Milan Kundera - "Nieznośna lekkość bytu"


Zawsze się zastanawiałem, jak to możliwe, że Shakira pochodzi z tego samego kraju co Marquez, Himmler był rodakiem Remarque'a, zarówno Britney Spears jak i Joseph Heller to Amerykanie, Iwan Groźny rządził w ojczyźnie Dostojewskiego, a Shazza śpiewa w języku, w którym pisał Gombrowicz. W świetle takich rozmyślań stwierdzenie: "głupota ludzka nie zna granic" nabiera podwójnego znaczenia. W ślad za tą myślą idzie na szczęście inna: ludzka inteligencja, wrażliwość i poczucie humoru również są ponadnarodowe.

Kultury i historii czeskiej nie znam na tyle, aby doszukiwać się i tam potwierdzenia tego prawidła. Kraj, którego stolicą jest Praga kojarzy mi się z kilkoma rzeczami: z tanim jak barszcz piwem, z knedliczkami, z hokejem, z młodzieńcami o włosach a la wykonawcy disco-polo, wczesne lata dziewięćdziesiąte, a po ostatniej wycieczce nad Wełtawę również z pięknymi zabytkami, z kanarami w metrze oraz z obskurnymi hotelami. Ale pomimo braku uprzedzeń historycznych i przykrych doświadczeń, pomimo odwoływania się do wszelkich zasad logiki, tolerancji, humanizmu, a nawet kosmopolityzmu, niemożliwością wydaje mi się myślenie o naszych sąsiadach zza południowej granicy serio. Ale powiedzcie sami: czy można poważnie traktować kogoś, kto mówi tak zabawnym językiem? Przekonałem się jednak ostatnio, że w języku, w którym "chłopcy" to "chlapci", a "palić papierosy" to "kurzyć" można napisać nie tylko śmieszną powieść o przygodach wojaka Szwejka, ale również książkę niebanalną, wolną od kiczu, przejawiającą skłonności do filozofowania.

(Każdy kto zwrócił uwagę na nagłówek tej recenzji, a potem przeczytał jej wstęp może powiedzieć: "Hola, hola! A o Kafce pan zapomniał?! Azaliż nie mieszkał on w Pradze?". Azaliż, azaliż, ale przecież pan Franz nie dość, że był Żydem, to jeszcze pisał w języku pewnego niewysokiego Adolfa, który golił się w sposób, który po jego ekscesach już chyba nigdy nie wróci do mody)

Książka, o której właśnie zacznę pisać (mam nadzieję, bo ten wstęp przedłuża się niemiłosiernie) została opublikowana we Francji, w roku 1984. Kundera wyemigrował tam, bo w jego ojczyźnie - jak w każdym szanującym się socjalistycznym państwie - nie dało się żyć (że o swobodzie publikacji nie wspomnę). Piszę o tym, bo tło polityczne tej powieści jest raczej istotne, jako że jej akcja toczy się w okolicach roku 1968, kiedy to nastąpiła agresja wojsk Układu Warszawskiego na biedną Czechosłowację.

Głównym wątkiem fabularnym jest niełatwa miłość dwojga ludzi. Jest to o tyle zawikłana historia, że Tomasz - jak niemal każdy główny bohater u Kundery (w tym miejscu pochwalę się bezczelnie, że czytałem też kilka jego opowiadań) - jest mężczyzną, u którego bardzo ważną rolę odgrywa popęd seksualny. Pomimo że przemożnie kocha Teresę, jest "monogamicznie upośledzony": dopuszcza się niewierności regularnie i to z wieloma kobietami. Ich związek budził we mnie uczucia dwojakie: z jednej strony - złość na Tomasza za wszystkie zdrady wobec Teresy; a z drugiej - radość z ich bezgranicznej, choć bolesnej miłości: "zrodzonej z sześciu przypadków" i trwającej pomimo tak wielu przeciwności. Składam hołd panu Milanowi za wywoływanie we mnie prawdziwych emocji i to tak przeciwstawnych na przestrzeni zaledwie kilku stron.

Kundera opowiada historie życia swoich bohaterów, okazując się przy tym świetnym psychologiem (z wyraźnymi ciągotami psychoanalitycznymi). Ale nie stroni od dygresji, które pozwalają mu pofilozofować. I właśnie to filozofowanie sprawiło, że książka tak mi się podobała. Dużą część jego rozmyślań zajmuje tytułowa kwestia "lekkości bytu" (zainspirowana dziełami Nietzschego), ale pisze również o etyce, o walce dobra ze złem, o dokonywaniu wyborów, a także przeprowadza analizę zjawiska kiczu, wychodząc z założenia, że teoria istnienia nieomylnego Boga kłóci się z istnieniem gówna, co może brzmieć dziwnie, ale nabiera sensu dla każdego, kto przeczytał "Nieznośną lekkość bytu".

Jest też o dualizmie - problem ciała i duszy. Rozdział traktujący o tym przeczytałem w przeddzień mojej wizyty u dentysty. A kiedy siedziałem na fotelu, po prawej mając pana doktora, a po lewej panią asystentkę, którzy trzymali w mojej jamie ustnej jakieś urządzenia i wpatrywali się w moje zęby, z takim skupieniem, jakby tylko one na świecie istniały, przypomniałem sobie słowa Kundery. Z masą plastiku i wacików w ustach rozdziawiłem je jeszcze bardziej, co dla niewprawnego oka mogłoby być grymasem, lecz było niemożliwym do powstrzymania uśmiechem, gdy skonfrontowałem całą swoją nieznośną megalomanię i egocentryczne postrzeganie świata, ze sprowadzeniem przez nich mojej osoby do ubytku w górnej prawej szóstce.

Lubię literaturę, która pobudza mnie do przemyślenia pewnych spraw, a także do wejrzenia w głąb siebie. Lubię pisarzy, którzy mają oryginalne spojrzenie na świat i nie karmią czytelników kolejną banalną historią o układnej miłości zwyciężającej wszystko lub o ratowaniu świata od zagłady w pojedynkę, no, ewentualnie z cycatą blondyną u boku. Jeśli masz upodobania zbliżone do moich, Milan Kundera i jego "Nieznośna lekkość bytu" cię nie zawiodą.

Phnom Penh
amksiazki@go2.pl
phnom_penh@pf.pl

"Niezgoda na gówno ma charakter metafizyczny. Chwila defekowania jest codziennym dowodem na to, że Stwór Boski jest nie do przyjęcia. Albo-albo: albo możemy zgodzić się na gówno (a wtedy nie zamykajmy drzwi do ubikacji!), albo zostaliśmy stworzeni w sposób nie do przyjęcia."
Milan Kundera - "Nieznośna lekkość bytu"