Czytając inne teksty z AM postanowiłem że i ja skrobnę coś na temat, który mnie bulwersuje a
mianowicie postrzeganie matury jako egzaminu dojrzałości. Dodam tylko, że takowy egzamin mam
już za sobą i swoje wynurzenia mogę poprzeć doświadczeniami własnymi jak i znajomych z
innych szkół.
Najpierw słówko do przyszłych abiturientów, ludziska, zdobycie tego papierka nie jest wcale
takie trudne jak to mówią wasi profesorowie ( mała dygresja - nazywanie nauczycieli w
szkołach ponadpodstawowych profesorami jest według mnie śmieszne i uwłacza godności ludzi,
którzy zapracowali sobie na ten tytuł latami ciężkiej pracy). Zacytuję tu jednego z moich:
"Tylko idioci nie zdają matury". Oczywiście zdarzają się też przypadki, że jakiś Sor zatnie
się na kogoś, ale te wyjątki potwierdzają tylko regułę. Napiszę jak to było w moim
przypadku.
Przez cztery lata liceum byłem "średnim" uczniem, niewyróżniającym się poza zajęciami z
informatyki a moja średnia oscylowała zawsze w okolicach 3,8. Przez te cztery lata, przy
każdej nadarzającej się okazji, dyrekcja i jej podwładni wpajali mi jak to będzie ciężko,
jeśli nie będziemy zakuwać dniami i nocami. Pamiętam, że od 1 do 3 klasy na kolegów
maturzystów patrzyłem z szacunkiem i podziwem jak dzielnie znoszą te trudy. Działo się tak
dopóki sam nie stałem się jednym z nich. Na jaw wyszła ogromna tajemnica - życie maturzysty
nie jest wcale takie ciężkie, właściwie jest znacznie lepsze niż młodszych współwięźniów :).
Sorowie zaczynają cię postrzegać jako dorosłego człowieka a nie jak gówniarza. Poza tym
ilość przedmiotów się zmniejsza, a jeśli tylko masz porządnych nauczycieli to te
niematuralne możesz sobie spokojne olewać, bylebyś nie robił tego zbyt ostentacyjnie: to
znaczy nie zasypiał bezczelnie na ławce. Oczywiście niektórzy mogą powiedzieć, że pojawiają
się fakultety, ale moim zdaniem skupienie się na kilku przedmiotach jest znacznie łatwiejsze
niż rozdrabnianie się na kilkanaście różnych. Oprócz tego znacznie łatwiej znaleźć
zainteresowanie swoją osobą wśród koleżanek z innych klas, wiadomo to nie byle kto tylko
Maturzysta. Z tego opisu możecie wynieść wrażenie, że czwarta klasa liceum to raj na ziemi i
muszę przyznać, że w moim przypadku tak właśnie było.
A teraz słówko odnośnie tytułu. Nie wiem kto i kiedy wymyślił takie określenie, ale teraz
wydaje się ono śmiechu warte. Na podstawie moich doświadczeń mogę powiedzieć, że matura to w
30 % wiedza a pozostałe 70 % to mieszanina szczęścia i kombinowania na lewo i prawo.
Rozpatrzmy najpierw egzamin pisemny. Pięć godzin, w ciągu których masz zapisać kilka stron
podaniowych własnymi wynurzeniami. Oczywiście można powiedzieć, że nie da się tego zrobić
bez posiadania odpowiednio dużego zasobu wiedzy na dany temat i pewnie byłaby to prawda
gdyby nie to, że po 2 godzinach każdy może wyjść do WC i przejrzeć notatki swoje, jak i te
zostawione przez uprzejmych kolegów i koleżanki. Poza ty,m nie oszukujmy się, ściągać można
też na sali, ponieważ Sorowie patrzą na to przez palce, w końcu oni też byli uczniami.
Dopiero na maturze dowiedziałem się, jak wspaniałym przekaźnikiem informacji mogą być
serwetki dołączane do posiłków przez nasze troskliwe rodzicielki. I niech mi nikt nie mówi,
że "korzystanie z pomocy naukowych" na maturze to wyjątki, gdyż jest to zjawisko nagminnie
występujące nawet wśród najlepszych uczniów, poza tym zapytajcie swoich rodziców czy
starszych kolegów czy oni nie korzystali z dodatkowych pomocy. Właściwie stało się to już
tradycją i nikt, ani nic tego nie zmieni – a szkoda.
Przejdźmy teraz do egzaminów ustnych. Tutaj z kolei główną rolę grają nauczyciele. Najpierw
prowadzący klasę, którzy podają mniej lub bardziej szczegółowo czego się można spodziewać,
a później ci siedzący w komisji słuchający naszych odpowiedzi. W tej komisji najwięcej ma do
powiedzenia oczywiście nasz wspaniały Sor (Sorka) i jeśli tylko nie podpadliśmy Mu (Jej) za
bardzo i powiemy kilka nawet niezbyt sensownych zdań, to przekona komisję o poprawności
naszych wypowiedzi. W dodatku bardzo często się zdarza, że podpowie słówko czy dwa
naprowadzając abiturienta na właściwy trop.
Nie pomyślcie, że mam jakieś pretensje do naszych pedagogów, broń Boże, chwała im za
wszelką, tak nieraz potrzebną, pomoc. Ale jeśli egzamin dojrzałości ma polegać na zdolności
do wymyślnego ściągania i "lania wody", to ja tu czegoś nie rozumiem. Poza tym matura z roku
na rok staje się coraz łatwiejsza (patrz np. tegoroczne zadania z matematyki w woj.
Mazowieckim – śmiechu warte) i niedługo będą w stanie poradzić sobie z nią nawet
gimnazjaliści. Zacytuję tu mojego profesora od historii: "kiedyś matura coś znaczyła, teraz
jest to tylko kawałek papieru". Co prawda umożliwia ona staranie się o przyjęcie na studia,
ale nie wiele mówi o człowieku go posiadającym.
Tutaj kończę moją wypowiedź i zapraszam was do polemiki na ten temat. Tak przy okazji, dla
mnie wydarzenie związane z maturą, które najmilej wspominam odbyło się 100 dni wcześniej,
właściwie odpowiedzialna jest za to pewna białogłowa, ale to już inna historia.