O virtualnych znajomościach
Przeglądając ostatni numer AM który zdobyłam /brat się zlitował i kupił/
zdziwiłam się że wciąż nie powstał żaden art o virtualnych znajomościach /no...
chyba że jestem ślepa i coś przeoczyłam/ W każdym razie chciałabym się podzielić
swoją wiedzą na ten temat. Co prawda do tej pory /czyli prawie wrzesień 2002/
mogę poszczycić się tylko czterema spotkaniami z ludźmi, których poznałam przez
neta, ale lepsze to niż nic.
Pierwsza moja "netowa" randka wypadła w lutym. Na zajęciach szkolnych okropnie
się nudziłam i zamiast uważać co psor mówi nt. Delphi weszłam na jakiegoś
beznadziejnego czata /choć tak naprawde wszystkie są beznadziejnie beznadziejne
:)/ i od razu przyczepił się nijaki Rondel /a tak naprawdę na imie miał Irek i
28 lat/. "Pogadaliśmy" kilka minut i facet wyjechał z propozycją spotkania.
Akurat nie miałam co robić po zajęciach a do domu jakoś nie chciało mi się
wracać no i w sumie byłam ciekawa jak to będzie wyglądać więc się zgodziłam.
Umówiliśmy się w jednej z katowickich restauracji. Punktualnie o 14:00 pojawił
się Irek, nadstawił policzek do pocałunku /co to za qrde maniery!/ no i
usiedliśmy przy stoliku. On pił pifko a ja herbatę. Gadaliśmy ponad 3 godziny.
Na początku nawet fajnie było ale gdy facet zaczął się ze mną kłócić że
"Playboy" jest tylko i wyłącznie męską gazetą miałam ochotę go trzasnąć,
szczególnie, że będąc w liceum kolega przynosił tę gazetę do szkoły i czytaliśmy
artykuły i oglądaliśmy zdjęcia i bardzo nam się podobały. Wiem jak to brzmi:
baba oglądająca zdjęcia drugiej w dodatku prawie nagiej baby ale dla mnie -
osoby interesującej się fotografiką - takie zdjęcia były przedmiotem podziwu a
nie podniecania się. Kiedy powiedziałam Irkowi, że ja lubię tę gazetę stwierdził
"Co Ty jakaś lesba jesteś?". Miałam go dość. Na szczęście musiałam iść na
pociąg, więc nie zdązyłam go skrzywdzić. :)
Następnego spotkania z nim już nie było. Uff! Kolejnego kolegę, którego udało mi
się namówić na inne niż virtualne pogawędki też poznałam przez czata. Tym razem
nie miałam co robić przed zajęciami, a że Bastek mieszkał niedaleko, to
postanowiłam go ściągnąć i poznać. Poprzez maila dałam mu znać żeby tego a tego
dnia pojawił się przed kasą nr 1 o godzinie xxx. Chłopak przysłał mi zdjęcie
więc w ciemno nie szłam. Przyszedł. Pochodziliśmy po mieście, bo okazało się, że
w knajpach to on nie lubi siedzieć. Pogadaliśmy i kontakt mailowy utrzymujemy do
tej pory. Symaptyczny chłopaczek.
