Mój wyrok...
Być może określenie trochę jakby "na wyrost", bo nie skazano mnie na śmierć.
Cały czas jednak mam świadomość, że w każdej chwili zegar jaki odmierza czas
może się dla mnie zatrzymać. Pewnie teraz zastanawiacie się, o co tak do końca
mi chodzi, prawda?
Zaczęło się ponad rok temu, całkiem zwyczajnie. Nawet nie zauważyłam, że coś
jest nie tak - wtedy tego nie widziałam... Po prostu czasem byłam bardziej
zmęczona niż zazwyczaj, a i mój dobry humor gdzieś się podział... Dni stawały
się coraz dłuższe i coraz bardziej nieznośne.
Chciałam sobie samej z tym poradzić. Nie słuchałam ludzi, którzy chcieli mi
pomóc. Mówiłam im, że jest im źle, lecz gdy kazali iść chociażby do psychologa
reagowałam złością. Dobrze wiem, co byłoby później... Miałabym rozmawiać z obcą
mi osobą i opowiadać jej o sobie. Tylko jak miałabym to robić nie mając do niej
zaufanie? Mówili, że to deprecha. lecz nie chciałam ich słuchać... Bo czy łatwo
jest się przyznać do tego, że nie panuje się nad swoimi emocjami? Odpowiadałam,
że to po prostu złe dni i nic więcej, tylko że po pewnym czasie to już nie były
dni, lecz tygodnie, miesiące... Czasami budziłam się rano pełna energii, a w
południe padałam na twarz, bo byłam tak zmordowana. W szkole było za głośno, nie
umiałam tam wysiedzieć, więc zaczęłam wychodzić stamtąd po jednej czy dwóch
lekcjach. Ludzie z klasy chyba uważali, że niezła ze mnie luzaczka, bo nie
przejmowałam się tym, co mówią nauczyciele - wtedy chyba już niczym się nie
przejmowałam...
Dobrze pamiętam, jak wtedy postrzegałam osoby mające problemy natury
psychicznej. "Boże, co za dziwadła" - myślałam - "nie jestem taka, jak oni".
Zawsze mi się kojarzyło, że osoba chora psychicznie ma jakieś zwidy, słyszy
głosy albo podaje się za np. Napoleona. Chyba wiecie o czym mówię, prawda?
Przecież tak najczęściej przedstawia się tych ludzi... Nie postrzegałam się jako
osoby chorej. Na pewno nie miałam depresji. Przecież jakoś udawało mi się co
rano wyjść z łóżka, więc to nie mogła być deprecha!
W grudniu, tuż po świętach, chciałam odejść. Nie chciałam się wtedy zabić;
chodziło tylko o to, bym już tak się nie czuła. Z perspektywy czasu cieszę się,
że mi się nie udało ani wtedy ani podczas kilku następnych prób... Pomyślicie
sobie: "wariatka!"; jednak być może niektórzy z Was przeszli to samo co ja albo
znają osoby, które chciały odejść - Wy może zrozumiecie... Psycholog, z którą
skontaktował mnie znajomy, wypchnęła mnie w stronę psychiatry, a ja nie miałam
sił się temu przeciwstawić. Byłam jak automat, wystarczyło podać komendę, bym ją
wykonała, lecz jednej nie umiałam wykonać - nie umiałam być zdrowa. Nie, wtedy
nie postrzegałam siebie jako osoby chorej... W jakimś stopniu bawiło mnie to, że
różni ludzie próbują przypiąć mi etykietkę z nazwą choroby. Przecież ja tylko
miałam gorsze chwile, lecz to nie były chwile, tylko całe dnie... Czasami
zdarzało się, że czułam się lepiej, ale i tak później nie umiałam sobie nawet
przypomnieć jak to było, gdy się śmiałam.
