Live Shit: Binge & Purge – Mexico City

 

            W Polsce raczej nie uświadczycie nigdzie, w żadnym sklepie tego wydawnictwa. Nie jest to bootleg, jest to oficjalne wydawnictwo wydane przez Metallikę. Pierwszy album koncertowy, nieprawdą jest, że pierwszym takim albumem był S&M. A od 1991 do 1996 roku nie było aż takiej dużej przerwy, bo Metallica sporo koncertowa i właśnie wtedy zdecydowali się wydać album koncertowy. Live Shit ukazał się w 1993 roku i nie jest to tylko płytka z paroma utworami live. Nie. To by było zbyt proste (większość zespołów tak robi i myśli, że to wystarczy fanom, he he...). Metallica dba o fanów i to jak! Tak więc Live Shit: Binge & Purge to cały zestaw, w skład którego wchodzą 3 pełne wielkie koncerty, 1 na 3 CD (w Mexico City w 1993 roku, nim się zajmiemy za chwilę) oraz 2 na kasetach wideo (w Seattle w 1989 i San Diego w 1992 roku), o czym większość fanów dobrze wie.

            Koncert ten odbył się w Sport Hall w Mexico City w dniach od 25 lutego do 2 marca 1993. Zarówno jakość nagrania jak i sam koncert są naprawdę super. W końcu to oficjalne wydawnictwo. Wszystko utwory są wykonane świetnie, ale kilku wyjątkowo mi się podoba, będę wyróżniał te utwory podczas ich omawiania.

            Zaczyna się standardowo - rozbrzmiewa Ecstasy of Gold Ennia Morricone z głośników. Zaraz potem zaczyna się Enter Sandman. Co tu dużo mówić, czadowy utwór i do tego bardzo dobrze wykonany. Końcówka utworu też nieco dłużej grana niż na innych koncertach podczas tras w 1991 roku.  Zaraz potem zaczyna się...

            Creeping Death, oczywiście po głośnym okrzyku Jaymza. Szybki utworek z Ride The Lightning. W środku utworu jest też oczywiście słynne "dajowanie", fani są niezawodni. Jest też oczywiście rozpiźdzcowe zakończenie.

            Potem przychodzi czas na chwilę gadki z widownią. "Chcemy się trochę zabawić, prawda? Wszyscy przyszliśmy w odpowiednie miejsce" - stwierdza James i już za chwilę rozbrzmiewa Harvester of Sorrow. Pierwszy z moich faworytów na Live Shit, utwór wykonany po prostu rewelacyjnie! Na początku Jason uczy widownię klaskać, ale nie ma sławnego "Ej! Ej!" Jamesa. Pod koniec utworu, w momencie, gdy zespół robi sobie kilkunastosekundową przerwę, James przeczyszcza sobie gardziołko elegancko spluwając. Po utworze mamy świetną, bardzo klimatyczną solówkę Kirka.

            Na następny utwór nie czekamy zbyt długo, rozbrzmiewa intro do Welcome Home (Sanitarium). Drugi mój faworyt na płytce. Absolutnie rewelacyjnie wykonana ballada z Master of Puppets. James śpiewa raz ostro, by zaraz potem zanucić bardzo delikatnie kolejny werset. Cóż - świetny utwór, świetne wykonanie.

            Czas na kolejną gadkę z widownią. James upewnia się, że nagłośnienie jest dobre. Po czym sprawdza, czy fani mają ostatni album, czyli Czarny. Zapowiada jest z 'weselszych' kawałków na płycie - smutne, ale prawdziwe, czyli Sad But True! Mimo iż uważam, że jest wiele kawałków Metalliki lepszych od tego, to ten performance jest naprawdę znakomity. Naprawdę ciężki kawałek, chyba najcięższy na Live Shit.

            Przed kolejnym kawałkiem z Czarnej znów krótka gadka: "This one here is for you fuckin' animals out there", czyli... Of Wolf And Man! Coś dla lubiących wyć do księżyca :). Ale kawałek zagrany bardzo dobrze, chociaż nie różni się szczególnie od wersji albumowej. Po utworze przychodzi czas na garść solówek. Najpierw sama gitara, potem gitara i basik, całkiem sympatyczne.

