MAŁEGO JASIA SMUTNA METAMORFOZA


Axel Prubaj Hoolanoga przedstawia pierwszą opowieść z cyklu "Z życia wzięte".

Był sobie Jasiu. Tak naprawdę nie nazywał się Jasiu, ale obowiązuje ustawa o ochronie danych osobowych, zresztą i tak go nie znacie, więc co Wam za różnica? Był sobie, i chwilowo to musi wystarczyć. Całkiem nieźle sobie był. Finansowo jego rodzina stała jak na nasze warunki bardziej niż przyzwoicie, Jasiu na brak kasy nie narzekał.
Narzekał na coś innego. Jego rodzice byli bowiem zagorzałymi katolikami, przy których Pasibrzucha możnaby nazwać nieco-ponad-ateistą. Nic nikomu nie ujmując i z pełnym szacunkiem, określenie "nawiedzony człowiek" idealnie pasowałoby do jego ojca, a familia jako taka przywodziła na myśl Amischów, tyle, że zmotoryzowanych i zkomputeryzowanych. Po prostu żałość człowieka brała, gdy patrzył na małego Jasia niemal przemocą wywożonego do kościoła co drugi dzień i zmuszanego do odmawiania modlitwy przed zjedzeniem jogurtu.
Dopóki Jasiu był naprawdę mały, z pokorą znosił obowiązujący go stan rzeczy. Co zresztą mógł zrobić, oprócz tupania nogami? Na głowie miał wcale sporo - już sama czwórka młodszego rodzeństwa, jakby nie patrzeć absorbowała i czas, i siły. Ale Jasiu był dzielny - na własne oczy widziałem, jak podczas gry w Virtua Fighter jedną ręką przytulał trzyletnią siostrzyczkę, która stłukła sobie kolano, a drugą toczył pojedynek z Duralem. (Naturalnie przegrał:).
Z biegiem czasu Jasiu pomału przestawał łapać się pod określenie "mały". Razem z centymetrami przybywało mu zniechęcenia sytuacją w domu i chęci buntu. Kształtujący się światopogląd Jasia prawdopodobnie doprowadziłby jego rodziców do zrzeczenia się praw rodzicielskich, gdyby go ma się rozumieć znali. Ale nie znali, Jasiu perfekcyjnie zakamuflował swoją metamorfozę.
A co to była za metamorfoza? Zmenelenie, mówiąc krótko a dosadnie. Jasiu przepoczwarzył się - z miłego, inteligentnego i kulturalnego chłopca, takiego, o którym z uśmiechem mówiono "to ten Jasiu, zawsze taki grzeczny i spokojny", w bestię z wykrzywionym systemem wartości. To, co było złe, stało się dobre, to czego należało unikać awansowało do miana tego, do czego należy zmierzać. Dawni kumple stali się niewarci spojrzenia, reprezentanci szkolnego marginesu nagle zostali jego towarzystwem.
Najżałośniejsze w tym wszystkim jest to, że cała ta przemiana odbyła się z woli Jasia, była dokładnie zaplanowana i stopniowo wprowadzana w życie. To nie było bierne „staczanie się”, raczej dobrowolny zjazd.
A od dna było coraz bliżej - już nie tylko papierosy i wino służyły uatrakcyjnianiu jasiowych wagarów, w grę wchodziły marihuana i rozmaite mikstury o tajemniczym składzie i nieprzewidywalnym działaniu.
Ale nie tylko dno się zbliżało - zbilżał się nieuchronnie egzamin gimnazjalny, jakby nie było decydujący o przyszłym losie chłopaka. Czyżby będący ucieleśnieniem ambicji swych rodziców, ukochany najstarszy synek miał edukować się w szkole zawodowej?
A trzeba dodać, że w ślady Jasia wybiera się jego młodszy brat, nazwijmy go Zdzisiem. Na razie chyba tylko się przymierza, ale potem to już będzie z górki. Dwa ludzkie wraki z najreligijniejszej rodziny naszego Sulęcina?

Ciągnięcie tej smutnej opowieści dalej nie miałoby większego sensu, przerwijmy ją więc i chwilę się zastanówmy. Czy to możliwe, aby zmenelenie Jasia było skutkiem działań jego rodziców, tak bardzo pragnących wychować go na porządnego człowieka? Przecież Jasiu miał wszystko, co według Kościoła kształtuje "porządnego człowieka": ciepło domowego ogniska, i Boga znajdującego się w jego centrum. A co z niego wyrosło?
Czyżby fakt wspólnego z rodziną uczestnictwa w mszach św. i odmawiania wieczornej modlitwy w siedmioosobowym gronie jednak nie gwarantował zakorzenienia w łepetynie młodego człowieka odpowiednich wartości moralnych?
Chyba nie, zważywszy, że jeden z moich bliższych kumpli wychował się w całkowicie ateistycznej rodzinie, a w porównaniu z Jasiem jest wzorem chrześcijańskich cnót i zasad. Co nie przeszkadza katechetom i księżom go dyskryminować. Jasiowi obecnie bliżej do satanisty, niż chrześcijanina, ale to z kolei nie przeszkadza mu w byciu pupilem katechetów, jako że jego katolicka rodzina jest dość znana w naszym miasteczku.
Paranoja. Pamiętajcie, jakby co - nie wasze czyny świadczą o tym, czy jesteście dobrymi ludźmi. Ważniejsze jest, czy jesteście uważani za katolików, czy nie. To tak na marginesie.
Głównym bowiem założeniem tego arta jest chęć udowodnienia, że wpajane na siłę "wartości niezbędne do duchowego rozwoju" powodują, paradoksalnie, duchowy upadek. I niech się zastanowią wszyscy ci, co to widzą ewangelizację jako niezawodną metodę kształtowania odpowiednich odruchów u młodych ludzi. Bo miast dobrotliwego świętoszka może powstać kolejny Jasiu.
I to tyle.

Żegnam.

Axel Prubaj Hoolaynoga

p.s. Nic nie słuchałem. Jeśli nie liczyć bicia dzwonów, bo mieszkam naprzeciw kościoła.
p.p.s. Pozdrawiam Miśqo'a (Qn'ik, on teraz bardzo żałuje i nawet mu głupio :), Manwego, M@nj@ka, Brzucha, Faramira, Łysego Konia i Żyletę.