W swoje kościste, opalone ręce chwycił dwa
końce cieniutkiego błękitnego sznurka,
zbliżył je do grubszej liny z zamiarem
przywiązania ich do niej.
Dobra, jak to szło? Już
pamiętam. Góra, dół, góra...
Podczas gdy jego długie
i trochę niezgrabne palce instynktownie układały
węzeł płaski on patrzył na to, do czego
te błękitne sznurki były przyczepione.
Patrzył na kawałek jasnoniebieskiego
materiału z odbitym nadrukiem. Uśmiechał
się na myśl, że zmaterializowany pomysł
sprzed paru miesięcy za chwilę zacznie spełniać
swoją funkcję.
... a teraz dół, góra,
dół. Trzyma się? Trzyma. Wygląda całkiem nieźle.
Ciekawe jak jej będzie pod masztem?
- To, co, wciągamy ją?
*
Nie pamiętam już, kiedy
wpadłem na pomysł zawieszenia bandery na
maszcie mojej starej łajby. Pamiętam za to, że
pomysł ten od razu przypadł mi do gustu. A to,
dlatego, że w przeciwieństwie do poprzednich
koncepcji wyróżnienia mojej łódki spośród
setek innych białych żaglówek, ta była całkiem
wykonalna.
Pozostawało tylko jedno pytanie: Co będzie
widnieć na tej fladze? Nie chciałem iść na łatwiznę
i wywieszać pirackiej trupiej czachy. Co to, to
nie. Moja bandera miała być wyjątkowa, jedyna
w swoim rodzaju. Miała odzwierciedlać moją
osobowość, charakter, podejście do życia itd.
Zaraz jednak po postawieniu jej tak wysokich
wymagań zorientowałem się, że niełatwo będzie
znaleźć jakiś prosty motyw graficzny, który
by je spełniał.
Pewnego wakacyjnego dnia,
po blisko dwóch miesiącach myślenia,
kombinowania, radzenia się innych (dziwna
sprawa, ale prawie każdy mówił, żebym
narysował żółwika)
w końcu olśniło mnie.
Zielone oko. "Tak to jest to" -
wykrzyknąłem z radością. Dlaczego właśnie
ono? Czy spodobał mi się obrazek z zimowych
wydań Kącika Opowiadań z AM, czy może sprawiły
to czarne oczy Amelii codziennie spoglądające
na mnie z kinowego plakatu, czy może jeszcze z
innego powodu? Sam nie wiem.
Faktem jest, że od tego dnia jednym z celów
mojego życia stało się zrobienie zielonookiej
bandery. W parę chwil obmyśliłem też sposób
jej wykonania. Cały motyw miał być
zaprojektowany na komputerze, wydrukowany na
specjalnym papierze i odbity za pomocą żelazka
na materiale. Nigdy wcześniej tego nie robiłem,
ale w końcu do odważnych świat należy :)
Corel Draw 8, którego wcześniej używałem do
zmiany rozdziałki obrazków i rozjaśniania
tapet na pulpit, miał się w końcu sprawdzić w
swojej właściwej funkcji. Muszę przyznać, że
sprawdził się doskonale. Chociaż nie miałem z
nim wcześniej zbyt wiele do czynienia, bez większego
trudu opanowałem używanie krzywych, cieni, wypełnienia
tonalnego, interakcyjnej przezroczystości, efektów
rozmywania etc. Tak, więc przez kilka tygodni
oddawałem się klikaniu i przeciąganiu, łączeniu
zarysów w kształty, wypełnianiu ich kolorami i
wykańczaniu wszystkiego cieniami i różnistymi
efektami. Wspaniale było patrzeć jak krok po
kroku zielona źrenica z owalnym odblaskiem
zostaje wtopiona w pastelowo żółty kształt
oka i otoczona stu pięcioma gęstymi rzęsami.
