*** JOHN FRUSCIANTE ***
John Frusciante - niesamowita i nietuzinkowa osobowość, prawdziwy artysta. Świetny gitarzysta o wielkiej wyobraźni, wrażliwości i rzadko spotykanym feelingu. Osoba w dużej mierze odpowiedzialna za muzykę tworzoną przez jedną z najwspanialszych kapel rockowych ostatniej dekady - Red Hot Chili Peppers. Człowiek, który wiele przeżył, ale potrafił sobie poradzić z własnymi słabościami.
Urodził się w 1970 roku w Nowym Jorku. Od początku interesował się muzyką, szybko też sięgnął po gitarę. Lista jego inspiracji i młodzieńczych fascynacji potwierdza jego ciekawą osobowość - znajdą się w niej zarówno kapele punkowe - The Germs, P.I.L., Thelenious Monster; progresywne - King Crimson, Yes, jak również klasycznie rockowe - The Stooges, Led Zeppelin. Do tego należy jeszcze dodać Franka Zappę (chciał nawet udać się na przesłuchanie do jego grupy, ale się wycofał), Captaina Beefhearta, Milesa Davisa, George'a Clintona, malarza Vincenta Van Gogha, pisarza Williama Burroughsa, aktora Roberta De Niro i to chyba wszystko... Nieźle.
W 1987 John przeprowadził się do Los Angeles. Wcześniej zafascynował się dosyć już znanym zespołem Red Hot Chili Peppers, który zobaczył na koncercie w Mieście Aniołów. Próbując zaznajomić się z lokalną sceną, zaczął jamować z Darrenem H. Peligro - perkusistą znanym z Dead Kennedys. Ten zaś zapoznał go z Fleą, basistą wiadomej formacji, która w tym czasie przeżywała trudne chwile. Ich poprzedni gitarzysta, świetny muzyk i wielki przyjaciel - Hillel Slovak zmarł w wyniku przedawkowania heroiny. Pchła pojamował z nim trochę w swoim domu, ale nie brał Frusciantego do końca na poważnie. Chłopak dopiero co skończył osiemnaście lat... Jednak gdy razem z Kiedisem, wokalistą Papryczek, usłyszeli go na przesłuchaniu do Thelenious Monster, zreflektowali się, że to właśnie on powinien być następcą nieodżałowanego Slovaka. Marzenie Johna spełniło się. Był w Red Hotach...
Pierwsza płyta tego wybuchowego zespołu, na której zagrał Frusciante to "Mother's Milk", wydana w 1989 roku. Niestety nie jest to pełny popis talentu młodego gitarzysty. Johna stopował przede wszystkim producent - Michael Beinhorn, znany z trudnego charakteru i bardzo "stanowczego" podejścia do współpracujących z nim muzyków. Kazał on Johnowi powtarzać swoje partie do znudzenia, nie pozwalając na zostawienie na płycie tych pierwszych, pełnych świeżej energii. Do tego dochodzą niepewność i konflikty z Anthonym. Gitarzysta nie lubi tej płyty i do dziś unika kompozycji na niej zawartych na koncertach. Trzeba w tym momencie dodać, że płyta jest mimo wszystko rewelacyjna. Stanowi jakby ukoronowanie pierwszego, funkpunkowego okresu w historii grupy. Pełna kapitalnych, kipiących energią kawałków (czy będzie to stylowy funk z trąbkami "Subway To Venus", melodyjny rockowy przebój "Knock Me Down" czy punkowy "Stone Cold Bush") także dzisiaj robi wielkie wrażenie. A partie Frusciantego zdradzają, że już wtedy miał dużo do powiedzenia. W dodatku z albumu pochodzi pierwszy przebój Peppersów - świetna przeróbka "Higher Ground" Steviego Wondera.
Po nagraniu płyty zaczęło się, jak zwykle, intensywne koncertowanie. Gdy przyszła pora na kolejny album, nastąpiła rzecz, która miała bardzo ważny wpływ na zespół i jego muzykę. Spotkanie z Rickiem Rubinem. Nawiedzonym producentem-hippisem, który produkował Slayera, The Cult czy chociażby Danziga. Rick wpadł na dosyć dziwny pomysł. Aby zbliżyć się do siebie i maksymalnie skupić na nagrywaniu nowej muzyki, zespół przeprowadził się do willi w Laurel Canyon. W latach sześćdziesiątych bywali tu najbardziej znani rockmani tamtych czasów - od Beatlesów po Jimiego Hendrixa. Frusciante szybko odkrył, że dom jest nawiedzony i poczuł się, jak ryba w wodzie. Rezultat tej nietypowej sesji znają chyba wszyscy. "BloodSugarSexMagik". Opus magnum grupy i jedna z najwspanialszych płyt w historii rocka.
