*** Depeche Mode ***


Wszystko zaczęło się w niewielkiej mieścinie Basildon kilkadziesiąt kilometrów od Londynu. Ot poprostu - Martin Lee Gore, Andy Fletcher i Vince Clark - trzech przyjaciół ze szkoły postanowiło założyć zespół. Kapele nazwali "Composite of Sound". Zaczynali od prostych gitarowych piosenek, ale bardzo szybko zmienili instrumentarium na syntezatory i automat perkusyjny. Wiadomo - przełom lat 70 i 80 fascynacje elektroniką.... Pierwsze utwory pisane przez Clarke'a utrzymane były w stylistyce new romantic, czyli melodyjne, sentymentalne a często przesłodzone pioseneczki o miłości. I wszystko było by OK gdyby nie jeden mały szkopuł - brakowało im wokalisty. Ważne było aby ten ktoś nie stał unieruchominy za syntezatorem, żeby mógł nawiązać kontakt z publiką. Kimś takim okazał się David Gahan - chłopaki wypatrzyli go w jakimś londyńskim pubie gdy śpiewał piosenkę swojego imiennika Davida Bowiego "Heroes". Gahan zgodził się przyjść na próbę Composite of Sound, wypadło na tyle dobrze że został on zaangażowany jako pełnoprawny wokalista:)))) Należało by wspomnieć o przeszłości Dave'a - bo w przeciwieństwie do reszty zespołu nigdy nie był on ugrzecznionym kolesiem - był punkiem, regularnie chadzał na koncerty Sex Pistols i the Clash, miał założoną kartoteke policyjną obejmującą: graffiti, kradzież i handel motocyklami i samochodami, posiadanie narkotyków, demolki, itd. Ze szkoły wyrwał się tak szybko jak to tylko było możliwe - przez pewien czas imał się różnych prac, miał ich 20, ale żadna mu nie odpowiadała. Jednym słowem - luzak;)

Ale wracając do historii - CoS zaczeli dawać pierwsze koncerty, raczej dosyć prymitywne biorąc pod uwage że jedyną dekoracje stanowiło kilka neonowych rurek pomalowanych na oczojebne kolorki. W tym czasie z inicjatywy Gahana doszło do zmiany nazwy na Depeche Mode (DM to tytuł takiego czasopisma o modzie, aczkolwiek słyszałem też że to taki okrzyk wojenny z czasów napoleońskich - to fajnie musiało wyglądac - armia biegnie na wroga i krzyczy "DEPECHE MODE":)))))))

Podczas któregoś z koncertów zauważył ich Daniel Miller - szef Mute Records i zaproponował im konktrakt - z radością przyjęty przez zespół. Nawiasem mówiąc Mute Records zawsze było swego rodzaju bastionem wolności dla artystów (Nick Cave, Einstertzunde Neubauten), niestesty niedawno został wykupiony i stracił niezależność:(((((((

Zaraz po wydaniu pierwszego albumu "Speak&Spell" ('81) szeregi DM opuścił Vince. Był to spory cios dla reszty zespołu, postanowili jednak, że z Clarkiem czy bez grupa będzie funkcjonować. Rolę kompozytora przejął Martin, chłopaki zatrudnili też nowego muzyka - Alana Wildera. Początkowo traktowany był on przez reszte zespołu z dosyć dużą rezerwą, nie miał on zbyt wielkiego wpływu na kolejną płytę "A Broken Frame" ('82). Generalnie dla wielu fanów jest to najgorsza płyta w dorobku DM. Dla mnie jedna z fajniejszych okładek - przedstawiająca jakąś zakapturzoną postać wśród łanów zboża z sierpem w ręku. Niby nic - ale jak do tego dodać fakt że bilety na występy DM promujące "A Broken Frame" były opatrzone symbolem sierpa i młota (pamiętajcie że to lata osiemdziesiąte) to zakrawa na kpine z "sowieckiego sojuza":)))))))))) Przodownicy Pracy Rulz;)

Kolejny album "Construction Time Again" przyniósł spore zmiany, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i teksty. DM zwrócili się ku industrialnemu brzmieniu a liryki opisywały patologie społeczeństwa, biedę, wojny, eksploatowanie i niszczenie środowiska naturalnego itp. Z tej właśnie płyty pochodzi piosenka "Everything Counts" - nawet dziś dla wielu fanów jest to niemalże hymn. Alan, który nareszcie stał się "pełnoprawnym" członkiem zespołu, skomponował kilka piosenek (moim skromnym zdaniem to daleko mu do tego co tworzył Martin, niemniej jednak taki "Two Mnutes Warning" jest całkiem do rzeczy).

