AMERICA, AMERICA...



         Drodzy państwo, szanowna publiczności. Od jakiegoś czasu na łamach Action Maga poruszany jest
temat wielce szacownego kraju, jakim niewątpliwie są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Sęk w
tym, iż owe artykuły przedstawiają Króla Narodów w wielce niekorzystnym świetle, żeby nie
powiedzieć - oczerniają ( wystarczy przytoczyć takie tytuły jak "Boże, nie błogosław Ameryki"). Wstyd
i hańba, panowie i panie! Ja się pytam - jak tak można?
         Powszechnie wiadomo, że Amerykanie to poczciwi ludzie. Że nie grzeszą inteligencją; że są najbardziej
otyli; że historia zaczyna się dla nich na wojnie secesyjnej - to jeszcze nic nie znaczy. Może mają inne
talenty, np. dobrze szydełkują? Czemu nikt nie spojrzy na nich od tej strony? Więcej tolerancji, panowie
i panie. A całe zaangażowanie ze strony U.S.Army w utrzymanie pokoju na CAŁYM świecie, to co? Za
przeproszeniem - powietrze? Który z krajów europejskich angażuje się w rozwiązywanie problemów
wszystkich narodów, niezależnie od ich woli czy wręcz mimo sprzeciwu - ale dla ogólnego dobra?
Każden jeden Amerykanin - kiedy tylko nauczy się potęgować na studiach matematycznych, lub gdy
pozna znaczenie słowa "sarkazm" w trakcie długotrwałych kursów dla dorosłych - idzie natychmiast do
Potężnej USArmy. Na straży Jedynego Właściwego Porządku Amerykanie gotowi są poświęcić
dziesiątki bomb, setki granatów i tysiące naboi - i to wszystko w zamian za pogardę z naszej strony.
         Uważam, że chcąc zrozumieć motywy naszych braci zza wielkiej wody, trzeba prześledzić ich życie - to
pomoże nam utożsamić się z sytuacją typowego obywatela Kraju Spełnionych Marzeń i Hamburgerów.
Zacznijmy od narodzin - w amerykańskim szpitalu, na amerykańskim łóżku leży amerykańska kobieta,
której amerykańskie położne pomagają w amerykańskim porodzie. Wszystko to jest oświetlane
amerykańskim światłem z amerykańskich żarówek. Kiedy bobas odetchnie świeżym powietrzem i wyda
pierwszy krzyk, zostaje odśpiewany amerykański hymn (och, co za nietakt - Amerykański Hymn), a
małego owija się w szmatkę (która tak naprawdę jest Szmatką, bo to amerykańska Szmatka).
Kolejnym etapem w życiu dziecka jest zabranie go do domu i umieszczenie w jego pokoju, gdzie na
suficie rozwieszona jest flaga (o, nie! znowu faux-pas! - FLAGA!). Z biegiem lat rodzice mogą dać
dziecku do czytania komiksy, np. Kapitan Ameryka. Tymże sposobem mały obywatel poznaje literki i
sztuki piękne.
         Dochodzimy do następnego przedziału wiekowego, a mianowicie do lat szkolnych. W tym pięknym
okresie Amerykanin uczy się sztuki dodawania, a jak wiadomo, nie jest to łatwe - i tym samym owa
nauka trwa aż do studiów. Faktem jest, iż w tzw. międzyczasie młodzik uczęszcza do szkoły średniej.
Jest to moment bardzo ważny, gdyż wtedy częste są wizyty w kinach, a co za tym idzie - odsłaniane są
kolejne karty historii. Dzięki temu Amerykanin dowiaduje się, jak to jego rodacy rozszyfrowali Enigmę,
jak zdobyli klasztor na pewnym wzgórzu (nazwa nieważna - to europejskie wzgórze), jak usunęli
pewnego złego, germańskiego dyktatora oraz w jaki sposób Europejczycy przyczynili się do przegranej
w Wietnamie. Filmy pokazujące te wydarzenia nierzadko powodują silny wstrząs, który przeżywa
młody Amerykanin. Lekarze twierdzą, że najwięcej załamań psychicznych odnotowuje się podczas
projekcji obrazów, w których znajduje się scena ukazująca wypłowiałą, ewentualnie płonącą Flagę.
Dlatego też filmy o takowej zawartości są dozwolone wyłącznie dla wycieczek szkolnych - jak
wiadomo, podobny szok jedynie umacnia psychikę, a to jest niezbędne na pewnym etapie rozwoju,
jednak nie należy z tym przesadzać.
         W ten sposób doszliśmy do studiów. Co tu dużo mówić - takie dziedziny nauki jak: geometria,
"Szekspir", ortografia czy literatura popularna wymagają dużych nakładów pracy, przez co Amerykanin
traci sporo czasu, ale nie jest to czas zmarnowany. Wertując kolejne opasłe tomiszcza zawierające takie
dzieła jak Hamlet można się nauczyć skomplikowanego procesu umysłowego "przyczyna - skutek".
Dlatego nieraz można być olśnionym wiadomością, że Julia umarła, ponieważ jej serce przestało bić. Jak
widać - w szkolnictwie same plusy.
         Skoro etap kształcenia mamy za sobą, zostaje wybór zawodu. Tutaj Amerykanin ma spory dylemat, bo
istnieją aż dwie możliwości - utyć lub iść do wojska. Liczebność USArmy może świadczyć o tym, że
ludność Kraju Dobrobytu i Swobody jest szczupła, ale informacje z pewnych źródeł przekonują, iż jest
odwrotnie. Tak więc wniosek jest jeden: Amerykanie kończący służbę zaczynają przybierać na wadze.
Jednak ten proces można już zacząć przy doborze zajęcia, a więc w dość młodym wieku. I tu trzeba
zaznaczyć, że nikt nie zna tylu sposobów na tycie, co Amerykanie. Można dorabiać sobie ciałka będąc
prawnikiem, lekarzem, politykiem, kierowcą... Mnogość opcji wręcz oszałamia.
         Po spędzeniu odpowiedniej liczby wiosen w służbie Krajowi, ewentualnie po utyciu do odpowiedniego
poziomu, przychodzi smutny etap życia, czyli: śmierć. Ale bez obaw, nie jest to jakaś śmierć, ale
amerykańska Śmierć. W pogrzebie, prócz samego zainteresowanego, uczestniczy rodzina, przyjaciele,
456 Pułk Piechoty Morskiej, statyści, ksiądz i ludzie, którzy będą zamiatać łuski po honorowej salwie
456 Pułku Piechoty Morskiej. Amerykanin jest chowany na cmentarzu, a jego nazwisko jest
uwiecznione na małym nagrobku ustawionym równolegle do innego, podobnego. Ech, jak ci
Amerykanie lubią porządek; można wręcz powiedzieć, że nawet z trupami się nie grzebią.
         W ten sposób zakończyliśmy przegląd życia typowego United States Citizena. Jak teraz można nie
rozumieć motywów popychających tamtejszych polityków do działania? Czy typowy Europejczyk,
postawiony w sytuacji Amerykanina, przeżyłby własny żywot inaczej? Śmiem wątpić. Zatem, panie i
panowie, na przyszłość więcej wyrozumiałości. Leżącego się nie kopie.



military



P.S.: Opis życia Amerykanina napisany na kanwie tamtejszych filmów ukazujących codzienne życie
szarej, typowej rodziny w szarym, typowym domostwie, z szarym, typowym BMW w garażu.