Kolejny virtualny człowiek okazał się nieporozumieniem tysiąclecia. Poznałam go
przez jakieś ogłoszenie. Zaczęliśmy pisac maile. Niektóre okropnie mnie wkurzały
ale jako lojalna osóbka nie potrafiłam po prostu nie odpisać. Ponieważ facet
załatwił mi kilka pirackich programów, {NO, NO! - Qn`ik} chciałam się jakoś
odwdzięczyć, a że gostek zapraszał do siebie to skorzystałam z okazji i
pojechałam go poznać. TO BYŁA TRAGEDIA! Już od samego początku rozmowa wyglądała
tak iż co drugie słowo które słyszałam z jego ust brzmiało "nie rozumiem" -
okropnie mnie to denerwowało. Po niedługim czasie okazało się, że facet jest i
zonaty i dzieciaty i bezrobotny /w mailach nie było o tym ani słowa/ i jedyne co
chce, to uciec ze swojego świata kosztem innej osoby. Siedząc przed jego
komputerem postanowiłam sprawdzić jego korespondencje z innymi osobami płci
pięknej, szczególnie iż podał mi hasła do swojego kompa i nie miałam problemów
aby obejrzeć zawartość jego outlooka. W miare przeglądania jego maili coraz
bardziej byłam zaskoczona: do wszystkich swoich virtualnych panienek pisał to
samo. Każda była "ślicznym słoneczkiem", każda tą najważniejszą a on biednym,
szarym człowieczkiem któremu nie powiodło się w zyciu i który szuka tej naj...
Myślałam że pękne ze śmiechu. Nie miałam jednak sumienia powiedzieć gościowi że
jest skończonym durniem i że po poznaniu go na żywca nie zamierzam utrzymywać z
nim kontaktu. Po powrocie do domu w skrzynce czekało na mnie od niego 9 maili z
których wynikało iż facet zrobił sobie ze mnie narzeczoną i nie wyobraża sobie
beze mnie życia. Nie było wyjścia - napisałam mu co o nim myslę i facet obraził
się. Co prawda mieliśmy jeszcze jeden styk przez gg ale to było raczej żałosne.
Wiedziałam już, co z niego za kłamliwy dupek i oczywiście napisałam mu co nieco
a on to wszystko w żart obrócił. Po tej "rozmowie" zablokowałam i outlooka i gg
i już więcej żadnych maili od niego nie dostałam.
Ostatnia moja "randka w ciemno" odbyła się przypadkowo. Kolega poznany przez
neta oświadczył że jedzie w góry a że mnie się trochę w domu nudziło to
postanowiłam mu towarzyszyć. Spotkaliśmy się w pociągu /mimo iż nie wiedziałam
jak wygląda to jakoś go poznałam/ i kolejne 3 dni spędziliśmy w swoim
towarzystwie. Łukasz okazał się bardzo fajnym kolegą, ciekawie się z nim
rozmawiało i wycieczka była całkiem udana. Wciąż utrzymujemy kontakt.
Pewnie zastanawiacie się jaki jest mój cel poznawania ludzi na żywo? Otóż nie
myślcie sobie że szukam miłości - w to uczucie jakoś przestałam wierzyć - ja
szukam po prostu kolegów z którymi mogłabym wyjść do kina, pośmiać się,
podyskutować o różnych "męsko-kobiecych" sprawach ;) i pozwiedzać choć część
Polski. Samotnemu człowiekowi wiele rzeczy się nie chce a jak się jedzie z kims
to nie można wyjść na mięczaka. W książce adresowej mam jeszcze kilka ludków do
poznania ale w tym roku to już chyba marna szansa że kogoś odwiedzę. Możliwe że
spotkam się z jeszcze jednym kolegą który szykuje koncert w Krakowie ale to nic
pewnego.
W każdym razie rok 2002 mogę uznać za jeden z bardziej szalonych i udanych. Nie
tylko poznałam co niektórych netowych znajomych ale także zwiedziłam Katowice,
Wrocław i Zakopane, i całkiem nieźle się bawiłam. Czasami życie samotnego
człowieka nie jest takie złe :) :) :) Bez wyrzutów sumienia i wybuchów zazdrości
może sobie jechać w siną dal z zupełnie nieznajomą osóbką. Jeżeli przezyliście
podobne spotkania podzielcie się ze mną opinią. Jestem ciekawa jak to wygląda u
innych . A na koniec życzę powodzenia wszystkim virtualnym ludkom które
zamierzają się ze soba spotkać ale wciąż brakuje im odwagi. Wierzcie mi - to
jest ekstra! :)
anna1981@poczta.fm