Dlaczego... czyli dziennik
schizofrenika.
Rzeczywistość znowu wdarła się do mojego umysłu... przyszła bez zaproszenia i otworzyła wrota świadomości na orzcież. Broniłem się... ale ona była mocniejsza, walka trwała długo bo sen nie chciał mnie wypuścić ze swych szponów. W końcu przegrał... odszedł. Złożyłem wielką ofiarę by móc istnieć, ale i zyskałem wiele... Świat nadal wydawał się taki zimny i... kolorowy... zimny dlatego, że nic już nie czułem, żadnych uczuć... kolorowy, bo każdy człowiek ma jakiś kolor, niektóre powtarzają się, ale ludzie podrabiają kolory innych i tak tworzą się nowe kolory sprawiając, że nie ma dwojga ludzi o tych samych kolorach... wyszedłem z domu... kolory przemykały obok mnie, ale nie zwracałem ni nie uwagi... wszystkie już znałem... żaden nie mógł mnie zadziwić... szedłem dalej, czas mijał, ale to nie miało dla mnie znaczenia... czas to tylko zbitek różnych momentów... zazwyczaj nie ważnych... jakiż byłem głupi uważając, że już nie odnajdę człowieka o nieznanym mi kolorze! Wtedy właśnie go ujrzałem... klęczał, żebrał o pieniądze i jedzenie... twarz znałem, ale ten odcień... nie znałem tego koloru... przyciągnął mą uwagę... podszedłem do niego i zobaczyłem jak uśmiech rośnie na jego twarzy... tak znałem go dobrze...
- Młodzieńcze, czy możesz mi coś dać?- zapytał, poczciwa twarz zarumieniła się.
Kiwnąłem głową i sięgnąłem do kieszenie. W tym czasie „mój przyjaciel” rozpoczął swój monolog...
- Taki dobry jesteś paniczu, jesteś księciem... zawsze dajesz mi pieniądze... oby Bóg cię błogosławił...- spojrzałem mu w oczy... szczere, dobre i... stare. Wyciągnąłem z kieszeni monetę, wyciągnął rękę, położyłem pieniądz w jego pomarszczonej dłoni.- dziękuję, oby Bóg cię...- znowu spojrzałem w jego oczy. Zrozumiał... był bardzo inteligentny... rozumieliśmy się wspaniale.- za tą monetę pożyję dzień dłużej... nie wiem co by było gdybyś nie dawał... jesteś jak dobry bóg...
Sięgnąłem znów do kieszeni... wyciągnąłem banknot... wskazałem na niego. Znów zrozumiał.
- Masz rację... Bóg nie istnieje... to co trzymasz w ręce zastępuje nam nieobecnego Boga...
Położyłem banknot na jego nogach. Zaproponował byśmy się przeszli do pobliskiej ławki. Usiedliśmy... rozmawialiśmy... on mówił, ja patrzyłem... wszystko było jasne...
Poszedłem w swoją stronę... on został... już wiedziałem co mnie tak zainteresowało... jego kolor zmieniał się cały czas, chociaż on nikogo nie naśladował! Posiadał każdy kolor jaki można tylko było sobie wyobrazić...
Nadeszła zima, zachorowałem i nie mogłem wychodzić... „mój przyjaciel” umarł pewnego dnia... dowiedziałem się o tym kilka dni później...
...odszedł człowiek... straciliśmy wiele... od niego
mogliśmy nauczyć się jak zmieniać kolory bez udawania kogoś innego... teraz
już nie poznamy tych kolorów... a szkoda, bo były takie piękne...
Smutny Wędrowiec
Ps. nie martw się drogi czytelniku... jest jeszcze kilka osób takich jak „mój przyjaciel”...