają się rzadko.

Do fantastyki zaliczamy jeszcze nurcik zwany Science Fiction. Nurcik ten lata popularności, przywiezione wprost z "Gwiezdnych Wojen" ma już za sobą. Nie jeździ już na rowerku z dziećmi ET, Terminatory nie biegają z kałaszem, a Star Trek odpłyną sobie w gwiezdną przestrzeń, a Franki już się nie przewraca w grobie. W Science Fiction zaczęły królować nudnawe Space Opery. Oczywiście jest parę wyjątków, ale jak spojrzycie książki te były tworzone głównie na przełomie lat 70 i 80, czyli z dwadzieścia lat przed. Mimo tego powolnego upadku tej literatury uważam, że ma ona jednak więcej oryginalności i pomysłowości niż trochę monotematyczne fantasy.

A teraz parę mądrych wniosków na koniec tego przydługiego tekstu.
Nie dajcie się nabrać na modę, bo to ogłupia.
Nie mówcie mi, że czytacie Fanatsy, gdy pod wpływem filmu przeczyliście tylko pierwszy tom Tolkiena. Nie czytajcie wielotomowych, lekko zboczonych sag pseudofantasy, bo się z wami zrobi to co z moja znajomą, czyli naprawdę coś strasznego.
I nie brońcie mi tu swoich ulubionych książek. Dobra książka ma to do siebie, że się sama obroni. Zostanie, gdy tysiące innych znika. Do dobrej książki będziesz chciał wrócić po pewnym czasie i wiesz, że wciągnie się ona prawie tak samo jak za pierwszym razem. Nie ograniczajcie się tylko do wąskiego fantasy. Przeczytajcie też coś innego, to też wciąga. Każda książka tworzy swój niepowtarzalny, oryginalny świat, nie musi być w niej pełno smoków i czarodziejek. Są książki i ciekawe, i ambitne. Tyle, że trzeba długo szukać zanim na nie traficie.

Novinha