105 rzęs

 

czyli trochę codzienności i trochę refleksji


W swoje kościste, opalone ręce chwycił dwa końce cieniutkiego błękitnego sznurka, zbliżył je do grubszej liny z zamiarem przywiązania ich do niej.

Dobra, jak to szło? Już pamiętam. Góra, dół, góra...

Podczas gdy jego długie i trochę niezgrabne palce instynktownie układały węzeł płaski on patrzył na to, do czego te błękitne sznurki były przyczepione. Patrzył na kawałek jasnoniebieskiego materiału z odbitym nadrukiem. Uśmiechał się na myśl, że zmaterializowany pomysł sprzed paru miesięcy za chwilę zacznie spełniać swoją funkcję.

... a teraz dół, góra, dół. Trzyma się? Trzyma. Wygląda całkiem nieźle.
Ciekawe jak jej będzie pod masztem?
- To, co, wciągamy ją?

 *

Nie pamiętam już, kiedy wpadłem na pomysł zawieszenia bandery na maszcie mojej starej łajby. Pamiętam za to, że pomysł ten od razu przypadł mi do gustu. A to, dlatego, że w przeciwieństwie do poprzednich koncepcji wyróżnienia mojej łódki spośród setek innych białych żaglówek, ta była całkiem wykonalna.
Pozostawało tylko jedno pytanie: Co będzie widnieć na tej fladze? Nie chciałem iść na łatwiznę i wywieszać pirackiej trupiej czachy. Co to, to nie. Moja bandera miała być wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Miała odzwierciedlać moją osobowość, charakter, podejście do życia itd. Zaraz jednak po postawieniu jej tak wysokich wymagań zorientowałem się, że niełatwo będzie znaleźć jakiś prosty motyw graficzny, który by je spełniał.

Pewnego wakacyjnego dnia, po blisko dwóch miesiącach myślenia, kombinowania, radzenia się innych (dziwna sprawa, ale prawie każdy mówił, żebym narysował żółwika)
w końcu olśniło mnie.
Zielone oko. "Tak to jest to" - wykrzyknąłem z radością. Dlaczego właśnie ono? Czy spodobał mi się obrazek z zimowych wydań Kącika Opowiadań z AM, czy może sprawiły to czarne oczy Amelii codziennie spoglądające na mnie z kinowego plakatu, czy może jeszcze z innego powodu? Sam nie wiem.
Faktem jest, że od tego dnia jednym z celów mojego życia stało się zrobienie zielonookiej bandery. W parę chwil obmyśliłem też sposób jej wykonania. Cały motyw miał być zaprojektowany na komputerze, wydrukowany na specjalnym papierze i odbity za pomocą żelazka na materiale. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale w końcu do odważnych świat należy :)
Corel Draw 8, którego wcześniej używałem do zmiany rozdziałki obrazków i rozjaśniania tapet na pulpit, miał się w końcu sprawdzić w swojej właściwej funkcji. Muszę przyznać, że sprawdził się doskonale. Chociaż nie miałem z nim wcześniej zbyt wiele do czynienia, bez większego trudu opanowałem używanie krzywych, cieni, wypełnienia tonalnego, interakcyjnej przezroczystości, efektów rozmywania etc. Tak, więc przez kilka tygodni oddawałem się klikaniu i przeciąganiu, łączeniu zarysów w kształty, wypełnianiu ich kolorami i wykańczaniu wszystkiego cieniami i różnistymi efektami. Wspaniale było patrzeć jak krok po kroku zielona źrenica z owalnym odblaskiem zostaje wtopiona w pastelowo żółty kształt oka i otoczona stu pięcioma gęstymi rzęsami. Kiedy wersja 1.0 była już gotowa przyszła kolej na kupienie papieru i oczywiście materiału na flagę. Gdy nadszedł moment odbicia obrazka na jasnoniebieskim płótnie zacząłem odczuwać lekki niepokój o powodzenie całej operacji. W końcu szkoda w parę chwil zmarnować efekt miesięcznej pracy. Na szczęście 105 rzęs i cała reszta oczka odbiła się (prawie) idealnie...

 *

Oburącz chwycił dolną część liny. Wyprężył się parodiując wojskową pozycję 'baczność', poczekał aż inni zrobią to samo i pogwizdując coś, co mogłoby uchodzić za "Marsyliankę", zaczął wciągać banderę na maszt. Wszyscy również stojący na baczność, wsłuchani w to gwizdanie wpatrując się we wznoszące się oko z trudem powstrzymywali się od parsknięcia śmiechem. Dwóm się nie udało. Gdy bandera dotarła do topu masztu zamiast rozwiać się jak amerykańskie flagi na filmach dalej zwisała w dół jak szmata. No cóż, po prostu nie było wiatru :)

 *

 Po co w ogóle o tym piszę? - zapytasz pewnie, jeśli nie wcisnąłeś jeszcze 'Wstecz'. Powodów jest kilka, ale najważniejszym jest pewna refleksja, która naszła mnie jakiś czas temu, a którą chciałbym się z tobą podzielić. No, więc gdy robiłem niedawno porządki w folderach na twardzielu, znalazłem screeny z różnych faz powstawania bandery - zielona źrenica, oko bez rzęs i już z nimi, a na koniec z efektami cienia i odblasku. Przypominając sobie chwile spędzone nad moim małym dziełem stwierdziłem, że rozciąganie 77-mej rzęsy, patrzenie jak obrazek powoli wychodzi z drukarki czy drżenie rąk przy wprasowywaniu go w materiał, cały czas z  wizją bandery powiewającej na maszcie przed oczyma, było dużo przyjemniejsze niż samo żeglowanie pod banderą powiewającą na maszcie. Nie, żeby efekt końcowy mi się nie podobał tyle, że teraz ta bandera stała się czymś normalnym, zwyczajnym, a wtedy była pomysłem, wizją, marzeniem, celem...

