Wielka brązowa plama smętnie widniejąca na biurku. Zalana klawiatura i drobne plamki cieczy zdobiące monitor. Umazane fusami koszula i przód spodni. I dopełniający obrazu tragedii stłuczony kubek z uśmiechniętym hipopotamem..
A przecież od samego początku było wiadomo,
że to się skończy tragicznie.
Nie powinienem był tak późno szwendać
się po mieście. Nie powinienem był zasypiać koło kolejnej nieznajomej.
Nie powinienem był zaspać rano do pracy.
Pamiętam jak przez zasłonę dymną niespodziewaną pobudkę. Pulsujący ból w głowie, odrobina namiętności w jeszcze ciepłej pościeli, potem szybki prysznic. Po wyjściu z domu i zdawkowym pożegnaniu bieg do autobusu, który zawiezie mnie w bardziej cywilizowane miejsce, skąd będzie można dojechać do biura.
Mimo najmroczniejszych obaw dojechałem
na czas. Mniej więcej. Ale nadal czułem w powietrzu wiszącą tragedię.
Dzwoniła do mnie. Nie wiem skąd miała
mój numer. Pewnie zawiązana przy barze znajomość zaowocowała wymianą numerów.
Z resztą też musiałem mieć jej numer, ponieważ na wyświetlaczu pojawiły
się inicjały dzwoniącej osoby. D. F. Cokolwiek to znaczy jestem zbyt śpiący
by sobie teraz przypomnieć która z liter oznacza imię, a która nazwisko,
a już tym bardziej rozwinięcie tych inicjałów.
Zaspany i ledwo po właściwej stronie granicy
przytomności umysłu siadam przy biurku. Kolega coś do mnie mówi, ale nie
za bardzo go rozumiem, więc udzielam standardowej odpowiedzi, że załatwię
to jeszcze dziś do obiadu. Okazało się, że odpowiedź go usatysfakcjonowała,
bo sobie poszedł.
Na ulicy za moimi oknami robotnicy kują
coś młotem pneumatycznym, więc czym prędzej instaluję w małżowinach usznych
słuchawki, które pomogą mi zagłuszyć, przynajmniej częściowo, dobiegający
z zewnątrz hałas.
Pierwsze co, odpalam to poczta. Odkopuję
się z zaległości, które mi narosły przez tą noc. Większość kasuję zaraz
po przeczytaniu, inne odkładam na później, na jeszcze inne odpowiadam bładząc
palcmi po klawiaturze i ledw widząc co psizę popełniam strssznie dużo literówek.
Po półgodzinie jestem już gotów do podjęcia
obowiązków służbowych.
To straszny kocioł. Nie obudziłem się
nawet w połowie, żeby móc świadomie cokolwiek robic, ale w mojej pracy
nie jest potrzebna świadomiość. Wustarczy być malutkim okrąglutkim czajniczkiem,
który robi to co do niego należy najszybciej jak się tylko potrafi. Tak
zatem zostaję pchłonięty przz dzwonące telefony i klepanie w klawiaturę,
ze dopiero o godzinie jadenastej, kiedy pisanie zaczyna już przychodzic
coraz łatwiej, zauważam, zę najwyższa pora na ‘poranną’ kawę.
Napięcie jednak mnie nie opuszcza.
Niestety – porażka. Odkąd pamiętam ludzie,
którzy nie mają czasu przesiadywać w kuchni po kilka godzin rano nie mają
najmniejszych szans na kawę. Czy to nie paradoks?
Ci, którzy najwięcej z**********ą nie
mają szans napić się kawy z ekspresu, bo banda opierdalaczy wypija ją żrąc
kanapki z szynką, pomidorami i ogórkami, oraz inne, siejące skręcające
pusty żołądek zapachy, specjały.
W*******y idę się odlać. Widok zapijaczonej
mordy mojej w lustrze dopełnia obrazu tragedii. Przygładzam rozczochrana
czuprynę dłonią i kieruję swe niepewne kroki w stronę drzwi.
Po wyjściu z kibla uznaję, że należy mi
się jakieś śniadanie, bo ostatnio w ustach miałem same wysokoprocentowe
napoje, a było to wczoraj późnym wieczorem.
Kupując kajzerki i ser w plasterkach czuję
jak kac powoli traci na intensywności. Nic mi jednak nie zastąpi kilku
godzin snu. Niestety jednak musi on poczekać do nocy. Szczerze mówiąc to
jadąc po priorytetach sen schodzi na drugi a nawet trzeci plan już którąś
(taa.. kurwa tylko którą) noc z rzędu. Tak zatem poruszam się coraz bardziej
poza naszą rzeczywistością. Jeszcze trochę i zacznę robić sztuczki z telekinezą,
bo już wydaje mi się że gdzieś idę mimo, że siedzę przy biurku. Tak właśnie
było zanim poszedłem ‘na kawę’. Siedząc na fotelu podszedłem w myślach
po segregator, sprawdziłem w nim to, czego potrzebowałem i wróciłem na
miejsce.
