Zakopane 2002
Kiedy piszę tego arta jest prawie koniec sierpnia. Właśnie wróciłam z kolejnej
zupełnie nieplanowanej acz bardzo ciekawej wycieczki. Ciekawej z dwóch powodów:
po pierwsze - bo pojechałam na nią w ciemno z jednym z netowych znajomych. A po
drugie, bo była ona w góry a dokładnie do Zakopanego.
Wszystko zaczęło się od virtualnego kolegi Łukasza który napisał, iż wybiera się
w góry. Pomyślałam: "czemu by się nie dołączyć? Poznam na żywo kolejną netową
osóbkę a przy okazji po górach będę miała z kim chodzić". Decyzja zapadła.
Postanowiliśmy jechać pociągiem. Ja miałam się dosiąść w Bielsku. Wszystko
brzmiało pięknie jednak hmmm... no właśnie. Ja zupełnie nie wiedziałam jak ten
mój kolega wygląda. On miał moje zdjęcie ale ja jego nie. "No nic" pomyślałam,
"Jakoś to będzie". Pociąg z Katowic rzecz jasna się spóźnił, weszłam do sektora
nr 1 i kolegi nie znalazłam. Do sektora nr 2 nie dało się przejść i musiałam
jeden przystanek przejechać w swoim własnym towarzystwie. Dopiero pół godziny
później pociąg zatrzymał się w Żywcu i mogłam przejść do kolejnego sektora i
szukać chłopaka. Znalazłam. Większego szoku nie było.
Dojechaliśmy do Zakopca klepiąc jadaczkami na prawo i lewo. Ponieważ nic nie
mieliśmy zarezerwowane trzeba się było rozejrzeć za jakimś noclegiem. Nie było z
tym problemów, bo na dworcu PKP zaczepił nas chłopak przypominający Waldusia z
Kiepskich no i nocleg się znalazł i to w cudownym miejscu, bo tuż pod szlakiem
na Giewont. Zaraz po rozpakowaniu polegającym na rzuceniu plecakami w kąt,
zabraliśmy mapę i poszliśmy zdobywac tę górę. Oczywiście już na samym początku
się zgubiliśmy i trzeba było wracać ponad pół godziny do odpowiedniego szlaku. W
połowie drogi na Giewont naciągnęłam mięsień udowy i ledwo podnosiłam nogę ale
głupio było zrezygnować i jakoś się wczołgałam na zaplanowany cel. Po zdobyciu
Giewontu nastąpiła droga powrotna. Oczywiście my, "wielcy turyści", znowu się
zgubiliśmy, bo poszliśmy nie tym szlakiem co trzeba. Gdyby nie pewien strumyk
pewnie zeszlibyśmy nie wiadomo gdzie. I gdy inni turyści schodzili w dół, my
wracaliśmy na górę. Nie powiem żebym była z tego zadowolona, bo schodząc nie
bolała mnie noga, a przy wchodzeniu było dokładnie na odwrót. No ale w końcu
trafiliśmy na żółty szlak i dotarliśmy do naszej noclegowni.
Ponieważ była dopiero godzina 19:00 postanowiłam pokazać Łukaszowi Wielką
Krokiew czyli skocznię narciarską. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, iż
jest ona niedaleko i przed całkowitym zmrokiem zdążymy ją zobaczyć. Jaaa....
Dotarliśmy na nią po 21:00 idąc ciemnym lasem i ślizgając się po błotnistej
drodze. Oczywiście skocznia nie była oświetlona i nic nie zobaczyliśmy. Nie
pozostało nam nic innego jak zaliczyć sławetne Krupówki. Ta ulica żyła i nie
chodzi o knajpy których tam jest zatrzęsienie ani o tłum turystów ale ta
atmosfera... Muzyka... Latarnie... Coś cudownego! Spacerując po niej oglądaliśmy
otwarte sklepy i z jednego z nich z obuwiem sportowym zaczęliśmy się śmiać. No
bo jaki normalny człowiek kupuje obuwie po 21:00??? Nawet nie przypuszczałam że
na następny dzień sami będziemy chodzić za butami.
