Stephen Baker - "Jak żyć z neurotycznym kotem?"


Czytelniku: czy masz kota? Nie, nie chodzi mi o jakikolwiek ubytek w mózgu, ale o futrzaną, ciężką, wiecznie śpiącą kulkę tłuszczu. Jeśli odpowiedź brzmi "tak", zapewne wiesz, jaką odpowiedzialnością zostałeś obciążony. Oj, nie ma bardziej stresującego zajęcia niż przyrządzanie swemu pupilowi śniadanka lub drugiego śniadanka, czy też trzeciego śniadania, obiadu, czwartego śniadania, podwieczorku, piątego śniadania i kolacji. Zapewne każdy właściciel (też coś...) kota przeżywa wtedy ciężkie katusze, pytając się w myślach "czy to będzie dla Niego odpowiednie?". A kiedy kocur już łaskawie przebudzi się i zerknie jednym okiem w stronę kaczki w sosie cytrynowym, w przygotowanie której włożyliśmy całą duszę, serce chce wprost wydostać się z ciała, niekoniecznie przez gardło. Jeśli zwierz pofatyguje się do stołu, możemy spokojnie odetchnąć, a jeżeli nie... cóż, lepiej nie mówić, gdyż efekty są straszne nawet dla tak zaprawionych w obrzydliwościach ludzi jak... aż boję się napisać... sz.p. Kałużyński, wydają się nie do zniesienia! (może nie każdy wie, ale ten znakomiity krytyk rzekł swego czasu, że np. hodowanie brudu na swej skórze uważa jako hobby, dlatego też starannie ów syf pielęgnuje).

I jak z tym żyć, ja się pytam? Jakoś trzeba, kiedy przygarniesz kota (a właściwie on przygarnie, w swej łaskawości, ciebie), nie ma odwrotu. Zanim jednak, zaznawszy uroków opieki nad milusińskim, sięgniesz po siekierę i się zastrzelisz, sięgnij po poradnik zatytułowany "Jak żyć z neurotycznym kotem?". Niewątpliwie ułatwi ci życie!

Książka tu opisywana została stworzona przez sztab specjalistów z dziedziny kotastyki stosowanej (oddział ten kryje się pod nazwiskiem Stephen Baker), a każdy chyba przyzna, że nie ma większego autorytetu w dziedzinie survivalu, niż człowiek żyjący jakiś czas z kotem. Dlatego też, jak i ze względu na niewątpliwą wartość artystyczną, postanowiłem zapoznać z w.w. pozycją.

Już sam tytuł może wydać się enigmatyczny, gdyż jest nieco w swej prostocie paradoksalny. Zestawiono w nim słowa, które tworzą wyrażenie "żyć z kotem", co fachowo zwie się oksymoronem. Dodatkowo kota określono jako "neurotyka", co też dziwi, zważywszy że trudne jest wsadzenie mu termometru pod ogon aby zbadać temperaturę, a co dopiero przeprowadzić badania psychiatryczne. Ale, jak można wyczytać, u 99.9999% kotów owy neurotyzm stwierdzono, a pewne źródła donoszą, że wynik jest stanowczo zaniżony...

Co przeciętny Polak czyni po zapoznaniu się z tytułem książki? Jest kilka możliwości:
a) orientuje się, że koledzy muszą być bardziej pijani od niego, skoro zamiast do baru zanieśli go do biblioteki
b) odruchowo patrzy w bok, sprawdzając, czy aby starczy mu papieru toaletowego
c) przewraca kolejną stronę (rzadko)

Jako, że staramy wyróżniać się z tłumu, wybieramy opcję "c" i naszym oczom ukazują się... litery! Morze tekstu! Całe kilka linijek! Tak jest, oto największa wada kociego poradnika. Mimo, iż pozornie jest obszerny, cała jego grubość wynika z rodzaju papieru, na jakim został wydany. Jeśli jeszcze dodam, że nierzadko rysunki, obrazujące fragmenty pisane, zajmują bite dwie strony, wszystko stanie się jasne. Porady i statystyki, choć niewątpliwie zabawne, zajmują ledwo 40% objętości książki. Reszta to średniej jakości rysunki, z których rozśmieszyło mnie może pięć. Już gotów byłem pomyśleć, że mam do czynienia z amerykańską książką, a tu niespodzianka - Angole maczali w tym swoje nieskazitelnie czyste paluszki. Aż dziw bierze...

Mimo wad, mimo deszczu, mimo słoty, polecam tą książkę wszystkim. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że jest to jedno z najzabawniejszych wydawnictw, z jakimi miałem do czynienia. (A drugim jest niezwykle rozbudowany western "Dyliżansem przez prerię", dzieło geniusza.) Jeśli ktoś ma poczucie humoru (lub kota), niech śmiało ubiera buciki i czapeczkę, po czym idzie do księgarni, tudzież biblioteki, zanim ktoś go uprzedzi.

military