Co sprawia, że płyta jest tak niesamowita? Przede wszystkim to, że jest PRAWDZIWA. W tych czasach, kiedy każdy starał i stara się nagrywać płyty wręcz mechanicznie doskonałe, bez żadnych, tak ludzkich przecież potknięć, kiedy ilość studyjnych obróbek sięga zenitu, Peppersi nagrali album bezczelnie surowy i szczery. A przy tym genialny. O "BloodSugar..." bez problemu można by machnąć całą książkę, więc ja ograniczę się tylko do sprawy najbardziej nas interesującej - wkładu Johna w ten krążek. Jest on autorem 2/3 materiału i nietrudno zauważyć, że to właśnie jego gitara dominuje nad całą resztą. Co chwila przewijają się wspaniałe riffy i solówki. Frusciante świetnie odnajduje się zarówno w utworach hard-rockowych ("Suck My Kiss", "My Lovely Man"), tych bardziej funkowych ("If You Have To Ask", "Funky Monks", "Give It Away"), jak i pięknych balladach ("Under The Bridge", "I Could Have Lied"). Często gra czysto, nie używa zbyt wielu efektów. Jeśli już - ogranicza się zazwyczaj do przesteru i kaczki. Nie da się ukryć, że prochu na tej płycie nie wymyśla. Więc w czym rzecz? Otóż geniusz Johna polega na... prostocie. Nie zasypuje nas karkołomnymi popisami czy tysiącami efektów, ale gra za to z niesamowitym polotem i sercem. Łączy w sobie energię i pomysłowość Hendrixa, funkowy feeling i hard-rockową zadziorność. Potrafi porwać słuchacza paroma dźwiękami. Najlepszym tego przykładem solówki - nie są długie, także dosyć proste, ale zawsze intrygujące. Posłuchajcie chociażby tej z "Funky Monks". Cóż, naprawdę trudno opisywać płytę, która u mnie osobiście wywołała prawdziwą rewolucję w myśleniu o muzyce. Trudno opisywać płytę, która tak bardzo mnie oczarowała. Powiem jedno - wstyd tego albumu nie znać. I żeby zrozumieć na czym polega geniusz Red Hot Chili Peppers, na czym polega geniusz Frusciantego, trzeba "BloodSugarSexMagik" po prostu posłuchać.
Wszystko układało się coraz wspanialej. Płyta powoli stawała się bestsellerem, "Under The Bridge" okazało się wielkim światowym przebojem. Niewiele gorzej na listach poradził sobie "Give It Away". Świat leżał u stóp Red Hotów. I nagle, w samym środku trasy, John postanowił odejść! Jego decyzja była kompletnym zaskoczeniem dla wszystkich. Powód - przytłaczający sukces, brak jedności w zespole. Gitarzysta stracił całkowicie ochotę, nie tylko do pracy w kapeli, ale do samego instrumentu... Peppersi znowu stanęli przed dobrze znanym problemem - znalezieniem nowego wiosłowego.
A John? Nie wychylał się zbytnio, aż do 1994 roku, kiedy postanowił wydać solowy album. Płyta obdarzona tajemniczym tytułem "Niandra LaDes And Usually Just A T-Shirt" kompletnie zaskoczyła fanów. Zupełnie niepodobna do dokonań macierzystej formacji okazała się dziełem bardzo... awangardowym. I bardzo ciężkostrawnym. Garażowa produkcja, instrumentarium ograniczone do gitary i głosu (śpiewa oczywiście Frusciante). Utwory rzadko przypominały regularne piosenki, nie były też w żadnym stopniu przebojowe. Ale album jest dowodem na to, jak bardzo nietuzinkową i wielowymiarową postacią jest Fru. Facet kompletnie zlekceważył oczekiwania wszystkich, nagrywając to, co chciał i to, co sprawiło mu radość. Co ciekawe - krążek nie przepadł. Przy zerowej promocji sprzedał się w ilości około 150 tysięcy egzemplarzy.