W piątek w naszych planach było Morskie Oko oraz Czarny Staw. Trochę o Rysach
marzyliśmy, ale ze względu na brak czasu, odpadły. W każdym razie pogoda
zapowiadała się cudowna, a że dzień wcześniej na Giewoncie było upalnie, wiec
zabraliśmy tylko po bluzie narzekając, że znowu się nanosimy i nic z tego nie
będzie i poszliśmy. Nasze plany się udały ale nie do końca. Schodząc z Czarnego
Stawu zaczęło mżyć a od Morskiego Oka porządnie lać. Szliśmy po mokrej ulicy w
krótkich spodenkach i podkoszulkach /w bluzach było zdecydowanie za ciepło/ i
rzecz jasna moknęliśmy. Brak parasola, brak kurtki, brak peleryny... no tak...
prawdziwi z nas turyści :) Wyglądaliśmy jak zmokłe kaczki. Najlepsze jednak było
to iż na Łysej Polanie z której odjeżdżał autobus pogoda była słoneczna więc
turyści wybierający się dopiero do Morskiego Oka dziwnie nam się przyglądali. Po
przyjeździe do centrum Zakopanego naszym głównym celem stał się sklep z obuwiem.
Ja miałam glany więc moje stopy były suche, jednak Łukasz był w adidasach i
cóż... nie wytrzymały one "natłoku wody" i się rozkleiły. Zanim jednak
znaleźliśmy odpowiedni tani sklep minęło sporo czasu i zdążyliśmy nie tylko
wyschnąć ale i nażreć się lodów z McDonalda :)
No a potem rzecz jasna rozłożyliśmy się przy pewnym zespole i słuchaliśmy muzyki
pijąc kefir i truskawkowe mleko. Przed 22:00 pozbieraliśmy gnaty i ruszyliśmy w
kierunku noclegu. Tylko 45 minut drogi. Ledwo się wlokłam ale Łukasz był happy i
nie narzekał. Dopiero po przyjściu na miejsce i po ściągnięciu butów runął w dół
i zdziwiony stwierdził że go stopy bolą i nie może stać. W ostatni dzien pobytu
w Zakopcu zaplanowana była trasa na Gubałówkę. Szlaku, który był zaznaczony na
mapie nie znaleźliśmy, więc poszliśmy drogą ciągnącą się obok kolejki. Upał był
okropny, z pleacakami szło się wręcz makabrycznie, ale dość szybko wyszliśmy na
tę górę. Maszerując z palcem na mapie szukaliśmy szlaku zółtego który miał
prowadzić prosto do Centrum Miasta. Wg mapy miał on być przed wyciągiem ale
wcale tak nie było.
Wyciąg minęliśmy, a szlaku jak nie było tak nie było. Nie mniej w końcu pojawił
się na drzewie żółty pasek więc poszliśmy w jego kierunku. Schodziło się
fatalnie, ale skoro żółty szlak... Taaa... Tylko że w pewnej chwili ten żółty
szlak zmienił kolor na niebieski. Ot, na słupie był żółty, a 50 metrów dalej już
niebieski. I mimo iż mapa pokazywała co innego, nie było rady, trzeba się było
przerzucić na ten szlak. Po 12:00 wyszliśmy obok jakiegoś hotelu. Bolała mnie
noga, byłam głodna, chciałam do WC, a centrum daleko. No niestety, wielkiego
wyboru nie miałam i poczłapałam za Łukaszem. O 17:00 mieliśmy pociąg powrotny, a
do tego czasu wlekliśmy się po Krupówkach odwiedzając wystawę pt "Dawne
narzędzia tortur" /przydałoby się kilka z nich mieć w domku :)/ po raz kolejny
zaliczając lody z McDonalda i jakiś bar.
Potem usiadłam pod drzewem i... koniec. Nogi nie chciały mnie słuchać.
Przesiedziałam tam trochę zanim byłam w stanie ruszyc cztery litery i dojść do
pociągu.... Ta wycieczka była kolejnym moim przekrętem w tym roku. Nie tylko
dlatego że wybrałam się na nią z chłopakiem, którego znałam tylko i wyłącznie z
maili, ale i dlatego, że po raz kolejny pokazałam rodzinie rogi i po prostu
spakowałam manatki i ruszyłam na podbój innych gór niż te, które mnie otaczają.
Totalne wariactwo, które uzmysłowiło mi jak cudowne może być życie człowieka
który większość czasu spędza przy komputerze i którego znajomi są tylko i
wyłącznie virtualni. Niekiedy życie jest jednak piękne :)
anna1981@poczta.fm