Rust In Peace



     Płytę rozpoczyna nagranie zatytułowane 'Holy Wars... The Punishment Due', które, jak nie trudno zauważyć, składa się z dwóch części. W środku utworu jest dosyć ciekawa orientalna wstawka z rejonów Dalekiego Wschodu (widać, że Marty dorwał się do głosu ^_^), potem są takie fajne przyspieszenia, a całe nagranie robi bardzo pozytwne wrażenie. Na tyle, że kiedy zobaczyłem nakręcony doń teledysk, to w ogóle zainteresowałem się Megadeth i pokochałem muzykę tego zespołu. Następnie jest kolejny singlowy utwór, czyli 'Hangar 18', który, jak dla mnie, rozpoczyna się bardziej rockowym niż metalowym patentem, ale później jest już tylko lepiej. Gitarki pracują wspaniale i wraz z upływem czasu ciągle przyspieszają, a do tego Dave wspaniale podsyca nastrój wokalem, że już o prześwietnych solówkach nie wspomnę. Tak w ogóle, to tego nagrania nie trzeba chyba przedstawiać fanom Deth, bo jest to jedna z najlepszych kompozycji w historii tej grupy. Po prostu miodzio. ^_^ Trzecim nagraniem jest utwór utrzymany w duchu dotychczasowych dokonań zespołu, czyli bardzo wściekły 'Take No Prisoners'. Muszę przyznać, że w połączeniu z nowym brzmieniem Megadeth daje to wybuchową mieszankę. No i ten chóralnie odśpiewywany wers: "Take no prisoners, take no shit" - coś boskiego. Potem mamy jedną z moich ulubionych kompozycji tego albumu, o ile można mówić o jakiś ulubionych nagraniach, gdy się ubóstwia cały album, pod tytułem 'Five Magics'. Rozpoczyna się toto dość mocno, by po chwilę przerodzić się w bardzo spokojne granie, z wyekspanowanym basem. Tak sobie ten milutki fragmencik trwa przez dwie minuty, aż wreszcie zaczyna się to, co tygryski lubią najbardziej. Choć całe nagranie jest raczej utrzymane w średnim tempie, to robi niezatarte wrażenie na słuchaczu. A jak się jeszcze doda te powtarzane wersy, które są przepuszczone przez jakiś efekt, to już dopiero jest fajnie. Zaraz po 'Pięciu Magikach' jest 'Poison Was The Cure'. Utwór zaczyna się bardzo spokojnie, samą grą na basem z krótkimi wejściami gitar i perkusji. Około pierwszej minuty Nick zaczyna podbijać tempo i zaczyna się dziaranko! ^_^ Z początku rytm wydaje się trochę psychodeliczny (dla mnie), ale potem jest już tylko lepiej. Równe, miarowe nagranko, które w niczym nie oddaje pola innym kompozycjom na tej płycie, choć jest bardzo krótkie, bo trwa niecałe trzy minuty. Po nim wita nas śmiech jakiejś staruszki (to pewnie Dave, ale to się wytnie ^_^) i rozpoczyna się 'Lucretia'. Bardzo milutkie nagranie, nie ma co... Następnym utworem: 'Tornado Of Souls'. Trochę lżejsze nagranie, ale za to wręcz niesamowite, dla wielu osób najlepsza kompozycja Megadeth, a dla mnie najlepsza na całym 'Rust In Peace'. Jego nie da się opisać inaczej jak dwoma słowami: 'Tornado Dusz'. ^_^ Potem jest rozwinięcie pomysłów z początków 'Five Magics' oraz 'Poison Was The Cure', czyli spokojne pogrywanie na basie i perkusji, do tego Dave recytujący tekst i zero gitar. Nazywa się toto ustrojstwo 'Dawn Patrol' i wbrew pozorom wcale nie jest nudne, wręcz przeciwnie. Na sam koniec mamy tytułowy utwór, czyli 'Rust In Peace... Polaris'. Rozpoczyna go ostre nawalanie w bębny, następnie wchodzą gitary, grają chwilę i po mini-mini-solówce, takim pięknym smaczku, nagranie rozkręca się na dobre. Wokal Dave'a jest przybajerowany podczas zwrotek, co robi na mnie ogromne wrażenie, tym bardziej przy tak wspaniałym rytmie utworu. W refrenach słyszymy już typowy wokal, a po około 4 minutach zapada chwilowa cisza, którą przerywa chodzący po głośnikach odgłos talerza (tak mi się wydaje '^_^) i ropoczyna się Polaris. Bardzo krótki, z dość specyficznym, poszarpanym riffem. Dave śpiewa w tej części zaledwie dwukrotnie, z czego za drugim razem zakańcza swym śpiewem cały utwór, jak i płytę. Idealne zakończenie jak dla tak wybitnego albumu.
I na tym mógłbym zakończyć recenzję tego albumu, bo jest to najdłuższa recka jaką kiedykolwiek napisałem, ale podsumowania zwyczajowo nie może zabraknąć.
'Ochów i achów' na temat 'Rust In Peace' wyszło już z moich ust bardzo dużo i zapewne jeszcze dużo wyjdzie, ale i tak muszę coś dodać: ta płyta jest doskonała. Choć krótka, bo zaledwie 41 minutowa, od samego początku do końca, utwór po utworze, kompozycja po kompozycji trzyma w ogromnym napięciu. Nie nudzi się z upływem czasu, ani nie dłuży i zawsze z miłą chęcią powracam do jej słuchania. Coś niesamowitego dla miłośników thrashu, jak i heavy, i wszystkich innych gatunków metalu. W szczególności jednak, jest to perełka dla fanów Megadeth, a praktycznie każdy po wysłuchaniu tego albumu zostaje fanem tego zespołu. Możecie mi wierzyć na słowo. Jeżeli po przesłuchaniu 'RIP' nie zakochacie się w muzyce Megadeth, to możecie wpłacić milion dolarów na moje konto bankowe, którego numer otrzymacie, gdy napiszecie na mój adres e-mail. Na pewno nie pożałujecie. ^_^



© Copyright by MetFan
www.metfan.rapnet.pl


::DARMOWA REKLAMA: megadeth.rockmetal.art.pl :DARMOWA REKLAMA::