Z samym artystą działo się jednak coraz gorzej. Stopniowo pogrążał się w narkotykowym nałogu i w okolicach 1996 roku był już właściwie wrakiem. Stracił dom i tułał się po hotelach, z których systematycznie go wyrzucano. Wszystkie tantiemy z Red Hotów wydawał na heroinę i był kompletnie spłukany. W końcu, dla zdobycia forsy, wydał następną płyty solową - "Smiles From The Streets You Hold". Ta, jeszcze bardziej awangardowa i zupełnie niezjadliwa, kompletnie przepadła na rynku. Czemu się dziwić? Były to w większości odrzuty z "Niandry..." i kilka co najmniej dziwnych "kompozycji" o podłej jakości nagrania. Obie płyty są już dziś właściwie niedostępne. Mimo wszystko szkoda. W tym czasie John grał też w projekcie o nazwie Three Amoebas, z Fleą i Stephenem Perkinsem - bębniarzem Jane's Addiction i Porno For Pyros. Nic z tego nie wyszło. Wreszcie znajdujący się w opłakanym stanie fizycznym, psychicznym i finansowym poddał się leczeniu w klinice. Poszło mu całkiem dobrze. Jak sam twierdzi duże znaczenie miało to, że kiedy trafił do szpitala, nie był już uzależniony od heroiny.
Dla naszej dalszej historii jeszcze większe znaczenie miały jednak dosyć częste wizyty w klinice Anthony'ego Kiedisa. Panowie stali sie prawdziwymi przyjaciółmi i gdy z Peppersów odszedł Dave Navarro, idealnym następcą okazał się właśnie Frusciante. Odrodził się złoty skład z "BloodSugar..."!
Odrodziła się też wielka forma, czego najlepszym dowodem wydana w 1999 roku płyta "Californication". Po dziwnej, niepokojącej i nietypowej "One Hot Minute", nagranej z Navarrem, ta również była zaskoczeniem. Różnica polega na tym, że nowy krążek prezentował inną niż dotychczas jakość, ale mimo to z miejsca stał się albumem klasycznym. Zadowalała zarówno starych fanów, jak i zdobyła wielu nowych. Tym pierwszym na pewno podobały się "slovakowe" funk-punki - "Get On Top", "I Like Dirt", "Purple Stain", a także nawiązania do "BloodSugar..." - "Around The World", "Scar Tissue". Reszta to same nowości - ballady stawiające na piękne refreny ("Otherside", "Californication"), utwory w średnim tempie z ciekawymi harmoniami ("This Velvet Glove", "Savior") i kompletne odloty (nowofalowy "Parallel Universe", kołysanka "Porcelain"). Wyszła rewelacyjna kopalnia hitów, umiejętnie mieszająca czad z lirycznymi balladami. Nowy początek. A gitara? John wydoroślał, nie szaleje już tak, jak poprzednio. Jego partie nie są już tak brawurowe, ale za to bardziej przemyślane. Wszystko jest na swoim miejscu. Solówki - piękne, klimatyczne, niezbyt długie, ale niezawodnie wspaniałe. Brawo.
Rozpoczęły się trasy. Szczególnie udana okazała się ta po rodzinnych Stanach. Na początku tego roku ukazało się rewelacyjne DVD "Off The Map", dokumentujące jeden z ostatnich występów tej trasy (w Portland, 21 września 2000 roku). Koncert jest dowodem na to, jak wspaniałą kapelą są Red Hot Chili Peppers. Repertuar opiera się przede wszystkim na kilerach z "BloodSugar...". Co zrozumiałe, dużo jest też fragmentów "Californication". Do tego zapodali kilka starych utworów i przeróbek, więc chyba nikt nie będzie zawiedziony. Szczególnie, że to, co jest najważniejsze w tej kapeli, czyli niesamowita energia zostało zachowane w 100 procentach. Frusciante jest we wspaniałej formie. To, co mnie najbardziej zachwyciło, to fakt, że chyba żadna solówka nie jest zagrana tak, jak na płycie! John gra jak natchniony - jego partie po prostu porażają! Do tego dochodzą wspaniałe jamy z Fleą. Prawdziwym pokazem możliwości improwizacyjnych chłopaków jest dwunastominutowy "Search & Destroy", gdzie przeróbka Iggy'ego trwa trzy minuty, a reszta to niesamowity jam. Prawdziwy rock jeszcze nie umarł...
W trakcie trasy John zaczął pisać piosenki z myślą o solowym albumie, który ukazał się w 2001 roku pod tytułem "To Record Only Water For Ten Days". Znowu okazał się niemałym zaskoczeniem. Tym razem Frusciante nagrał album z... normalnymi utworami! Żadnych awangardowych odlotów - cały repertuar to nieskomplikowane, piękne ballady nagrane z pomocą gitary, syntezatora i automatu perkusyjnego. Krążek urzeka wspaniałym klimatem, a piosenki, mimo że w gruncie rzeczy podobne, zawsze różnią się jakimiś elementami. Teksty są o wiele mniej mroczne, co spowodowane jest zapewne faktem, że John pisząc je był zupełnie czysty... Cały album robi naprawdę świetne wrażenie. Warto dodać, że John nie zajął się na nim popisami swych umiejętności technicznych, jak to często robią inni wiosłowi - postawił na liryczne, urzekające niesamowitą aurą ballady. Względem poprzednich płyt nie zmieniło się tylko jedno - produkcja nadal jest, że tak powiem, "garażowa".
