Apokalipsa według św. Mnie



Wysokość około drugiego piętra. Siedzę na zniszczonych murach zniszczonego zamku. Zniszczony
człowiek, w zniszczonym mieście, wśród zniszczonych ludzi... wszystko pasuje do siebie
idealnie. W dole ulica, po drugiej jej stronie teatr, poczta, zegar, stara kopuła... posąg
Apolla. Gdzie do cholery są jego skrzydła? Jakiś artysta w przypływie weny twórczej
postanowił mu je obciąć... czuł się większy niż Zeus, starszy niż Jezus, ... przez moment
czuł się czymś lepszym, od "niczego" (teraz takie pomniki odlewa się seryjnie... to się
nazywa komercja).
Czy to ważne? Nie, ale zawsze to jakiś wstęp. Więc nie to jest ważne, to nie to chce
powiedzieć.
Ktoś powiedział, że mam się odezwać kiedy świat się skończy.
Jakie są dowody na to, że apokalipsa nie nastąpiła? Jeżdżące tam i z powrotem samochody,
taksówki, autobusy nie są dla mnie dowodem. Zadbane kwiaty w wielkich donicach, chwasty
wyrastające z szczelin w murze... (czy słyszałeś kiedyś o róży która wyrosła z szczeliny w
bruku?) To żaden dowód.
Ludzie tak jak samochody poruszają się bez celu z jednej w drugą stronę, nie zastanawiając
się nad niczym. Może lepiej, że przechodzą bokiem, niech mnie nie widzą. Lepiej być
niezauważonym, niż źle zrozumianym.

Mroźny poranek w niebie (jeżeli takie tam istnieją). Wielka, biała sala, pośrodku niej
łóżko, biała pościel, a pod nią stwórca. Lekko uchyla krawędź kołdry, jednym okiem rozgląda
się po sali, nikogo tam nie ma. Wysunął się trochę, usiadł na swoim białym łóżku. Dreszcz
zimna przebiegł po jego plecach (o ile bóg ma plecy), wysunął nogi z pod kołdry, wsunął
swoje boskie pantofle, na swoje boskie stopy, zawinął się trochę mocniej w swoją sutannę
(obowiązujący strój w raju) i lekko suwając pantoflami o posadzkę ruszył przez swoją
posiadłość.
Kiedy doszedł do pokoju, w którym znajduje się mała kula ziemska, zaczęła boleć go głowa.
"Znowu" - pomyślał, lekko masując skronie, i zasiadł na swoim niebieskim tronie i począł
przyglądać się śmiesznym istotom mieszkającym na tej dziwnej planecie. To przybliżał, to
oddalał obraz, bez ważniejszego powodu postanowił przybliżyć maksymalnie pewien fragment
obrazu. Rozgrywała się tam pewna sytuacja. Na świecie tyle wojen, tyle kłamstwa, oszustwa,
a coś kazało mu patrzyć na ten wycinek zniszczonego, jak wszystkie inne, miasta.
Przy budce telefonicznej stoi mężczyzna, na oko 19 lat, rude dredy, potargane na kolanie
dżinsy... rozmawia z kobietą. Dużo, dużo słów, dużo bólu, bólu najwięcej. Chyba nigdy,
nikogo, nie bolało tak bardzo 300 km (warto). Bóg, po źle przespanej nocy, z okropną
migreną, zaczął popadać w dziwny stan, kiedy wszystko staje się obojętne, a rozmowa tej
dwójki spowodowała dodatkowo uczucie beznadziejności i bezsensu. Nie mógł pstryknąć palcami
i spowodować, że odległość 300 km zmieniłaby się w odległość 3 m [(prawnicy zarzucili by mu
ograniczanie wolnej woli) Tak chmoorkoo, to nasza rola w apokalipsie; niestety, Św. Jan nie
był w stanie umieścić nas w swoim dziele... jak wytłumaczyć starożytnym czym jest budka
telefoniczna?)]. Za mężczyzną stała kobieta w podeszłym już wieku, słonica, w różowych
pantoflach z czerwonymi kokardami, w cukierkowej kreacji, nijak nie pasującej do scenerii
miasta, budki i mężczyzny. Po kilku minutach oczekiwania na zwolnienie miejsca przy
telefonie zaczęła się denerwować. Po jeszcze dłuższej chwili zdenerwowana kobieta chrząknęła
pod nosem: "Może by Pan już skończył"... mężczyzna nie zwrócił uwagi na te słowa,
pochłonięty chwilą "bliskości", jednak do kogoś trafiły. Bóg podniósł głowę z nad kuli, nie
patrzył już dalej na rozwijającą się sytuację przy budce. Zachowywał się jak by właśnie
przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym. Na jego twarzy zaczęła malować się nadzieja.
Nadzieja na to że jest szansa na zakończenie jego cierpienia, na położenie kresu wszystkim
Zdrowaśkom bezmyślnie klepanym codziennie. Powtórzył, najpierw cicho, słowa kobiety, która
stała w pobliżu budki: "może by Pan już skończył", lekko uśmiechnął się i powtórzył to
trochę głośnej, potem kolejny raz. Wstał na równe nogi i sam do siebie (jak zwykle)
powiedział.
"Ależ oczywiście że skończę"
Kto udowodni mi, że taka sytuacja nie zaszła? Kto jest w stanie powiedzieć że tak nie było?
Wszyscy spodziewają się wielkiego kataklizmu, wybuchu ziemi... nie to by było zbyt proste.
W przepowiedniach mamy powodzie, głód, wojny światowe, huragany, susze, choroby... czy
czegoś nie było? Czy czegoś nie ma?

Ciemny pokój, lampka, monitor komputera... wszystko zniszczone. Moje włosy zniszczone, moje
ubranie zniszczone, moje myśli zniszczone. Ludzie tak pochłonięci swoim istnieniem nie byli
łaskawi zauważyć tego, że przestali istnieć. To powłoki, bez duszy i uczuć. Bezmyślnie
poruszające się z prawa w lewo i z powrotem.

Jedyne czego jestem w tej chwili pewien, to to, że palę papierosa, że na krawędzi biurka
stoi butelka wódki, że jestem pijany. Oprócz tego jest jeszcze "prawie pewność", że to co
piszę jest tylko psychodelicznym aktem, którego prawie nikt nie odbiera na serio, bo prawie
nikt na serio tego nie czyta.
Jak można napisać, że "wszyscy kiedyś umrzecie a ja nie" jest dobrym artem, że uważa się tak
samo, skoro w tym arcie jest więcej błędów logicznych niż ... nie wiem czego w czym.
Jedyne w co teraz wierzę, to to, że Ona tam jest, że myśli o mnie, nic innego nie jest
ważne. Jest jedynym dowodem na moje istnienie. Jest jedynym powodem dla którego warto żyć.
Jesteś chmoorkoo, to jest najważniejsze.



Pisane między ranem 1 IX a nocą 4 IX
Do kogo nie jestem pewien. trochę do niej, trochę do mnie. Trochę po to, żeby się wypisać,
trochę, żeby powiedzieć, że ktoś jest.



Red_like_dragon_fly ... naprawdę wysoko.