Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami
Najtrudniej jest rozpocząć opisywać myśli, które gnębią, są na tyle ciężkie i
przytłaczające, że samemu traci się na cokolwiek ochotę. Wszystko w zasadzie mógłbym
skwitować jednym zdaniem: Ten cały bajzel nie ma sensu. Mam ochotę powiedzieć, że nie warto
o niczym myśleć, o cokolwiek się starać i poczynać jakichkolwiek kroków. I tak przecież nie
wiem czy cokolwiek to pomoże. Co z tego, że mam chęci i pragnienia, skoro jedyne co mogę w
tej chwili zrobić, to pomyśleć o nich. Może jeszcze opowiedzieć, ale to już nie ma sensu.
Gadanie dla gadania. Chociaż zdawałoby się, że jakiś sens to ma - opowiedzieć, że o czymś
się myśli, czegoś by się chciało.
Nie potrafię powiedzieć sobie: Nie możesz tego mieć, więc nie myśl o tym.
Dla mnie takie postępowanie jest najprostszą drogą do zapomnienia o własnych
pragnieniach i marzeniach.
A jeśli o nich zapomnę, to jaki cel będzie miało moje życie? Pomyśleć tylko, że zapominam o
wszystkim, czego bym chciał, a czego w tej chwili mieć nie mogę - czy w takim układzie jest
sens cokolwiek robić? Właśnie te pragnienia, które chciałoby się spełnić, są powodem, dla
którego staram się utrzymać w kupie i nie zamienić w warzywko, które nic nie czuje, nie
myśli i w zasadzie niczego, poza w miarę regularnym odżywianiem się i wypróżnianiem, nie
potrzebuje. Czy po to urodziłem się człowiekiem? Żeby nie chcieć? A jeśli chcę, ale nie mogę
mieć czy osiągnąć, to zapomnieć, że chcę? Czyli wracam do punktu wyjścia - nie chcę. Nie
muszę o nic więcej się starać, ani też o niczym myśleć. Żadnych zmartwień, koniec stresu i
niepokoju, koniec trosk o przyszłość. Inaczej mówiąc, sposób na szczęśliwe przejście przez
życie. Ja jednak nie byłbym wtedy szczęśliwy. Jestem z innej gliny. Te marzenia, to mój
napęd. One wszystkie są przede mną, czekają na spełnienie. Dobrze, może się łudzę, może to
one łudzą mnie. Wiem jednak, że jest coś, do czego dążę. Coś, na co warto czekać i do czego
zmierzać.
Przyznaję, niejednokrotnie jest tak, że już od samego rana nie mam ochoty wstawać z łóżka.
A nawet jeśli wstaję, to tylko po to, żeby w jakiś sposób zabić czas. Czymś się zająć, byle
tylko zleciał ten pusty i bezsensowny dzień. Jest tak dlatego, że zaraz po przebudzeniu
czuję już, że właśnie w tej chwili czegoś mi brakuje. Gdzieś w samym środku gnębi mnie
uczucie niezadowolenia, bo po przebudzeniu ujrzałem świat i swoje życie, nawet ten moment
przebudzenia, innymi, niż chciałbym je ujrzeć. I nie mogę nic z tym zrobić. Muszę się
podporządkować. I to też sprawia, że jestem niezadowolony. Do tego wszystkiego dobija mnie
moja własna bezsilność. Nie mogę pstryknąć palcem, żeby wszystko zmienić. Pstrykanie byłoby
zbyt łatwe, wiem o tym. Ja jednak nie wiem nawet co mogę od zaraz zacząć robić, żeby
przynajmniej zacząć dążyć do tych zmian. A chciałbym zmian. Dużych i poważnych zmian.
Takich, które sprawiłyby, że świat i życie zaczną jawić mi się w zupełnie innych kolorach.
To prawda, mam na co czekać. Mam też z czego się cieszyć. Wielu ludzi nie ma nawet połowy
tego, co ja. Nie jestem jednak tą połową ludzi.
Mam dla kogo i po co żyć. Przede wszystkim, mam dla kogo pragnąć i marzyć, mam dla kogo
starać się o spełnienie tych marzeń. Czas jednak ucieka, a ja stoję w miejscu. Same
pragnienia nie wystarczą. Jest cel, są chęci, brakuje jednak drogi, po której mógłbym się
poruszać. Chociaż, za drogę mógłbym uznać życie. Jest to jednak bardzo ciężka i wyboista
droga. Pozbawiony wszystkiego, a przynajmniej tego najważniejszego i jednocześnie
najcięższego, o czym marzę, mógłbym ją przejść. Pewnie nie zasapałbym się nawet w trakcie
przemierzania jej. W tej chwili jednak, gdy moje pragnienia są dla jednej osoby zbyt wielkim
ciężarem, nie daję rady. Jest mi zbyt ciężko, a marsz jest zbyt męczący - przynajmniej
chwilami. Chciałbym móc podzielić się tymi pragnieniami. Czasami próbuję. Chyba...
Może nie wychodzi mi to najlepiej. Być może dlatego sam je dźwigam. Nie potrafię jednak
porzucić ich gdzieś po drodze. Nawet nie chcę tego robić. Nie chcę i nie potrafię o nich
zapomnieć. One są moim celem, moją siłą...
Ty jesteś moją siłą, pragnieniem i marzeniem, do którego spełnienia chciałbym dotrzeć.
A przynajmniej do miejsca, w którym będę mógł spokojnie i z czystym sumieniem przekazać Ci
część tego ciężaru, który jest jednocześnie najbardziej wartościowym ciężarem jaki człowiek
może dźwigać. Do miejsca, w którym część tego ciężaru ode mnie przejmiesz i nie będzie to
wymagało od Ciebie wysiłku, będzie za to radością płynącą z dzielenia się szczęściem.
Radością z dzielenia się sobą, swoimi pragnieniami, naszymi wspólnymi, których spełnienie
jest moim największym marzeniem.