Gdy się mocniej nad tym zastanowiłem, okazało się, że mógłbym znaleźć w swoim życiu więcej takich przypadków, kiedy samo podążanie drogą niosło ze sobą więcej satysfakcji niż przybycie na metę.

W czerwcu tego roku podchodziłem do mocno popularnego ostatnio egzaminu FCE. Przygotowania do niego zacząłem oczywiście dużo wcześniej. Już chyba w lutym na bok poszły podręczniki z czytankami i regułkami, a ich miejsce zajęły testy, dziesiątki writingów, testy, męczące słuchanki, testy, próbne egzaminy, testy, szlifowanie formy, testy i... aha jeszcze testy, setki testów. Exam był w porządku. Nie obyło się bez obaw i stresów, ale wróciłem z tarczą.
Dziś z dwumiesięcznej perspektywy zdecydowanie lepiej wspominam paromiesięczne przygotowania od samego egzaminu, próby skrócenia czasu robienia UoE do 25 min, od zrobienia UoE w 20 min na examie, patrzenie jak z tygodnia na tydzień moja forma rosła od niepewnej odpowiedzi na "Jak poszło?" po wyjściu z sali.

Inny przykład. Mój styl pisania jeszcze rok temu pozostawiał wiele do życzenia. Zbyt wysokich ocen ze szkolnych wypracowań to ja nie miałem. Jako że czytałem AM od pierwszych numerów, co jakiś czas brała mnie ochota by napisać tam coś od siebie. Jednak świadomość moich dość kiepskich możliwości textwriterskich skutecznie mnie powstrzymywała. Bo kto chciałby czytać nieskładne zdania czy zgłębiać poglądy niepoparte argumentami. Postanowiłem nie dać za wygraną i zrobić coś z tym. Zacząłem przykładać się do wypracowań świadomie rezygnując z tzw. "pomocy naukowych" na rzecz własnej inwencji. Potem zabrałem się za pisanie czegoś na kształt pamiętnika, ale zapodział mi się on przy wakacyjnych porządkach. Gdy po przetrząśnięciu pokoju w końcu go znalazłem, otworzyłem go gdzieś na środku i zacząłem czytać, ale tak jakby była to książka napisana przez kogoś innego. I dziwna sprawa, spodobało mi się. No to, teraz albo nigdy - powiedziałem sobie. Zabrałem zeszyt ze sobą, siadłem na kei między zacumowanymi jachtami, głęboki wdech, chwila skupienia, przyłożyłem ołówek do papieru i... tak powstała "Nieśmiertelność".
A jakiś tydzień temu dostałem maila od Qn'ika z zapowiedzią zamieszczenia moich pierwszych artów w AM~30 (Tak na marginesie. Stokrotne dzięki Qn'ik. Na własnej skórze przekonałem się jak wiele motywacji może dać bycie przez kogoś docenionym. O, i już mam temat na kolejny art.:)) Cieszę się, nawet nie wiecie jak bardzo, ale jest coś, co sprawia mi jeszcze większą radość. Jest to fakt, że nauczyłem się pisać tak, by czytanie moich wypocin sprawiało innym przyjemność.

Takich mniej lub bardziej wyrazistych przykładów mógłbym podać więcej, ale ten tekst ten tekst i tak zrobił się już długaśny i pora go kończyć.
O co mi, więc chodzi? Chcę ci po prostu powiedzieć, tobie, który nieustannie poszukujesz czegoś, co nadałoby sensu twojemu życiu jakiejś inspiracji, celu, punktu zaczepienia, za którym można podążać, portu, do którego chciałbyś zawinąć, chcę ci powiedzieć abyś wybierając go  pomyślał nie tyle, dokąd ale jak i którędy chcesz tam dotrzeć. Zresztą popatrz - samo zdobycie szczytu trwa tylko jedną chwilę, ale zdobywanie go może trwać i całe życie. Czy wolałbyś czuć satysfakcję ze swoich dokonań przez jedna chwilę czy przez całe życie? Dlatego gdy stojąc u stóp góry widzisz połyskujący w słońcu szczyt, a droga do niego wiedzie przez mroczną i zamgloną dolinę, poszukaj lepszej drogi albo... wybierz się na inny szczyt.
I posłuchaj jeszcze jednej rady żeglującego pod zielonooką banderą: Gdy na Śniardwach dopływasz do jednej czerwonej boi wypatruj już następnej. Ja taką już dostrzegłem.   


kończący arty aluzjami
#Rainman#

22 - 25 VIII 2002

shappy_rainman@gazeta.pl


PS.Jeśli masz ochotę jeszcze raz przeczytać przemyślenia z końca arta to polecam przy
"Find The River" R.E.M.-u i mocnej herbacie z miętą.

PS2. To był ostatni z moich artów pisany w trochę beztroskim wakacyjnym stylu. Dlaczego?
Spójrzcie na datę :( Za parę dni szkolna rzeczywistość wyciągnie po mnie ręce, a ja, chciał nie chciał, będę musiał się w niej odnaleźć. Z tego powodu mogę mieć mniejszy lub większy przestój w pisaniu. Ale gdy już stanę mocno na ziemi, wrócę tu i postaram się wreszcie napisać na jakiś poważniejszy temat. Ciekawe czy potrafię :)