Nasza polska służba zdrowia jest doprawdy zabawna... Gdy w końcu zdobyłam się na
wizytę u psychiatry, okazało się, że mam czekać ponad dwa miesiące! Ktoś, kto
nigdy nie chorował, nie wie, jak zaburzone jest postrzeganie czasu przez osobę
chorą. Dni ciągną się niemiłosiernie, noce, zwłaszcza te bezsenne, również....
Zaczęło mi przeszkadzać to, jak się czuję, że nie mogę nic zrobić, że jestem
wiecznie zmęczona, a oni każą mi czekać! Nieraz mówiłam sobie, że lekarze nie
zaczną mnie leczyć, jeśli sobie czegoś nie zrobię, lecz sęk w tym, że jeśli bym
sobie coś zrobiła to nie po to, by mnie leczyli, lecz po to, by już się tak nie
czuć, a raczej w ogóle nie czuć nic. W końcu znalazłam się u lekarza. Myślę, że
była na to najwyższa pora. Zdążyłam zawalić już nie tylko studia, ale i szkołę,
w jakiej się później znalazłam. Straciłam wielu znajomych; od niektórych sama
się odsunęłam, inni zaś nie byli w stanie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją i
sami odeszli. Powoli wszystko przestawało mieć znaczenie, coraz bardziej
zamykałam się w sobie... Z rozmowy z lekarką pamiętam niewiele; mam zachowane
tylko jej strzępki. Najbardziej pamiętam mocny makijaż, jaki miała i te oczy
zbyt mocno podkreślone zieloną kredką, ale nie umiem sobie przypomnieć ani
brzmienia jej głosu ani słów, jakie wypowiadała...
Parę dni po tej wizycie chciałam się zabić - po raz pierwszy naprawdę świadomie
tego pragnęłam...
Nie macie pojęcia, jaka byłam wściekła, gdy po wzięciu wszystkich tabletek
obudziłam się rano... Nie było tak, jak znacie to z filmów, że ktoś po nieudanej
próbie samobójczej budzi się i płacze, bo cieszy się, że jednak żyje... Ja nie
czułam nic poza gniewem na samą siebie, że się nie udało! Za kilka dni miałam
wizytę u psychologa w przychodni i zastanawiałam się, czy tam w ogóle powinnam
iść; poszłam... Wiedziałam, czułam, że musiałam powiedzieć o tym, co się stało,
a raczej co zrobiłam... Psycholog się wystraszyła, poleciała po lekarkę
prowadzącą i obie uzgodniły, że do kolejnej wizyty nie dostanę żadnych leków
(wcale się im nie dziwię).
Próbowałam kilku kombinacji leków. Jedne pomagały, lecz tylko na krótko, po
innych zaś chodziłam rozdrażniona. W końcu udało się natrafić na jeden lek,
który zdawał się pomagać. Powoli zaczęłam wracać do codzienności... Już nie było
czarno - białego świata, powoli dostrzegałam coraz więcej oznak szarości i nawet
złe chwile starałam się obrócić tak, by przyniosły coś dobrego... Gdy dziś o tym
wszystkim myślę, to okazuje się, że miałam wreszcie wystarczająco dużo sił, by
wreszcie zacząć walczyć o siebie.
Moja choroba jednak nie zniknęła - stała się za to o wiele bardziej podstępna...
Miałam dobre dni, złe były tylko chwile; później jednak moja deprecha
zaatakowała mnie z o wiele większą siłą, niż to miało miejsce do tej pory. Nawet
dziś nie umiem powiedzieć, ile to trwało, ile tygodni, bo przestałam wtedy
niemal zupełnie istnieć... To tak, jakbym gdzieś wyjechała na bardzo długo...
Właśnie podczas tych dni zadzwoniłam do mojego mężczyzny mówiąc, że chcę się
zabić, lecz niestety tego nie pamiętam po dziś dzień... Właśnie podczas tych dni
znowu przedawkowałam leki, jakie przepisał mi podczas jednej z kolejnych wizyt
psychiatra... W końcu dostałam skierowanie do szpitala psychiatrycznego...
