Życiowe wybory

Zazdroszczę ludziom, którzy już we wczesnej młodości wiedzieli, co chcieliby w życiu robić. Obrali sobie cel i - jeśli są dostatecznie wytrwali i konsekwentni - podążają raz wytyczoną drogą, aby do niego dotrzeć. Dzięki temu potrafią zaplanować każdy swój następny krok - łatwiej im, niż zwykłym śmiertelnikom, podejmować decyzje. Ich życie jest parciem do przodu po prostej, ale to jest o wiele trudniejsze, niż by się mogło wydawać. Muszą walczyć z przeciwnościami losu, wkładać nadludzki wysiłek w powodzenie niektórych projektów, często wbrew wielu ludziom, zawistnie lub sceptycznie twierdzącym, że im się nie uda, że porwali się z motyką na słońce. Niejednokrotnie sami odczuwają zmęczenie, ponoszą klęski, po których wydaje im się, że już nigdy nie dopną swego, ale ich marzenia, ich ambicje nie dają im długo lamentować: prędzej czy później stawiają ich na nogi i popychają do przodu. Czy udaje im się? Owszem, jeśli tylko mają dość siły i odrobinę szczęścia.

Są też na tym świecie tacy ludzie, którzy nie czują się do niczego powołani; nie mają żadnej pasji, której chcieliby się w życiu poświęcić. Oni często w podejmowaniu decyzji, dotyczących dalszej drogi edukacji lub przy wyborze zawodu, kierują się względami materialnymi, a czasem nawet przypadkiem. Idą do liceum na mat-fiz, bo ich przyjaciele się również tam wybierają, łatwo im przychodzi nauka biologii, więc składają papiery na akademię medyczną, ewentualnie decydują się studiować w szkole marketingu i zarządzania, bo chcą się dorobić naprawdę ciężkich pieniędzy. Oni również nie zawsze osiągają sukces, ale nawet jeśli poniosą porażkę, mają do wyboru jeszcze inne drogi. Ostatecznie są w stanie wykonywać jakikolwiek zawód, wiedząc, że jest to po prostu sposób na zarabianie na chleb, byleby robić jak najmniej, a dostawać jak najwięcej.

Ale ja chyba należę do jeszcze innej grupy. Czasem wydaje mi się, że mam niepraktyczne, nieekonomiczne i niedzisiejsze podejście do rzeczywistości. Na moim widnokręgu nie rysuje się żaden wyraźny cel, na swojej drodze nie spotykam jednoznacznych drogowskazów. Jednocześnie pragnę, aby wszystko co robię miało jakiś sens, nie chcę żyć swojego życia, jakby było ono pożyczone, nie przykładając do niego większej wagi. Na Ziemi jestem tylko raz i dany mi czas chciałbym wykorzystać w sposób, który byłbym w stanie uznać za godny.

Mam takie trudności z podejmowaniem decyzji chyba dlatego, że nie chcę niczego żałować. Kiedy jakiś etap mojej egzystencji ma się ku końcowi, zaczynają mną targać wątpliwości. Mój pracujący analitycznie, zgodnie z wszelkimi zasadami logiki umysł potrafi znaleźć przynajmniej kilkanaście wad każdego pomysłu na dalsze życie. W mojej głowie powstaje wiele scenariuszy, z których tylko jeden jest optymistyczny, ale i on ginie w oceanie tych zakładających częściową lub całkowitą klęskę. Jakby tego było mało, pytam sam siebie: czy do tego będę się nadawać? Czy mam do tego predyspozycje? No i najważniejsze: czy to jest to, co naprawdę chcę robić? Bo ciągle mam nadzieję, że mój przyszły zawód będzie mi dawał nie tylko pieniądze, ale również satysfakcję. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że mógłbym codziennie chodzić do pracy, w której każdy dzień wyglądałby tak samo, do pracy, której bym szczerze nienawidził. Wiem, że bycie dorosłym weryfikuje wiele młodzieńczych ideałów i wyobrażeń, ale mam nadzieję, że chociaż pod tym względem będę potrafił dotrzymać sobie danego słowa. To jest dla mnie ważne i dlatego dokonywanie życiowych wyborów przychodzi mi z takim trudem.

