Przystanek
Marek
Nienajcieplejszy dzień, jakich w listopadzie wiele.
Siedzę w umówionym miejscu, a konkretniej na pustym przystanku, nieco przed czasem. Daszek
czapki skutecznie przysłania moje oczy, ręce w kieszeni, żeby nie marzły. Ciemno, coś około
godziny siedemnastej. Po pewnym czasie czuję, jak lekko ugina się ławka przystankowa.
Podnosząc głowę, widzę lekko podchmielonego człowieka. Ten rzekł w moją stronę:
- Masz zegarek, bo chyba żem się spóźnił na autobus?
- Nie.
Skłamałem, mając na celu skończenie przed chwilą rozpoczętej rozmowy. Ponownie spuściłem głowę, jednak
koleś nie dawał za wygraną.
- Te, ziomek, co ty tak cicho siedzisz?
Nie odzywam się.
- Taa..., to przez kobietę, znam się na tym! {rzekł błyskotliwie}
Masz dziewczynę?
- Tak. {daję połowiczną odpowiedź, chcąc mieć spokój}
- Kochasz ją?
- Pewnie.
- A ona ciebie? w głosie wyczułem "ciebie" z małej litery :(
- Tak przynajmniej twierdzi.
- To w czym kurxa poroblem ?! ...ta dzisiejsza młodzież coś dziwna się zrobiła.
- Życie jest ciężkie, nawet człowiek na piwo nie ma... {z trudem powstrzymywałem się od śmiechu}
- Toć trzeba było tak od zaraz. Jo, znam te problemy.
Facet wygrzebał z kieszeni monetę pięciozłotową.
- Trzymaj ziomek, jako Gdańszczanie musimy się wspierać. {Zaczął zbliżać się autobus}
O, autobus. Jaki to, bo nie widzę.
- Linia 156
- To mój, trzymaj się dzieciak!
Facet wsiadł do autobusu i tyle go widziałem.
Morał 1. Jeszcze trzech takich gości i mam na nowe CDA.
Morał 2. Komunikacja miejska to piękna sprawa :)
Był to pierwszy tekst z cyklu AZ! True Stories (Wszelkie prawdopodobieństwo do "E! True Stories"
jest przypadkowe).
|
|