Wątpliwości, poczucie bezsensu, ten Weltschmerz, którego tak nie lubi, lecz który paradoksalnie sprawia jakiejś części jego ego przyjemność, bo wtedy wie, że żyje, "cierpię, więc jestem" - tak dobrze niektórym znany masochizm intelektualny. Zazwyczaj głębokim wieczorem, kiedy światło już zgaszone, kiedy zostaje sam ze swoimi myślami, kiedy jest bezbronny, nie może się schować za sprawę-nie-cierpiącą-zwłoki, za mur głośnej muzyki, kiedy nie może uciec w machinalne klikanie w Sapera, klik-żyjesz-klik-nie żyjesz. Kiedy marzy o tym, żeby zasnąć i żeby Morfeusz przyniósł ukojenie, żadnych łez, żadnej krwi, żadnego lęku, żadnej nieuchronności. Świadomość marności, bolesnej niepotrzebności, nikłości wszelkiego - choćby i największego - działania, pstryk i już, i nawet nie będzie wiedział, że go nie ma. Brak wiary nawet w tę drugą stronę, do której można dotrzeć przez sztukę, orgazm czy heroinę. "Z takim nihilizmem tylko harakiri". Racja, nóż w brzuch (koła w ruch, para buch) i po kłopocie.
Czym jest wobec miliardów lat istnienia Ziemi te kilkadziesiąt, które - jeśli dobrze pójdzie - będzie żył? Refleksem słonecznego światła na pancerzyku muchy, tysięczną częścią błysku, nic nie znaczącą kroplą we wszechoceanie. Czym jest on jeden wobec nieprzeliczonej rzeszy ludzi, którzy żyli na świecie od zarania dziejów? Pyłkiem na Saharze, dziesiątym miejscem po przecinku, malutką i zbędną komórką w kuriozalnym organizmie. Czy jest on krewnym aniołów, stworzonym na obraz i podobieństwo Boga? Czy ma w sobie boski pierwiastek, który kieruje jego życiem? Nie, jest krewnym małpy, stworzonym na obraz i podobieństwo zwierząt i kierują nim głównie instynkty i popędy. Czym więc mogą być jego marzenia, ambicje, uczucia, lęki, bóle? Bezwartościowym, zbędnym, nieistotnym, nikłym, ulotnym niczym.
I do tego przekonanie, że nijak nie będzie w stanie tego wyrazić, że słowa zawsze będą krążyły wokół, że nigdy nie będą tak dobitne i jasne, aby oddać to co czuje i to co myśli. Wie, że nie będzie potrafił uchwycić czegoś tak ulotnego jak własne przeświadczenia, przeczucia, a jednocześnie ma pewność, że będzie obnażał się stukając w klawisze. I to chyba nie dlatego, aby próbować wyrazić niewyrażalne, ale dla jakiejś niskiej potrzeby ekshibicjonizmu. Zdaje sobie sprawę z tego, że - jak zwykle - nie będzie pisał w poszukiwaniu prawdy i leku na swoje bóle, lecz na pokaz; będzie się chełpił przemyśleniami, które uważa za niebanalne, defetystycznym i cierpiętniczym postrzeganiem świata, a także umiejętnościami pisarskimi.
Czymże więc są jego bóle? A może ich w ogóle nie ma? Bo przecież niedługo po tym jak się pojawiają, on zasypia. A gdy się budzi, bardziej martwi go dzwonek budzika i to, że się nie wyspał niż kruchość i bezsens egzystencji. W trakcie dnia pije z kumplami piwo, opowiadając sprośne dowcipy, ogląda się za dziewczynami w krótkich spódniczkach, wcale nierzadko się śmieje i dobrze bawi. Tylko czasem, gdy szczególnie mu zaczyna doskwierać osamotnienie, naumyślnie obnosi się ze swoim przygnębieniem, czasem nawet pozując na bardziej smutnego, niż jest w rzeczywistości. Izoluje się od innych, staje się całkowicie nierozmowny, gburowaty nawet, myśląc jednak o tym, żeby ktoś podszedł do niego i spytał co mu jest, i żeby on mógł z nim porozmawiać szczerze, odnaleźć w nim przyjaciela, bratnią duszę. Ale nawet jeśli ktoś podchodzi, to on nie potrafi przełamać swojego lęku przed ludźmi, otworzyć się; mówi: "Spoko, nic mi nie jest, nic się nie stało" i - w najlepszym wypadku - rozpoczyna się rozmowa na jakieś błahe tematy.
Jego sytuacja jest rozpaczliwa. Z jednej strony czuje się wyobcowany, brakuje mu Człowieka, kogoś, kto by go potrafił i chciał zrozumieć. Z drugiej strony (i to jest jeszcze gorsze) ma świadomość, do której obecności czasem nie chce się przyznać samemu sobie, że ktoś taki istnieje, że jest tuż, tuż, i że może wystarczy tylko wyciągnąć rękę, żeby cierpienie i samotność się skończyły. Boi się tego zrobić, bo wymaga to wiele odwagi - trzeba zaufać ludziom, którzy przecież niejednokrotnie go skrzywdzili, trzeba przełamać strach przed odrzuceniem, polubić samego siebie. I najtrudniejsze - przestać biernie oczekiwać, ale rzucić się w wir życia i posłuchać tak trudnej, choć oczywistej rady Dostojewskiego: "oddaj się życiu wprost, bez rezonerstwa; nie bój się: ono samo wyniesie cię na brzeg i postawi na nogi."
Phnom Penh
amksiazki@go2.pl
phnom_penh@pf.pl