Wydany rok później kolejny longplay "Some Great Reward" był w zasadzie kontynuacją "Construction Time Again" - jednak wzbudził o wiele więcej kontrowersji. Stało się tak za sprawą dwóch pierwszych singli: "Master&Servant" - traktującym o seksie i polityce, oraz "Blasphemous Rumours" (właśnie jak pisze te słowa to gra u mnie na mp3:))) - ze względu na bulwersujący przekaz obie piosenki zostały zbojkotowane przez rozgłośnie radiowe. Co z resztą nie przeszkadzało fanom z zaangażowaniem śpiewać je na koncertach:)

W roku 85 wydarzyły się trzy ważne rzeczy:
- po pierwsze - urodził się Strange69- czyli ja:)
- po drugie DM wydali kompilacje dotychczasowych singli. Nazwali to.. no zgadnijcie jak???? - "The Singles 81>85". Amerykańska edycja albumu nosiła tytuł "Catching Up With Depeche Mode".
- po trzecie - DM wystąpili po raz pierwszy w Polsce. Koncert na warszawskim torwarze przeszedł do historii i był początkiem "depeszomanii" w naszym kraju. To wtedy na ulicach zaczeli pojawiać się pierwsi "depeszowcy" a wraz z nimi wymalowane na murach inicjały grupy "DM".

Prawdziwy Boom nastapił jednak rok później - wraz z wydaniem płyty "Black Celebration". W zasadzie te dwa słowa najlepiej i najpełniej oddają styl zespołu w tamtych czasach. "Czarna Uroczystość" to bardzo mroczny, ponury album utrzymany niemalże w gotyckich klimatach . Co sie zaś tyczy tekstów - to Martin stworzył je inspirując się min. Brechtem, oraz Kafką. Cały album jest bardzo spójny i układa się w pesymistyczną opowieść o życiu i śmierci. Większość fanów po dziś dzień nosi się tak jak David Gahan za tamtych czasów - czarne ubrania, krzyże, skóry nabijane ćwiekami, no i oczywiście włosy obowiązkowo obcięte "na cegłe " (albo jak mawia moja znajoma - "na stołek") to znaczy boki i tył króciótko wygolone a reszta postawiona do góry.

I jeszcze słówko o teledyskach DM - bo właśnie po wydaniu "Black Celebration" zaczął kręcić je Anton Corbijn - holenderski fotograf i reżyser. Na pierwszy rzut oka chudy, niepozorny człowieczek, a jednak GENIUSZ!! Był on odpowiedzialny w zasadzie za całą strone wizualną zespołu w latach 1986 ->2001. Pierwsze video jakie zrobił dla DM to "A Question Of Time" - bardzo prosty, czarno biały film. Zresztą większość teledysków nakręconych przez niego jest właśnie czarno biała, najczęściej ich akcja toczy się na pustyni, wielokrotnie pojawia się motyw drogi. Zero efektów specjalnych - a mimo wszystko robią niesamowite wrażenie. Polecam!!!!!!

Zaraz po wydaniu "Black Celebration" DM ruszyli w trasę koncertową. Ponad 100 koncertów. Co tam się nie działo... Gahan wychodzi na scenę i od początku do końca daje czadu; miota się na wszystkie strony, tańczy jak derwisz, wymachuje mikrofonem (tzw "davedancing'). Reszta stoi pokornie z tyłu, bębniąc w swoje syntezatory.

"Celebration tour" wyczerpała jednak zespół, a był to dopiero początek tego całego szaleństwa, bo w 87 roku DM wypuścili kolejny album - "Music For The Masses". Tytuł mógł sugerować, że tym razem będzie to płytka i mało ambitna muzyka, lecz było dokładnie odwrotnie!!!!!!! Takie piosenki jak "Strangelove", "Behind The Wheel", czy "Never Let Me Down Again" to prawdziwe perełki. Martin skomponowal też dwa kawałki instrumentalne. Pierwszym był "Pimpf" - niesamowicie klimatyczny utwór, przywodzący na myśl jakieś ponure gotyckie zamczysko . Wyraźnie czuć fascynacje Gore'a muzyką klasyczną i do tego ten chóralny śpiew... "(...)Oooooooooh Piiiiiiiiiiiiiiiiimpfffff(...)". Mimo , że "Pimpf" nigdy nie ukazał się jako oficjalny singiel (tylko na stronie B, ale nie pamiętam co było "właściwym" singlem) Anton nakręcił do niego fantastyczny teledysk. DM rozpoczynali koncerty właśnie od "Pimpf" aby wnieść tą niepowtarzalną tajemniczą atmosfere. Drugim instrumentalnym kawałkiem był "Agent Orange"- również świetna kompozycja. Był jeszcze "Never Let... - Aggro Mix", ale to nie "oddzielny" utwór tylko remix. Bardzo fajny swoją drogą - trochę w klimatach "Pimpf" (też takie fajne chóralne zaśpiewy:)))