Jest tylko jeden sposób, aby sprawdzić czy dany pomysł jest dobry - wprowadzić go w życie. Po jakimś czasie okazuje się, czy wybrana droga jest słuszna. Jeżeli tak - świetnie, jeżeli nie - można zmienić szkołę lub zawód. Proste, czyż nie? Teoretycznie. Ale tak naprawdę każda duża decyzja nosi na sobie piętno ostateczności i cofnąć się nie jest tak łatwo. Oznacza to zazwyczaj zaczynanie od początku, co jest tym trudniejsze, im więcej czasu i wysiłku poświęciło się na dostanie się na tę pozycję. Oznacza rezygnację ze stabilizacji jaką daje wszystko to, co się osiągnęło, na rzecz niepewnych poszukiwań. Oznacza także przyznanie się do błędu.

Czasami myślę sobie, że wiele by ułatwiało, gdyby każdy człowiek miał jakieś odgórnie narzucone zadanie, którego wypełnienie może i nie byłoby łatwe, ale osiągalne. Podążanie do celu dawałoby wielką satysfakcję, a dotarcie do niego - poczucie spełnienia. A tak - żyję, sam nie wiedząc czego chcę, czepiając się czasem jakichś idei, poszukując, kierując się w jakąś stronę, lecz bez przekonania, że właśnie tam jest Eden, że tam jest szczęście.

I dlatego zazdroszczę ludziom, którzy już we wczesnej młodości wiedzieli, co chcieliby w życiu robić.

Dupa! Piszę o poszukiwaniu celu w życiu, o niemożności znalezienia go, o tym, że nie mógłbym wykonywać pracy, która nie byłaby moją pasją. Piszę w miarę składnie, z patosem, z narcyzmem, z besserwisserstwem, z megalomanią, z egocentryzmem i z mentorstwem, co jeszcze byłbym w stanie znieść, gdyby nie fakt, że nie do końca piszę prawdę. Przecież codziennie chodzę do szkoły (przy czym siedzenie trzydzieści godzin tygodniowo w szkolnej ławce ani trochę mnie nie fascynuje): chodzę tą samą drogą, z tymi samymi ludźmi, do tego samego budynku, oglądam tych samych nauczycieli, rozmawiam ciągle o tym samym z kumplami z klasy (tymi samymi, na dodatek), w dodatku wcale nie są to rozmowy o problemach egzystencjalnych, lecz o piciu albo o panienkach. Mój czas po powrocie ze szkoły upływa według jednego z - niemal niezmiennych - dwóch scenariuszy. Weekendy również są bliźniaczo do siebie podobne. I co? Czy cierpię z tego powodu katusze ducha? Czy nienawidzę swojego życia? Czy próbuję je zmienić? Wcale nie - jest mi wygodnie. I choć naprawdę mam problem z wybraniem kierunku studiów, i choć właściwie nie wiem, co chciałbym robić w przyszłości, to jednak zdaję sobie sprawę, że jeśli w przyszłym zawodzie będę efektywny (warunek konieczny, aby moja próżność pozwoliła mi się czuć dobrze), jeśli nie będzie on za bardzo godził w moje wygodnictwo, to będę mógł z nim spokojnie żyć.

Więc czym jest pierwsza część tego artykułu? Kłamstwem? Uogólnieniem? Przesadą? Próbą zachowania ideałów? Albo raczej - próbą wmówienia sobie ich, kiedy to coś, szumnie i bezpodstawnie nazywane życiem, dawno je "zweryfikowało", jak miałem nieszczęście się wyjęzyczyć? A może zanim zacząłem to pisać, właśnie tak myślałem, a dopiero akt kreacji (prokreacji, rekreacji?) pozwolił mi spojrzeć na to z dystansu i powiedzieć z czystym sumieniem, z pełną świadomością i odpowiedzialnością za swoje słowa: dupa! Dupa, mości panowie!

Phnom Penh
amksiazki@go2.pl
phnom_penh@pf.pl