Jedną z cech niekończących się telenowel są liczne historie miłosne. "Panie kochany, to jedna z głównych ich zalet" - twierdzi 80-letnia pani Pelagia Garnkowa z Bździoch - zagorzała fanatyczka serialu "Zmutowany anioł". Najwyraźniej spece z tivi zauważyli, że można by było stworzyć coś dla tych, co są z telenowelami na bakier. I nie byłaby to głupia myśl, bo skoro 'walentynki' udało się skomercjalizować, to czemu nie zaserwować miłości w postaci programu młodzieżowego (wiecie, takiego 'cool', luzackiego i z dużą ilością słodyczy). Prognozy oglądalności takiego programu prezentowały się nader zachęcająco.
Przegląd programów #1 - Tylko miłość
I dlatego za oceanem powstał "All you need is love", który osiągnął całkiem przyzwoitą oglądalność. Na tyle przyzwoitą by powstały odpowiedniki tego programu w innych krajach (za wykupem licencji). Wcześniej czy później któryś z polskich komercyjnych molochów musiał wyniuchać ten program (był to TVN) i postanowił nam go zaserwować, aby godnie zastępować czas antenowy "Big Brother Ring". No i doczekaliśmy się (per)wersji polskiej pt. "Tylko miłość", prowadzoną przez Michała Gulewicza, który - wyglądem słodkiego herubinka - bardzo pasuje do formuły programu.
O co chodzi? Chodzi o pokazanie tutaj zakochanych par. Aranżowane są spotkania w ciekawych miejscach, malowniczych pejzażach czy przytulnych kafejkach (nie! nie internetowych! - chociaż... :). Przeważnie ON lub ONA daje cynk do programu, że danej osobie chce wyznać miłość/zerwać z nią/oświadczyć że jest się w ciąży (nie dotyczy mężczyzn) lub przeprosić. Po szczegóły odsyłam do samego programu - skoro ja się zmusiłem by to oglądać przez 80 minut, to Wy też możecie. ;) Szczególnie interesujące było pewne zdarzenie w jednym z programów: prowadzący odczytuje fragment logu z czata. W nim jakiś facet przywala się do jakiejś panienki. Nagle kamera 'najeżdża' na twarz pewnego faceta, i po chwili dowiaduje się że jest jednym z bohaterów programu. Sam facet wygląda koszmarnie! Za samą twarz powinien wygrywać wszelkie castingi do komedii, a zwłaszcza za usta, które ma wyjątkowo, eee... wąskie i śniśnięte, jakby całe życie pił z butelki z gwinta. Prowadzący wypytuje go o tą panienkę. Kilkakrotnie zwraca uwagę na historie, w których pewne osoby podają się za innych niż w rzeczywistości są naprawdę. Następnie na ekranie w studiu pojawia się zdjęcie tej dziewczyny. IMHO niezła laska! :> Gość, z którym rozmawia prowadzący potwierdza, że to właśnie zdjęcie przesłała mu. Tymczasem dowiaduje się, że ona też jest w studiu i za chwilę się spotkają. Nagle przez drzwi wchodzi jakaś stara brzydka baba. Zapoznają się i... facet jest w szoq. :) Michał (prowadzący) pyta się, czy ją poznaje i czy to ta sama osoba. Gość w studio zarzeka się, że to ona. Po chwili Michał prostuje, że to nie ona, i po chwili wchodzi ta prawdziwa panienka co on ją poznał. Tym razem to ona! O dziwo nie rozczarowała się jego wyglądem. Albo wcześniej miała jego zdjęcie, albo jest ogromnie tolerancyjna. :)
To tylko jeden z momentów programu. Myślę, że warto go obejrzeć ze względu na takie zabawne sytuacje. Jednakże ciężko jest się przyzwyczaić do cukierkowatego klimatu programu. Obrzydliwie słodkie intro, następnie rozmyty obraz z kamery w studio - tzw. maślany obraz wg mojej terminologii, a później jest... jeszcze słodziej. :P Ale kto potrafi przeboleć te tony słodyczy, to będzie miał niezłą zabawę (jeśli lubi się programy żerujące na ludzkich uczuciach). Nic szczególnego, ale lepsze to od kolejnego festiwalu piosenki kresowej czy tandetnego serialu sensacyjnego u konkurencji.