"For The Masses Tours" było wspaniałym widowiskiem, dopracowanym w najmniejszych szczegółach. Ostatni, sto pierwszy występ został zarejestrowany; wydany został album "101" oraz film pod tym samym tytułem. W tamtym czasie DM mieli już status grupy kultowej i miliony fanów na całym świecie. Największy jednak sukces przyszedł dwa lata później, ale nie uprzedzajmy faktów...

Jest lato 89. roku - na singlu ukazuje się "Personal Jesus" - przedsmak kolejnego albumu. Piosenka, mimo że podszyta elektroniką , opiera się przede wszystkim na brzmieniu gitary . Wideoklip tym razem kolorowy, utrzymany w konwencji Dzikiego Zachodu . Kilka miesięcy później ukazuje się album "Violator" - przez wielu uważany za najlepszy album w historii grupy. Na "Poskramiaczu" roi się od aż od elektronicznych, mrocznych piosenek , mówiących o strachu, samotności, poczuciu winy. Muzyka jest niesamowita - nie poddaje się żadnym schematom, porusza coś co tkwi najciemniejszym zaułku naszych umysłów. Po prostu "the sweetest perfection". Widniejąca na okładce "Violatora" czerwona róża to po dziś dzień symbol zespołu. Posłuchajcie tej płyty - zgodnie z tytułem zgwałci wasze umysły...

Należało by jeszcze wspomnieć o piosence "Enjoy The Silence" (niektórzy wtajemniczeni mówią "Smutny Król" :), największym chyba przeboju zespołu. Szalenie prosty, melodyjny kawałek, a jednak można słuchać, słuchać i słuchać bez końca. Oczywiście nie mogło się obyć bez odpowiedniego teledysku - widzimy jak Dave w koronie i królewskim płaszczu z leżakiem pod pachą idzie gdzieś krętą ścieżką. Gdy dochodzi do urwiska nad brzegiem jakiegoś jeziora albo morza - rozkłada leżak, siada na nim i rozkoszuje się pięknym widokiem. Teledysk jest kolorowy i obfituje we wspaniałe krajobrazy co dodaje mu takiego "bajkowego" uroku.

No dobra, rozmarzylem się :). Pora wracać do historii. Trasa koncertowa była bardzo wycieńczajca psychicznie dla zespołu - duży stres próbowali łagodzić za pomocą dragów . Najmniej umiaru wykazał jak zwykle Gahan, który rozsmakował się w heroinie. Wraz z oszałamiajcym sukcesem "Violatora " doszło też do zmian w życiu prywatnym wokalisty DM. Porzucił żonę i syna i wyjechał do Los Angeles. Związał się z Teresą Conway - rzeczniczką zespołu . Sporej zmianie uległ też wygląd Gahana - zapucił długie włosy i bródkę, na jego ciele pojawiły się tatuaże (min. krzyż, róża, symbol OM). "Nowego" Gahana widać w ostatnim teledysku z "Violatora " - "Clean" w którym śpiewał, że jest:

"Czysty, najczystszy w moim życiu
Koniec łez, koniec zmarnowanych lat
Koniec kłopotów
Teraz jestem czysty
Wiesz, co przez to rozumiem
Przestałem się starać
Skończyłem z tym wszystkim
Zmieniłem styl życia
Teraz jestem czysty (...)"


Nawiasem mówiąc to "Clean" podobnie jak "Pimpf" nigdy nie zaistniał jako samodzielny singiel - wideo nakręcone zostało przede wszystkim z chęci zilustrowania tej pięknej piosenki.

Dave coraz bardziej pogrążał się w nałogu i gdy DM wydali kolejny albumu w 93. był po prostu zwykłym ćpunem. Nowa płyta nosiła tytuł "Songs of Faiith and Devotion" i była nabardziej zaskakujcym dziełem DM. Nie tylko ze względu na teksty - opowiadające zgodnie z tytułem o "wierze i oddaniu", bardzo osobiste, momentami wręcz przejmujce. Zespół zwrócił się w stronę rocka co doskonale słychać w pierwszym singlu "I Feel You" . Chłopaki zmienili instrumentarium - Martin sięgnął za gitarę a Alan zasiadł za perkusją. Dave który marzył aby stać się prawdziwym rockmanem , takim jak był Jim Morisson, świetnie odnalazł się w nowej roli rock'n'rollowego boga.