            Zaraz potem słyszymy spokojną gitarkę - tak, to The Unforgiven. Trzeci mój faworyt na koncercie. Piękny utwór, pięknie zagrany - bez żadnych pomyłek i ten kapitalny głos Jaymza... Oczywiście jak to na wersjach koncertowych tego utworu bywa, intro i końcówka inne niż w oryginale. I dobrze!

            Potem James przyznaje się, że coś zapomniał. Zapomniał, jak dużo osób na sali ma album ...And Justice for All. Mówi coś o ulubionych kawałkach z tej płyty poskładanych w jedną całość. No i już wszystko wiemy, za chwilę rozpocznie się ...And Justice for All Medley. Początek to Eye of the Beholder, potem "Ej! Ej!" z widownią i mamy środkowy fragment z Blackened. Zaraz po nim możemy usłyszeć The Fryed Ends of Sanity. No i główna i najdłuższa część oczywiście z samego ...And Justice for All. Ludzie, dopiero po przesłuchaniu tego nagrania dotarło do mnie, jaki to jest zarąbisty kawałek! Wersja koncertowa jest dużo lepsza od albumowej! Ta druga jest taka sucha, nieco bezduszna... Wszystko brzmi jakby było nagrane w zamkniętym kartonie. Tu jest inaczej. Drugi refren James pozwala zaśpiewać wiernej publiczności, a potem wchodzi ze swoim kapitalnym "Nothing can save you...". Następnie solówka z tegoż utworu i rozbrzmiewa sam początek Blackened. No a potem jajcarska końcówka. Generalnie super kawałek jako całość na Live Shit. Jednym słowem kolejny mój faworyt, niewątpliwie!

            Czas na odrobinę jajeczek, czyli Bass & Guitar Solos (solówki ;)). James & Jason gadają z publiką. Ta skanduje "Metallica! Metallica!". Potem trzeba się napić piwa. Solówki zaczyna Jason. Początek to My Friend of Misery. Nie będę tu przytaczał wszystkich solówek, bo sam wszystkiego nie rozpoznałem, ale z ciekawszych warto jeszcze wspomnieć np. o tej mniej więcej w środku, gdzie najpierw Jason intonuje... tak, Dazed & Confused Led Zeppelin! Dołącza do niego Kirk i razem wykonują całkiem spory kawałek utworu. Potem są popisy gitarowe Kirka, a na sam koniec Misiowie wykonują własną wersję znanego motywu przewodniego z Hitchcocka! Wyszło świetnie. W międzyczasie jest jeszcze wiele fajnych solówek, między innymi Star-Spangled Banner itd., ale to odkryjecie już sami.

            Drugą płytę rozpoczyna Through the Never. Cóż, przeciętny kawałek, więc i nad tym konkretnym wykonaniem nie będę się specjalnie długo rozwodził. Na początku słychać eksplozję. Track trwa 3 minuty i 46 sekund. Nie ma żadnego wykończenia.

            Zaraz potem jest dużo lepiej. Słyszymy rytmiczną centralę Larsa i wydzierającego się do widzów Jasona: "Hej! Hej! Hej! Hej!", to może być tylko jedno - For Whom the Bell Tolls. Bardzo ładnie wykonany utwór, chociaż szczerze mówiąc troszeczkę mi się już znudził bo praktycznie nie mam koncertu na którym nie byłoby tego utworu. Ale nie można zaprzeczyć, że jest flagowy utwór Metalliki i jakby zabrakło go na tak ważnym wydawnictwie jak Live Shit, to byłby duży błąd. Gdy kończy się utwór Kirk wali przyjemną solówkę. Zaraz po niej...

            Fade to Black - kolejny mój faworyt z Live Shit, pierwszy na drugiej płycie. Absolutnie fantastycznie wykonana piosenka, James momentami wydaje się nieco zachrypnięty, ale śpiewa bardzo donośnie. Tempo nawet całkiem szybkie. Jak zawsze środkowa solówka Kirka nieco zmieniona.

            Po Fade Jaymz widząc reakcję publiczności pytą się, czy lubią oni ten utwór. Potem pyta, że ludzie są zmęczeni. "My ledwo się rozgrzaliśmy, a wy jesteście zmęczeni i jesteście gotowi żeby iść do domu?" - publika ostro zaprzecza. Potem standardowe "Fuck no, James!" i za chwilę po paru kolejnych okrzykach następny hicior - Master of Puppets. Niestety, wersja skrócona, ale na video (z Seattle) jest pełna wersja.

