Zacznę od odkrywczego stwierdzenia. Otóż w naszym pięknym kraju panuje bezrobocie. Żeby nie zostać jednym z ludzi bez pracy, trzeba się uczyć. Chyba, że dla kogoś szczytem marzeń i ambicji jest wywożenie śmieci (jakby co - szanuję śmieciarza jak każdego człowieka i często bardziej niż ludzi "na szczycie"). Chociaż dziś nawet żeby dostać taką pracę, trzeba mieć farta (i trzeba się uczyć)... Dlaczego uczyć? Ostatnio mój wychowawca opowiadał, że w jakiejś firmie poszukiwano sprzątaczki. Zgłosiło się 30 kobiet. Nie wiedząc, którą zatrudnić, zrobiono im konkurs świadectw maturalnych! :)) Ta kobieta, która miała najlepsze świadectwo, otrzymała zaszczytne stanowisko sprzątaczki i szczotkę...
Ja teraz jestem w pierwszej klasie LO. Gimnazjum skończyłem ze średnią 3,0! Moje IQ według różnych źródeł wynosi między 135 a 150 (wliczając niezbyt miarodajne testy z m.in. "Gazety Wyborczej". W każdym razie z testu na którymś CD, w którym Smuggler osiągnął 136, ja miałem 150 ;)) Niekoniecznie jestem drugim Einsteinem, ale teoretycznie (i praktycznie też) powinienem mieć średnią powyżej 5. No i miałbym, ale olewałem szkołę. Nie chwalę się (bo czym?!) tylko piszę, jak było. Zawsze byłem zdolny, ale leniwy. Swoją drogą jak nauczyciele poznają, że ktoś jest bardzo zdolny, skoro ma średnią 3,0?! Przychodzi taki na lekcje, siada w ostatniej ławce, przez całą lekcję z czterema kolegami śmieje się, gada o wszystkim oprócz lekcji, ozdabia podręczniki, rzuca po sali piórnikami, zeszytami, odkręca klamkę od okna i ogólnie zachowuje się jak idiota, a nauczyciel mimo wszystko wie, że ten delikwent jest zdolny! Radary mają czy jak? (Jakby ktoś nie załapał, to pisałem o sobie :)) Chociaż.. na koniec roku z matematyki miałem 2 (i to wymęczone, bo jeszcze musiałem na koniec roku przygotowywać referat, by zdać), a w konkursie matematycznym "Kangur" zająłem czwarte miejsce w szkole :)). A to dlatego, że mi się nie chciało. Przychodziłem ze szkoły w dobrym nastroju (wiadomo, 6 godzin płakania ze śmiechu i interesujących rozmów... miałem taką świetną klasę... Zgraną, sami fajni ludzie... Najlepszą klasę, jaka mogła być. Spotykamy się czasem z kolegami i koleżankami, ale to nie to samo), zrzucałem plecak i siadałem do komputera albo wychodziłem pograć w nogę lub do któregoś kolegi. Na pewno nie myślałem wtedy o nauce, nie mówiąc o odrabianiu lekcji. Właściwie całą masę jedynek miałem z powodu braku pracy domowej.
Obudziłem się w połowie maja, gdy połapałem się, że grożą mi cztery jedynki - z historii, fizyki, matematyki i chemii. Historię poprawiłem tego samego dnia, którego było wystawienie ocen na koniec roku, z matmy referat, z chemii postawiła mi dwóję (do dziś nie wiem, jakim cudem) a z fizyką było śmiesznie. Poszedłem na wagary (to pod koniec roku i czasami w trakcie był stały punkt programu) i razem z kolegami oglądaliśmy mecz Polska - Korea Płd. na MŚ. Po pierwszej połowie meczu koledzy poszli na lekcje (to świadczy o nastroju wywołanym wynikiem do przerwy), a ja, jako najwierniejszy kibic polskiej reprezentacji, zostałem w domu. Następnego dnia okazało się, że na fizyce nauczycielka pytała się o mnie. Dowiedziawszy się, że siedzę w domu i oglądam mecz, spytała: "Wobec tego kto zamiast niego odpowie?" i kolega odpowiedział za mnie. Miałem więcej szczęścia niż rozumu. I te nerwy... To była klasa trzecia gimnazjum i dopiero wtedy w maju połapałem się, że mogę nie dostać się do liceum! Byłbym chyba najinteligentniejszym uczniem zawodówki ;) Zwłaszcza, że w zawodówce jest ostre kocenie... Raz wzięli dwóch chłopaków, kazali im położyć się na obszczanej podłodze i całować się ze sobą... Sorry za tak drastyczne teksty :/. Na moje szczęście z testu na koniec gimnazjum dostałem najwięcej punktów w klasie (77). 77 punktów i średnia 3,0. Ciekawe, co o tym mówiła komisja rekrutacyjna :). Połapali się, że mam potencjał ;).
W moim czterdziestotysięcznym mieście są trzy licea, ja złożyłem papiery do dwóch. W najgorszym liceum w mieście byłem dwudziesty czwarty na liście rezerwowej, a w drugim (a może najlepszym?) liceum byłem dziewiętnasty na liście przyjętych. O co tu chodzi? No ale dobra, jestem uczniem LO. Poszczęściło mi się. Nawet na razie mam w miarę niezłe oceny (bo zacząłem się bardziej przykładać). Napisałem ten art, gdyż wielu ludzi jest inteligentnych, a olewa szkołę. Uczcie się. Wy nie musicie mieć tyle szczęścia co ja. Możecie potem pluć sobie w brodę i żałować, ze się nie uczyliście. Potem będzie za późno. Oszczędźcie sobie też tych nerwów na koniec roku. Sam to przeżyłem, więc możecie mi wierzyć.
Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>
PS. Słuchajcie Queen, a także takich zespołów, jak Metallica, Genesis, Depeche Mode, Electric Light Orchestra, Nirvana, U2, Pink Floyd, Dire Straits, Radiohead, Coldplay.
PS2. Ja podczas pisania słuchałem płytki U2 "Achtung Baby" i utworu Guns N' Roses "November Rain"