Wkrótce rozpoczło się Devotional Tour - najdłuższa i najbardziej szalona trasa koncertowa DM. Zespół zagrał w Europie, obu Amerykach, Australii... W tym czasie Dave & spółka żyli według starej rockowej maksymy: Sex, Drugs and Rock'n'Roll, ze szczeglnym naciskiem na to drugie. Mart, Alan i Fletch potrafili jednak zawsze zachowac umiar, za to Gahan, w "imię bycia prawdziwym Rockmanem, takim, jakich już nie ma" coraz bardziej pogrążał się w heroinowym nałogu.

Scena i wszelkie dekoracje, światła zostały zaprojektowane przez Corbijna. Wszystko było o wiele skromniejsze w stosunku do poprzednich występów zespołu. Pierwsze co przykuwało oczy to ekrany w tle, na których wyświetlane były dziwne, psychodeliczne obrazy (np. ręce złożone do modlitwy w trakcie piosenki "Condamnation"). Po drugie scena - teraz była dwupoziomowa; na dole szalał Gahan na górze było miejsce reszty zespołu.

Devotional trwał 14 miesięcy. DM przywykli do bardzo hedonistycznego spędzania czasu - po każdym koncercie odbywała się alkoholowo - narkotykowa impreza, nic więc dziwnego, że wkrótce pojawiły się konsekwenje takiego trybu życia. Na domiar złego doszło do kłótni wewnątrz zespołu - w końcu doszło do tego, że członkowie Depeche Mode jeździli osobnymi limuzynami, mieszkali w różnych hotelach, a spotykali się w zasadzie tylko na koncertach. Fletcha, przechodzcego załamanie nerwowe musiał zastąpić Darryl Bamonte (na co dzień członek ekipy technicznej DM). Oficjalny powód - "Andy Fletcher chce spędzić teraz więcej czasu z rodziną".

Zespół zaangażował psychiatrów, lekarzy a także osobistego dilera, żeby non stop, 24 godziny na dobę mieć dostęp do dragów. U Dave'a pojawiły się kłopoty z głosem i wkrótce potrzebował zastrzyków z kortizonu żeby móc normalnie wyjść na scenę i zaśpiewać. Martina zaczęła nękać epilepsja, towarzysząca alkoholizmowi. Najgorsze jednak nastąpiło podczas koncertu w Nowym Orleanie - Gahan dostał ataku serca i został odwieziony do szpitala.

W 94. ukazał się album " Songs... - live". Po zakończeniu devotionala z zespołu odszedł Alan Wilder, ponieważ nie mógł dużej znieść tej atmosfery. Całkowicie poświęcił się solowej działalności pod kryptonimem "Recoil". Wszystko wskazywało na to, że DM rozpadnie się. Do tego doszły próby samobójcze Gahana - tylko cud sprawił, że przeżył. Następnie detoksy, pobyt w szpitalu psychiatrycznym pozwoliły mu wrócić do normalności i skończyć z dragami. Ku zaskoczeniu wszystkich DM nagrali (w trzyosobowym składzie) kolejny album "Ultra " ('97). Znalazło się na nim kilka świetnych piosenek takich jak "Sister of Night", "Its no Good" czy "Barrel of a Gun".

Rok później ukazał się kolejny album: "The Singles 86>98" a także singiel "Only When I Loose Myself". DM ruszyli znowu w tournee, tym razem nie było żadnych dragów, całonocnych imprez i awantur. Wróciła za to serdeczna atmosfera. W zasadzie to mógłby być Happy End, ale tak się na szczęście nie stało. DM nagrali bowiem kolejny jak na razie ostatni album - "Exciter". Pierwotnie miał nazywać się "Optimistic". Według mnie jednak ten ostatecznu tytuł jest lepszy. W kwietniu 2001 roku wyszedł pierwszy singiel "Dream On" , w maju była premiera "Excitera", potem trasa koncertowa. 2 września DM zawitali po raz drugi do Polski. Aura nie dopisała i służewiecki koncert odbył się w strugach deszczu. Nikt chyba jednak nie narzekał...:).

Jak dotąd Depeche Mode są w wyśmienitej formie. Na nowy album zespołu co prawda będziemy musieli jeszcze poczekać, ale Martin i David ju szykują swoje solowe albumy (tengo drugiego wspomagają panie Bjork i P.J. Harvey) . Pozostaje tylko cierpliwie czekać...


© Strange Boy <strange69@wp.pl>