            Zaraz potem coś absolutnie wyjątkowego - Seek & Destroy z Jasonem na wokalu. Pewna odmiana, ale cóż - jak wiemy Jason zawsze był ambitny ;). Uwaga, coś wyjątkowego: track trwa aż 18 minut!!! Ale jest generalnie bardzo wesoło, Jaymz uczy widzów śpiewać refren i tak mamy okazję posłuchać jak "śpiewają" fani! No cóż, może do najprzyjemniejszych doznań to nie należy, ale jest to na pewno ciekawe doświadczenie. Godne podziwu jest to, że przez cały czas w tle ostro soluje Lars. A tempo utworu w końcu jest całkiem szybkie. A gość grzeje i grzeje, naprawdę - GODNE PODZIWU. Są też solówki gitarowe i basowe. Generalnie bardzo udana mini 'imprezka'. No i jeszcze do tego wszystkiego niezłe zakończenie.

            "You guys want some more, don't you?... How about some old shit from Kill'em All?" - pyta James. Będzie więc szybko, publika ma szaleć. "Załóżcie buty do tańca" - za chwilę rozbrzmiewa słynny refren i w odpowiednim momencie publika wrzeszczy: Whiplash!!! No i zaczyna się szybki utwór z pierwszego albumu. Jaymz znowu odlicza w dosyć nietypowy sposób, tak jak na Woodstock, ale nie zdradzę jak. No bo co jak ja tu wszystko napiszę to potem nie będzie żadnych niespodzianek. Whip kończy drugi CeDek Live Shita.

            Po takiej dawce czadu czas na odrobinę balladowego spokoju. Kolejny wielki przebój grypy.. to jest grupy no i Nothing else matters. Są ludzie którzy lubią ten utwór (tylko ten) i uważają się za fanów zespołu. No cóż, robaczki, muszę Wam powiedzieć, że Metallica to nie tylko to. Ale wracając do utworu. Wypadł dobrze, ale to chyba nie trzeba mówić.

            Potem znajome intro puszczone z głośników - tak, to Wherever I May Roam. Rewelacyjnie wyszło. Bardzo monumentalny utwór i naprawdę porządny performance. Chyba generalnie najlepszy ze wszystkich znanych mi wersji live.

            Bez żadnych przerw zaczyna się Am I Evil?. Nawet nie ma początkowych dźwięków tylko od razu zaczyna się ten słynny marszowy rytm. Gdy kończy się on i wszyscy w zaparciu czekają na solo Kirka, mała niespodzianka... Ten znany riff to Smoke on the Water!!! Ale co się dziwić - Deep Purple to był pierwszy zespół jaki Lars Ulrich zobaczył na żywo na koncercie (miał wtedy z 10 lat). "Did you guys ain't know we wrote that?" - zachwala zespół James. Potem jeszcze chwila jajeczek bo lekko 'sfałszowany' Enter Sandman. Potem jednak Kirk się opamiętuje i gra solo z Evil dalej. Tradycyjnie jednak bzikuje mu wajcha, to najlepiej wygląda jak się to zobaczy, a nie usłyszy. Ale generalnie udany track. Zaliczam go więc do grona moich faworytów.

            Czas na Ostatnią Pieszczotę Jaymza, czyli Last Caress. Świetnie wykonany utwór, można powiedzieć, że mój faworyt. Szkoda, że trwa jedynie 1,5 min. A może właśnie w tym tkwi jego specyficzny urok? Kto wie, kto wie... Bardzo szybki i niemal punkowy kawałek The Misfits. Przyjemna sprawa, cóż to za koncert bez niego. "Cold sweet death, one last caress..."

            Potem po prawie 2 (dwu? dwóch?) minutach strzelania, wybuchów, karabinów, okrzyków, helikopterów, zaczyna się... Zgadnijcie co... Nie, nie Zenek Umył Zęby tylko One. Kultowy utwór, którego najmocniejszą stroną jest chyba sam tekst. Tak, tak, tutaj Misiowie w pewien sposób starają się uświadomić czym tak właściwie jest eutanazja i starają się pomóc zrozumieć ludzi pragnących w cierpieniu własnej śmierci. Generalnie warto posłuchać utworu i zastanowić się nad tym, sprawa jest naprawdę dobra. Z ciekawostek można dodać, że One został wybrany za singel promujący Live Shit: Binge & Purge.