Uczucie – świetne. Krajobraz i wszystko
się przesuwa, a mimo to człowiek czuje, że siedzi na tyłku, gdyż tak jest
w rzeczywistości.
Wracając do tematu. Dowlokłem się z powrotem
do kuchni. Niestety kawy jak nie było tak nie ma. Przeżułem śniadanie z
herbatą.
Potem oczywiście w połowie trzeciej kanapki
ktoś wpadł do kuchni z taka miną jakby właśnie na korytarzu dokonywał się
cud narodzin a ja byłem ojcem i jedynym, który się zna na położnictwie
zarazem. Kolejna bardzo ważna i nie cierpiąca zwłoki sprawa, z którą nikt
poza mną nie da sobie rady. Zero poszanowania dla cudzego kaca i zgagi.
Siedząc już przy biurku znowu musiałem
przerzucić kilkaset kilo spamu. Kilka zabwnych kometarzy do maili swoich
znajomych i dlaejze w kierat.
Uczucie niepewności i zagrożenia za każdym
razem powraca silniejsze. Teraz podobnie uderza mnie z coraz większą siłą,
mimo, że pochłonięty jestem pisaniem maili.
O czternastej doprowadzony do rozpaczy
brakiem kawy postanawiam zatroszczyć się o nią samemu. Biorę swój kubek,
który w obawie przed pożyczalskimi zawsze mam na biurku.
Chwilę tracę na obku******e tych, którzy
są święcie przekonani, że piękny zwyczaj mycia po sobie tych kilku łyżeczek
do kawy, które są w kuchni nie odnosi się do nich (założę się, że to ci
sami, którzy codziennie wypijają całą kawę). Dwie chewbatte łyżeczki kawy
(ledwo co wyskrobane z samotnego opakowania) zalane gorącą wodą i posłodzone
dwiema łyżeczkami cukru i jestem gotów do akcji.
Idę, drobiąc kroczek za kroczkiem, do swojego biurka. Stawiam sobie kawusię na wprost nozdrzy, tak, żeby zapach pobudził funkcje życiowe.
Chwila relaksu w trakcie pracy, która jednak
mimo wszelkich przesłanek nie jest wskazana dla ludzi nieprzytomnych. Znowu
przerwa na pocztę. Kilka szybkich, nerwowych kliknięć w klawiaturę i następni
znajomi mają powód, by się na mnie gniewać. “Lunetowe widzenie” przyczynia
się wreszcie do tragedii, która zapowiadała się już od rana.
Dzwoniący telefon i widniejące na wyświetlaczu
enigmatyczne D.F. Jedno zbyt nerwowe poruszenie niewłaściwą ręką i eksplozja
kawy dokonuje spustoszeń pośród papierów, telefonu, sprzętu elektronicznego,
długopisów, żółtych, przyklejanych kartek i innych rzeczy walających się
na biurku.
Mój umysł rejestruje wszystko tak jakby
działo się to na filmie puszczonym w zwolnionym tempie. Kawa wyskakuje
z kubka i wystrzeliwuje wysoką fontanną ku górze. Bryła kawy wisi w powietrzu
i bardzo nęcąca wydaję się perspektywa choćby siorbnięcia. Niestety nieubłagana
grawitacja góruje i gorąca struga rozbryzguje się wkoło parząc bezlitośnie
na powierzchniach kontaktowych z moimi receptorami bólu na rękach, nogach,
brzuchu i podbrzuszu.
Wielka brązowa plama smętnie widniejąca na biurku. Zalana klawiatura i drobne plamki cieczy zdobiące monitor. Umazane fusami koszula i przód spodni. I dopełniający obrazu tragedii stłuczony kubek z uśmiechniętym hipopotamem.
A przecież od samego początku było wiadomo, że to się skończy tragicznie...
OlseN – gangrel6@wp.pl
Wszelkie podobieństwo zdarzeń i osób przedstawionych w opowiadaniu
jest czysto przypadkowe.
Autor nie ponosi odpowiedzialności za wszelkie kłopoty wynikłe z
mylnej interpretacji utworu powstałego w półprzytomnym umyśle w środowe
popołudnie.
[Eddie: Wszelkie literówki i inne błędy były zamierzone przez autora.]