Miałam 2 tygodnie na uporządkowanie swoich spraw i stawienie się w szpitalu... I
wtedy zaczęłam walczyć o siebie jeszcze mocniej, niż to miało miejsce do tej
pory. Przyjmowałam nadal leki i któregoś dnia wstałam rano i czułam się dobrze!
Taki stan trwa już ponad 2 miesiące, a ja codziennie modlę się, by tamto nie
wróciło. Wiem, że to nie jest przeziębienie, że po jakimś czasie mija - wiem o
tym bardzo dobrze! Jednak teraz jest dobrze! Jest tak wiele spraw, które udało
mi się w tym czasie załatwić i tak wiele, które chcę jeszcze w swoim życiu
zrealizować.
Niedawno w jakiejś książce wyczytałam, że depresja jest chorobą śmiertelną, bo
wcześniej czy później osoba chora postanowi się uwolnić od tego świata, który
powoduje tylko cierpienie. U mnie ten etap nastąpił dość szybko, chociaż nie
miałam ciężkiej depresji. Ja nawet nie chciałam umrzeć, chciałam tylko nie czuć
się więcej tak, jak się czułam.
Dramatyzm objawów depresji tragicznie ilustruje fakt, że około 25% chorych na
nią umiera śmiercią samobójczą. Z psychoanalitycznego punktu widzenia
samobójstwo jest świadomym aktem samounicestwienia, spowodowanym krańcowo
frustrującą sytuacją, z której - zdaniem osoby podejmującej taką decyzję - nie
ma innego wyjścia. Samobójstwo jest sposobem rozwiązania problemu lub konfliktu
, który powoduje dotkliwe cierpienie, a wobec którego osoba podejmująca takie
działanie czuje się bezradna. Nie ma nadziei na znalezienie jakiegoś wyjścia z
sytuacji, w której się znalazła. Impulsem skłaniającym do tej drastycznej
decyzji jest nieznośny ból psychiczny. Duży rozrzut wyników świadczy również o
tym, jak trudno rozstrzygnąć czasem o przyczynie zgonu. Wiele samobójstw
pozorowanych jest bowiem na wypadki. Śmierć w górach, czy zderzenie czołowe bez
śladu hamowania - zawsze pozostawiają wątpliwości, które można różnie
interpretować.
Zaczęłam się właśnie zastanawiać, po co ja właściwie to piszę... Chcę Wam
pokazać, jak zwodnicza i podstępna jest ta choroba. Nadal o tym nie wiecie?
Kiedyś na pewnej grupie dyskusyjnej napisałam taki tekst, przeczytajcie go,
jeśli chcecie...
Wiecie, jakis czas temu podobno dopadła mnie deprecha (świadomie pisze
"podobno", bo wtedy nie przyjmowałam tego do wiadomosci).
A dziś?
Kurcze, znów cieszę się z tego, ze słońce świeci (choć nadal jest trochę za
ciepło), znowu cieszy mnie muzyka (choć nie tak dawno bylo cały czas za głośno).
Dziś znów mam masę planów na przyszłość... Niewazne, ze jutro niekoniecznie musi
tak być; wiem, ze dół powróci jeszcze nie raz, ale to, ze dziś udało mi się
zwalczyć pokusę, by ukarać siebie za to, ze pewna sprawa mi nie wyszła, jest
wspaniale, gdy tylko zda się sobie z tego sprawę!!
Wiecie, ze nawet chce mieć jakis znajomych? Ja dziś nie boje się wyjść na
zewnątrz, porozmawiać z kimś... Jak pomyśle o tym, jak wielu znajomych, tzw.
"przyjaciół" straciłam przez ten czas, gdy zamykałam się na wszystko, to aż mnie
to przeraża!! W środę czeka mnie wizyta u psychiatry (pewnie się zdziwi, że leki
dają jakiś skutek), w czwartek pogawędka z psychologiem (znów wyciąganie
brudów), ale chcę przez to przejść!!
