*** LED ZEPPELIN - "LED ZEPPELIN I" ***

     Nietrudno zauważyć, że lwia część materiałów w KM-ie dotyczy muzyki ostrej, czyli rocka i metalu. Mało kto jednak zdecydował się napisać o klasyce ciężkiego grania i o jego prekursorach. A szkoda, bo właśnie w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza siedemdziesiątych powstało wiele wspaniałych i niezapomnianych grup, które naprawdę wiedziały co to czad.

     Jedną z takich kapel był właśnie Led Zeppelin. Powstał w 1968 roku na gruzach The Yardbirds, a założył go młody i niezwykle utalentowany gitarzysta Jimmy Page. Składu dopełnili - znany wcześniej jako ceniony muzyk sesyjny basista John Paul Jones, wspaniały wokalista o ekspresyjnym głosie Robert Plant i perkusista John Bonham, obdarzony niesamowicie silnym uderzeniem. Razem zaś stworzyli wybuchową mieszankę klasycznego bluesa i gitarowo-perkusyjnego ataku z domieszką psychodelii, wielce przyczyniając się do stworzenia nowego zjawiska w muzyce rozrywkowej, zwanego hard-rockiem. Ich kompozycje, pełne niesamowitej siły, ekspresji, jamowego luzu, po prostu porażały. Debiut płytowy zaś uczynił wielką rewolucję na rynku, proponując zupełnie nową jakość w ówczesnym graniu.

     Aż trudno wyobrazić sobie o jaki wytrzeszcz oczu (a raczej uszu) musiały przyprawiać młodego słuchacza pod koniec lat sześćdziesiątych takie utwory, jak "Dazed And Confused" czy "Communication Breakdown". Weźmy ten pierwszy - na początku tajemniczy basowy motyw i takie same partie gitary, grane smykiem (tak, smykiem!). Do tego wszystkiego jeszcze niezwykle ekspresyjny śpiew. Powoli wszystko się rozwija, aż do improwizacji, najpierw spokojnej, potem nagle wybuchającej niczym bomba. Ognista solówka Page'a, perkusyjny atak Bonhama i powrót do głównego motywu. MAGIA. "Communication Breakdown" jest już dużo krótszy i dużo bardziej dosłowny - rządzi motoryczny rytm, opętańczy jęk Planta i ogólne szaleństwo. Krótki, trwający niecałe trzy minuty, jest też otwierający płytę "Good Times Bad Times". Prawdziwa esencja hard-rocka i stylu Led Zeppelin. Świetny riff, pokręcona sekcja (rzadko trafia się basista grający z takim polotem, jak Jones), "wiercące" solówki i podkreślające czad, nagłe pauzy. Inny przykład porażającej muzyki Zeppelinów w ich wczesnym okresie to "How Many More Times" - totalnie rozimprowizowany, atakujący mnóstwem czadowych riffów i solówek. W jamowaniu prym wodzi Plant, śpiewający wymyślany na poczekaniu tekst (w pewnym momencie opowiada nam, że niedługo urodzi mu się dziecko, co zresztą było prawdą). Ech, co to były za czasy...

    
Inną stroną tego wspaniałego albumu są zeppelinowe przeróbki. Znalazły się tu dwa utwory Williego Dixona - "You Shook Me" i "I Can't Quit You Baby". Obydwa zagrane z prawdziwie rockowym czadem. Zwłaszcza pierwszy, ciężki, toczący się niczym walec. Plant śpiewa tu unisono z gitarą, co daje świetny efekt. Znajdziemy tu nie tylko solówkę gitary (graną z dziwnym pogłosem), ale także organów i harmonijki ustnej (gra na niej Plant). I na sam koniec serwują jeszcze niesamowity call & response. "I Can't Quit You Baby" jest niewiele gorszy - więcej ma tu do powiedzenia Page, grający solówki w prawdziwie bluesowym stylu.

     Na płycie są też chwile wytchnienia w postaci łagodniejszych kawałków - "Baby I'm Gonna Leave You" z niesamowitymi partiami gitary akustycznej, wykonywany najpierw przez Joan Baez oraz bardziej konwencjonalny i niestety trochę nudnawy "Your Time Is Gonna Come" przechodzący w akustyczną improwizację "Black Mountain Side".

     Wpływ, jaki ten album wywarł na późniejszy rozwój rocka jest wręcz trudny do opisania. Po ponad trzydziestu latach wciąż trudno się od tej, w ogóle nie zestarzałej muzyki uwolnić. Absolutna klasyka.

Ocena: 10/10

© Risk