W ten sposób dochodzimy do historii najnowszej. Na początku lipca 2002 roku ukazała się długo oczekiwana, nowa płyta Red Hotów - "By The Way". Nietrudno zgadnąć, że oczekiwania po "Californication" były bardzo duże. Co bardziej zorientowani fani domyślali się też, że krążek będzie rozwinięciem pomysłów z poprzedniego albumu. Tych spokojnych pomysłów. I rzeczywiście. Próżno na "By The Way" szukać ostrego rocka, wybuchowego funku. Mało jest tego prawdziwego "peppersowego" szaleństwa. Album jest subtelny, delikatny, niesamowicie dojrzały. I przede wszystkim bardzo piękny. Pełen urzekających ballad, psychodelicznego rozmarzenia, wspaniałych harmonii. Ślady funku pojawiają się tylko w dwóch utworach - tytułowym i "Can't Stop". John również kontynuuje rozwiązania z poprzedniego albumu. Słychać, że jego gra jest bardziej wrażliwa, zespojona z resztą. Cały czas się rozwija. Solówki jak zwykle są po prostu piękne. Osobiście padam na kolana przy tej z "Minor Thing". Jest to jedna z najkrótszych solówek jakie słyszałem i zarazem jedna z najbardziej porażających... Trzeba też wspomnieć, że Frusciante dużo śpiewa na tej płycie. Jego głos świetnie pomaga Kiedisowi, zwłaszcza w chórkach. Co ważne, wydaje mi się, że to w dużej mierze właśnie John odpowiedzialny jest za zmiany, jakie zaszły w muzyce zespołu. Płyta zebrała zaskakująco przychylne recenzje w prasie, krytycy uważają ją za najbardziej dojrzałe dokonanie Papryczek. Muzycy podzielają tą opinię i wydają się być niesamowicie podkręceni nowymi utworami. Fanom szukającym mocniejszych brzmień radzą zaś posłuchać starszych albumów. Jeśli chodzi o mnie - ta płyta sprawiła, że darzę grupę ogromnym szacunkiem. Za ciągłą potrzebę rozwijania. Za to, że zamiast zrażać do siebie fanów, starają się rozwijać także ich samych. I przede wszystkim za to, że te wszystkie zmiany nie są pomyłką i wypadają równie okazale, jak starsze i klasyczne już dokonania kapeli. Zresztą jestem niemal pewien, że już niedługo także "By The Way" będzie przez fanów uważane za album klasyczny.
I to na razie wszystko. Teraz zaczyna się okres najważniejszy dla każdej chyba grupy rockowej - trasy koncertowe. Muzycy są w dobrej formie, co potwierdziły koncerty pokazywane w MTV (z Paryża) i Viva Plus (z Hamburga). Mam też wielką nadzieję, że Red Hoci w końcu pojawią się w Polsce, co byłoby na pewno spełnieniem marzeń wielu fanów. Oprócz tego chodzą plotki, że Fru nagrywa piosenki na swój czwarty album. Już nie mogę się doczekać.
No cóż, wreszcie skończyłem. Zdecydowałem się na napisanie tego artu, ponieważ osoba Johna Frusciantego jest dla mnie bardzo ważna. Od początku mojej przygody z rockiem jest on moim ulubionym gitarzystą. W pełni "czuję" jego grę i utożsamiam się z nią. Podziwiam to, co robi, bo mało jest ludzi, którzy w tak dużym stopniu zasługują na to, by określać ich mianem artystów. Zresztą nie muszę chyba niczego udowadniać. Muzyka tworzona przez Johna mówi sama za siebie.
© Risk
PS. Do
napisania tego artu zainspirowały mnie świetne biografie +iommi'ego+, któremu
niniejszym gratuluję.
PS 2. Podczas pisania
wspomagałem się po trosze monografią Red Hotów "Meksykański ketchup" autorstwa
Igora Stefanowicza oraz artykułem "W stronę czwartego wymiaru" napisanym przez
Bartka Koziczyńskiego i zamieszczonym w 115 numerze "Tylko
Rocka".