Wiecie co, słucham właśnie bodajże Vanessy Carlton (taki fajny teledysk z
jeżdżącym fortepianem) i jest mi dziś dobrze :) Jest w moim życiu mężczyzna, z
którym chcę ułożyć sobie życie, już niedługo znów go zobaczę... :) Wiem, że
razem uda nam się uda przez to przejść, już w końcu nad tym pracujemy... :)
Liczymy się z tym, że moja depresja może powrócić, ale nam to nie przeszkadza.
Już wiem, że nie mogę sobie nic robić, nie mogę karać się cięciem, nie mogę pić,
nie mogę chcieć odejść z tego świata... W końcu na horyzoncie pojawiły się
wielkie szanse na to, że spełnią się moje marzenia na to, by mieć wspaniałą
rodzinę, by być z kimś tak bardzo blisko, jak to tylko możliwe...
Nie tak dawno temu i ja nie chciałam żyć - bo to przeciez najłatwiejsze wyjście,
prawda? Jesli choć raz dopadło was, by pożegnać się z tym światem, to wiecie, o
czym mówię... Ale ja wam powiem dziś jedno (bo dziś jestem bogatsza o to jedno
doświadczenie) - z tego można wyjść! Można natrafić na marnych psychologów,
psychiatrów (wiem cos o tym), ale czy należy się tym zrażać? NIE!!!
Przypomnijcie sobie wtedy, czego chcieliście, zanim zaczęło być źle, i z całych
sił do tego dążcie!!! Mowie Wam, ze warto!!! Warto choć jeden dzień czuć się
tak, jak ja teraz.... A gdy bedzie źle, to postaram z całych sil przypomnieć
sobie, jak się dziś czułam, i znów zrobić wszystko, by takie dni wróciły. Nie
musza być codziennie, wiem, ze nie będą, ale czasem będą się zdarzać... W końcu
jak bylo w tej piosence: W ŻYCIU PIĘKNĘ SĄ TYLKO CHWILE... I mówię Wam, że dla
tych chwil warto żyć, dziś widzę to wyraźnie...
Wszystko wygląda całkiem sympatycznie, prawda? Pomyśl teraz, że ten dół wrócił i
w niecałe 24 godziny później popijałam środki nasenne i psychotropy alkoholem...
Nie byłam w stanie przywołać tego nastroju, jaki mi towarzyszył nie tak dawno
temu. Dlatego jeśli podejrzewasz, że ktoś z Twoich bliskich (a może Ty sam) masz
depresję, to nie czekaj, aż sprawy przybiorą taki obrót. Zgłoś się do
psychologa, do psychiatry - ci ludzie naprawdę nie są tacy straszni! A jeśli
człowiek, do jakiego przyszedłeś ze swym problemem nie odpowiada ci z jakiegoś
powodu to idź do następnego i, jeśli trzeba będzie, to i do następnego!
Pamiętajcie, depresja jest uleczalna, tylko trzeba zacząć ją leczyć.
Joanna Czapska
mailto:aoosteen@poczta.onet.pl
wrzesień, 2002
PS. HA! Myśleliści, że napiszę, czego słuchałam?
PS2. No dobra, jakiejś piosnki z lat 80, gdzie krzyczą "tora! tora!" - niestety
nie znam wykonawcy, ale jeśli ktoś z Was zna - będę wdzięczna, gdy mnie oświeci
:)
Pozdrówka dla wszystkich od Joanki :)
PS3. Słowa z akapitu zaczynającego się od "dramatyzm" nie są mojego autorstwa.
Ściągnęłam kiedyś z sieci kilka stronek i nie znam ich adresu :( Fragment z tego
to wypowiedź pani Nurkowskiej, a co do reszty nie mam zielonego pojęcia. To
tylko tak, by być w porządku wobec autorów tych słów.