|
H.P. Lovecraft - "W Górach Szaleństwa" |
|
Witajcie, jest wrzesień :)) (jak to piszę) więc było to dawno temu.... Recenzuje dzisiaj bodajże najdłuższą nowelkę Lovecrafa pod tytułem.... "W Górach Szaleństwa". Jest to horrorem psychologiczny, w którym występują obcy z mitologii Cthulu. Więc na Antarktydę przyjeżdża ekspedycja, mająca na celu zbadanie nowoodkrytych, nienazwanych jeszcze najwyższych gór świata. Uff.. ale nazwy. Kiedy czytałem (gdzieś w czerwcu) opisy krajobrazu, prawie widziałem co chciał przedstawić autor, wielkie lodowe pustynie, mróz, samotność, pustka i ogromne złowieszcze góry w tle, brrrr... (mój gumowy kurczak dostał gęsiej skórki). Ekspedycja ma za zadanie również odszukanie (bodajże) zaginionej poprzedniej ekspedycji. Podczas badań wykopaliskowych odkryto komorę, w której znajdowały się glonorybomeduzopodobne istoty, bo do humanoidów duuużo im brakowało. Wstępne badania określiły ich wiek na około 1,5 miliarda lat !!! Przedstawię krootki opis ich wyglądu (jak mi się uda, co jest sztuką). Beczkowaty korpus, z którego wychodziły dwie macki zaopatrzone na końcu w romboidalne stopy, z korpusu wychodziły jeszcze macki, mniejsze i krótsze, których długość była różna. "Głowa" stwora zamocowana była na krótkiej szyi, wychodzącej z beczkowatego korpusu, była ona na kształt pięcioramiennej rozgwiazdy, na końcu każdej odnogi znajdowała się czułka, z której wychodziło oczko. Wzdłuż krawędzi całej głowy były małe świecące "oczka". Na szczycie głowy, tzn. po środku gwiazdy (nie ja to wymyśliłem, nie jestem jeszcze tak szalony : ))) jest otwór z którego wychodzą macki albo czułki, mające własne otwory gębowe, ale służą one wpychania pokarmu do otworu gębowego! Istota porusza się na stopie (mniejsza wersja głowy), jednak z jej otworu gębowego wyrastały mocne grube macki odpowiedzialne za poruszanie się. Należy jeszcze dodać że istota posiadała dwie pary błoniastych skrzydeł, chlorofil w komórkach, płuca, skrzela i była samożywna. Istoty te (o zgrozo!!! czy to cosie to istoty) zostały opisane dużo dokładniej w książce, na chyba 5 stron (książka ma coś ponad sto stron). Dość o nich, w obozie zdarza się nieszczęście i bohater jest zmuszony do udania się w złowieszcze góry. Tam atmosfera grozy sięga zenitu, parania bohatera badacza jest nad wyraz ludzka ( : P ), odczuwa on niewytłumaczalny strach (a kto by nie odczuwał go na Antarktydzie w mieście obcych!), wszystko co czai się za rogiem opuszczonego miasta może go zabić. A tak właśnie miasto, jest to kamienna metropolia datowana na jakieś półtora, góra 2 miliardy lat, bagatelka, phi. Podczas podróży dowiadujemy się o historii miasta i jego budowniczych, niesamowitej skądinąd (dowiecie się że jesteśmy tylko niesfornym pokarmem!). Atmosfera grozy potęgują się z każdą sekundą, aż następuje wielki finał i ........ jak dla mnie był rozczarowaniem..... spodziewałem się czegoś innego lepszego, ale cóż recenzje są subiektywne (Gustus non disputantus es, jak mawiała moja pani z polskiego, a przy okazji pozdrawiam panią W.Ż. :))). {Oby Bozia jej wybaczyła... - PP} Opowieść kończy się dość dziwnie, szaleństwem jednego z naukowców i potęgującym naszym obawy Wierd Endem. Niech teke li li nigdy was nie dopadną. Ocena +4 (dostanie mi się od fanów Lovecrafta) +2 Silmarile i jeden Big Morgothek! Pan Feanor i qurczak z gumy Augan-Gaugan |
|