|
Meandry mównictwa polskiego |
|
Doprawdy nie wiem, jak możliwe jest ciągłe komplikowanie sobie życia oraz późniejsze nań narzekanie. Jestem z natury dość prosty, więc nie istnieje dla mnie kolor "seledynowy" czy "sepia". Jest za to "zielony" i "coś ciemnego" (jasnego?), a zresztą i tak już niedługo zniszczą nas afgańskie bomby atomowe, kosmiczne skały wielkości któregoś ze stanów USA (dlaczego rozmiary meteorytów zawsze porównuje się do powierzchni tych prowincji? [gdyż dla mnie jakiś teren w kraju, który znam z pocztówek, jest prowincją Europy] Czy każdy na świecie wie, jak duże jest np. Idaho?) itp., więc lepiej szykować sobie przytulny schronik z zapasem jodu i dolarów, a nie oddawać się głębokim przemyśleniom płytkich tematów. Czy potrzebna była ta dygresja, która, wbrew mym zamierzeniom, stała się wstępem? Jak zwykł mawiać pewien satyryk - mili państwo, ludzie, no panie! Cóż za pytanie! Drogi czytelniku, w myśl idei "róbta co chceta" - odpowiedz se sam! Pijąc z bukłaka zimną wodę, szamając żymły czy klapsznyce lub robiąc to i owo w hazieloku - odpowiedz se sam! Bo czyż temat, który tu zamierzam poruszyć, a którego się być może domyśliłeś, nie jest płytki niczym "stawik" w klozecie (tym samym obiekt zabaw dzieci pewnej pani z reklam)? Oj, jest, a właściwie są, bo rzecz idzie o meandry polszczyzny, zwane również dialektami, na które przecież żaden codziennie mazurzący warszawiak uwagi nie zwraca. Tak więc zacznijmy dogłębne drążenie płytkiego zagadnienia, jakim jest nasz język rodzimy. (Przynajmniej powinien być płytki, ponieważ język to nie żadna matematyka i jego nie trzeba rozumieć, ale po prostu umieć.) Wpierw informacja: na Śląsku, Pomorzu, Mazowszu i w innych regionach mówi się DIALEKTAMI, nie gwarą, jak błędnie sądzą poniektórzy. I, jeślibyście nie wiedzieli, te wszystkie "odskoki" od czystego języka literackiego są wcale dozwolone, wręcz poprawne. Jest tak dlatego, że "kanon", że pozwolę sobie na takie określenie, prezentowany przez słowniki powstawał przez wieki, kształtując się właśnie z dialektów. Oczywiście największy wpływ na zawartość naszych PWNów miały regiony liczące się w polityce, a więc przede wszystkim stolice. Dobrze, wystarczy tej historii, bo się jeszcze czegoś nauczycie... Pytanie jest jedno: czym mówimy? Pomijając kilka mniej ważnych organów, jakieś tam jamy gębowe i inne flaki: - mówimy mową mazurską, a więc mazurzymy. - kaszubimy - można również sziakać - tzw. wymowa asynchroniczna spółgłosek wargowych miękkich - niektórzy mają tendencję do rozdwajania samogłosek - wymowa "ch" jako "k" (na końcu wyrazów) Jak widać, trochę tego jest. Ale to jeszcze nie wszystko, to ledwo początek! Nie będę jednak w tym tekście podawał przykładu każdego możliwego dialektu, gdyż w "Książkach" miejsca by nań nie starczyło. Dodatkowo obawiam się o samopoczucie czytających te słowa; żeby się ino biedaki przeze mnie nie pochorowali... A jaki był cel tego tekstu? Ano (słowo chyba poprawne, być może z jakiegoś dialektu) czy całe to zamieszanie z dialektami nie jest utrudnianiem sobie życia? Z całym szacunkiem, poprzednie pokolenia nie powinny uczyć młodych "ichniej mowy", ponieważ to wszystko powoduje jeno zamieszanie (i wychodzą takie kwiatki jak podczas spisu ludności: narodowość - Ślązak!). Ale przyznać muszę, iż książka napisana w całości dialektem mogła by być ciekawa. Jeśliby kto chciał się dowiedzieć czegoś więcej na powyższy temat, niech śmiało prze w biblioteki, ewentualnie wstąpi do prof. Miodka w odwiedziny. Można też zamejlować do mnie, adres kiedyś podałem, ale radziłbym zdać się na bardziej wiarygodne\niezawodne źródło. A nuż coś wypadnie (np. kozy będzie trzeba wydoić czy Maciakowej pomóc mleko rozwozić)! A tymczasem żegnam was staropolskim, przedwiecznym, rdzennie "naszym" - cze, ludziska. military
|
|