..:: Aleja śmierci ::..
Roger Zelazny i długa droga


W moje ręce trafiła książka Rogera Zelaznego, z początku czytając nazwisko autora pominąłem jeden znak i przeczytałem to jako Żelazny ;), widzicie jakie zmęczone oczy starego człowieka :]. Teraz, dla czytelników Cd-Action zastosuję recenzję Eld'owską, w wydaniu Splatch'owskim. Z jedną różnicą, bez oceny.

Droga jest długa - powiedział mi dziadek i zaciągnął się papierosem. - Od Kalifornii do Bostonu jest bardzo daleko, mało ludzi odważy się do niej przystąpić, a jeszcze mniej ją przebędzie - tutaj spojrzał na wschód, machnął ręką - O tam! tam to jest, za daleko jak dla mnie. Jednak historia jest okrutna i zmusza ludzi do nadludzkich wysiłków. Jednym z takich ludzi był Czart Tanner, jego droga była długa, a koniec -westchnął, spojrzał na tatuaż na lewej dłoni, i podjął dalej - a koniec był już końcem ostatecznym. Nikt poza mną nie wie, czy dotarł do Bostonu - nikt nie pokonał tej drogi za darmo. Ceną jest życie.

Spojrzałem na staruszka, wydał się teraz przygnębiony wiekiem bardziej niż zwykle. Jeszcze nigdy go takim nie widziałem. Jego postawa była twarda, żył już ponad siedemdziesiąt lat (na obecne czasy bardzo długo). Jednak młodość pozostała jeszcze w skrawku jego duszy. Ciało potężnie zbudowane, ramiona barczyste i kark szeroki. Kiedyś musiał być hersztem.

Historia Czarta zaczyna się bardzo dawno. Był wówczas młodym chłopcem, miał szesnaście lat, gdy został Aniołem. Razem ze swoim gangiem był niepokonany, dokonał rzeczy niemożliwych, był panem sam sobie. Jednak przyszła i na niego kreska, wpadł, został skazany - do ciupy. Wkrótce potem miejsce miała wielka obława - przerwał na chwilkę, a w jego zamglonych oczach pojawiła się warstewka odbijająca światło - wszyscy zginęli, cała załoga. Czart został ostatnim Aniołem. Jednak droga wielkich czynów nie kończyła się na tym. Dostał szansę, jak w bajkach z dwudziestego wieku, miał dowieść lekarstwo do Bostonu, epidemia zbierała śmiertelne żniwo.

Dziadek opowiadał wspaniale, nie zanudzał mnie. Od czasu do czasu wspomniał stare czasy, kiedy Czart był mały. Rozbawił mnie nieco historią o chrzcie młodego Tannera, dobił śmiercią jego towarzyszy. Wszystko opowiadał wyraźnie, nie pozostawiał mi możliwości dopytywania się. To co widziałem poza Los Angeles mogło być tylko złudzeniem, ale w ustach dziadka było sztuką. Wiem, że te wszystkie paskudztwa tam są. Dowiedziałem się, że Czart miał towarzyszy, trzy samochody wyładowane lekarstwem, jeden, dwa, długa chwila i trzy! Tak, straszne! Teraz tego nie ma, nie ma wichrów, nie ma pustyni ze szkła. Wszystko wydało się takie złudne, niemożliwe, jak w starych - dobrych opowiastkach Science Fiction, niczym Fallout. Wiem, że Tanner poznał kobietę, zabił wielu ludzi, po to aby dać tym ludziom coś z siebie. Musiał walczyć sam ze sobą, ze swoją przeszłością, chciał mieć czym się pochwalić w przyszłości. Powoli niczym śmieszny ślimak dochodził do wniosku, serce rośnie gdy walczy, nie może go nic powstrzymać - ani pogoda, ani maszyny, a tym bardziej ludzie.

Dziadek skończył swoją opowieść, po jego policzkach spłynęły łzy, a w siwe i rzadkie włosy wpadł wiatr. Jego oczy nie widziały mnie, nie widziały otoczenia patrzyły - tam w przeszłość. Wstał i zachwiał się, upadł na kolana i raz jeszcze głęboko westchnął i wyzionął ducha. Nie mogłem nic zrobić, tylko biernie patrzeć na koniec historii. Jego opowieść dobiegła końca, wiatr rozszarpał słowa i przegonił echo. Przeleciał nade mną samolot i w moje oczy wstąpiły łzy. Ten człowiek zasłużył na pomnik, pasowałby mu motocykl, wielki Harley, zasłużył!

Łukasz 'Splatch' Dywicki
splatch@wp.pl