            Czas na kolejne jajeczka. Misiowie zaczynają trochę jammować i wychodzi coś na kształt jakiegoś fajnego bluesika. Spokojna, powolna melodyjka - całkiem przyjemne. Potem rozbrzmiewa No Remorse, ale nagle się przerywa, James wypowiada wyraz uznany ogólnie za niecenzuralny i słyszymy intro do Ride the Lightning. Znów coś nie wychodzi. Jaymz pyta publiczności, który kawałek chciałaby usłyszeć. "To i tak nie ma znaczenia", po chwili słyszymy So What. Krótki, szybki utworek zaraz po nim jeszcze coś "for you", i mamy bardzo szybkie Battery. Tym razem kawałek rozbrzmiewa na dobre. Cóż - kolejny mój faworyt, naprawdę wielka moc emanuje od tego kawałka (jeśli można tak powiedzieć ;)). Aż chce się wymachiwać głową na wszystkie strony. I genialne wręcz zakończenie, taki kawałek wymaga porządnego czadu na koniec, bo i sam jest czadowy. Po takim kopie koncert nie mógł się skończyć. Dlatego też...

            "What, man? What song haven't you heard?" - pyta Jaymz. Jeszcze krótka gadka i mamy kolejny dobry kawałek, czyli The Four Horsemen. Szkoda, że brakuje tej wolnej partii w środku, ale na koncertach chyba nigdy jej nie wykonywali. Fajny, bardzo klimatyczny utworek a i powrzeszczeć można sobie troszkę.

            Ale już za chwilę coś naprawdę czadowego. Rozbrzmiewają kotły Larsa, po tym intrze może być tylko jedno - Motorbreath! Fajny, nieco "zupgradeowany" początek. Kolejny już mój faworyt na całym Live Shit. I największy speed na całej płycie! Ludzie, oni kiedyś pourywają sobie wszyscy ręce jak tak dalej będą grać. A my co? A my machamy główkami, tak moi drodzy, nie wypada inaczej...

            No i przychodzi czas na prawdziwy finał płyty. Coś z repertuaru Queen - czyli bardzo szybko zagrany Stone Cold Crazy! Dobre zakończenie płyty, trzeba przyznać. Na pewno lepsze niż na Woodstock '94, w każdym razie. Poza tym, tak jak mówię, bardzo szybko zagrane, prawie tak szybko jak na singlu. Świetny kawałek z jajami, takież samo zakończenie, tym razem już nie jednej piosenki, ale wszystkich trzech płyt. Więc chyba nie muszę mówić, że jest naprawdę ostro na koniec. Potem przychodzi czas na pożegnanie się po kolei członków zespołu z fanami. Najpierw żegna się James "Tallica says C YA!!!" Potem Jason: "Muchos Gracias!", na koniec Lars wygłasza cały referat (jak to Lars)...

            A więc podsumowując ten aż przydługi wywód. Live Shit doskonale pokazuje, jak należy robić albumy koncertowe. Pokazuje, że włożenie płyty do pudełka z 10 utworami zagranymi identycznie jak na albumach to nie to czym należy rozpieszczać fanów. Live Shit to także najlepsze koncertowe wydawnictwo Metalliki, jakie dotychczas mogłem usłyszeć. Jakość jest znakomita, wykonanie wszystkich utworów także świetne, z kilkoma wyjątkami, które są po prostu rewelacyjne (zaznaczałem to w tekście). Generalnie Live Shit jako całość jest bardzo udany, najlepszy jest dla wszystkich tych, którzy wciąż uganiają się za bootlegami i nie mają dosyć Metalliki Live. Tutaj na pewien czas zostaną zaspokojeni. (ale tylko na pewien czas...)

                                                       

Mexico City

10/10

Jakość:

Data Nagrania:

25/02-02/03/93

Miejsce Nagrania:

Mexico City

Liczba utworów:

24

Całkowity czas:

2 h 10 min

 

 

 

 

 

 

 

 

KOT