Kiedy wersja 1.0 była już gotowa przyszła
kolej na kupienie papieru i oczywiście materiału
na flagę. Gdy nadszedł moment odbicia obrazka
na jasnoniebieskim płótnie zacząłem odczuwać
lekki niepokój o powodzenie całej operacji. W
końcu szkoda w parę chwil zmarnować efekt
miesięcznej pracy. Na szczęście 105 rzęs i cała
reszta oczka odbiła się (prawie) idealnie...
*
Oburącz chwycił dolną
część liny. Wyprężył się parodiując
wojskową pozycję 'baczność', poczekał aż
inni zrobią to samo i pogwizdując coś, co
mogłoby uchodzić za "Marsyliankę",
zaczął wciągać banderę na maszt. Wszyscy
również stojący na baczność, wsłuchani
w to gwizdanie wpatrując się we wznoszące
się oko z trudem powstrzymywali się od
parsknięcia śmiechem. Dwóm się nie udało.
Gdy bandera dotarła do topu masztu zamiast
rozwiać się jak amerykańskie flagi na
filmach dalej zwisała w dół jak szmata. No
cóż, po prostu nie było wiatru :)
*
Po co w ogóle o tym
piszę? - zapytasz pewnie, jeśli nie wcisnąłeś
jeszcze 'Wstecz'. Powodów jest kilka, ale najważniejszym
jest pewna refleksja, która naszła mnie jakiś
czas temu, a którą chciałbym się z tobą
podzielić. No, więc gdy robiłem niedawno porządki
w folderach na twardzielu, znalazłem screeny z różnych
faz powstawania bandery - zielona źrenica, oko
bez rzęs i już z nimi, a na koniec z efektami
cienia i odblasku. Przypominając sobie chwile spędzone
nad moim małym dziełem stwierdziłem, że rozciąganie
77-mej rzęsy, patrzenie jak obrazek powoli
wychodzi z drukarki czy drżenie rąk przy
wprasowywaniu go w materiał, cały czas z wizją
bandery powiewającej na maszcie przed oczyma, było
dużo przyjemniejsze niż samo żeglowanie pod
banderą powiewającą na maszcie. Nie, żeby
efekt końcowy mi się nie podobał tyle, że
teraz ta bandera stała się czymś normalnym,
zwyczajnym, a wtedy była pomysłem, wizją,
marzeniem, celem...
Gdy się mocniej nad tym
zastanowiłem, okazało się, że mógłbym znaleźć
w swoim życiu więcej takich przypadków, kiedy
samo podążanie drogą niosło ze sobą więcej
satysfakcji niż przybycie na metę.
W czerwcu tego roku
podchodziłem do mocno popularnego ostatnio
egzaminu FCE. Przygotowania do niego zacząłem
oczywiście dużo wcześniej. Już chyba w lutym
na bok poszły podręczniki z czytankami i regułkami,
a ich miejsce zajęły testy, dziesiątki writingów,
testy, męczące słuchanki, testy, próbne
egzaminy, testy, szlifowanie formy, testy i...
aha jeszcze testy, setki testów. Exam był w
porządku. Nie obyło się bez obaw i stresów,
ale wróciłem z tarczą.
Dziś z dwumiesięcznej perspektywy zdecydowanie
lepiej wspominam paromiesięczne przygotowania od
samego egzaminu, próby skrócenia czasu robienia
UoE do 25 min, od zrobienia UoE w 20 min na
examie, patrzenie jak z tygodnia na tydzień moja
forma rosła od niepewnej odpowiedzi na "Jak
poszło?" po wyjściu z sali.
Inny przykład. Mój styl
pisania jeszcze rok temu pozostawiał wiele do życzenia.
Zbyt wysokich ocen ze szkolnych wypracowań to ja
nie miałem. Jako że czytałem AM od pierwszych
numerów, co jakiś czas brała mnie ochota by
napisać tam coś od siebie. Jednak świadomość
moich dość kiepskich możliwości
textwriterskich skutecznie mnie powstrzymywała.
Bo kto chciałby czytać nieskładne zdania czy
zgłębiać poglądy niepoparte argumentami.
Postanowiłem nie dać za wygraną i zrobić coś
z tym. Zacząłem przykładać się do wypracowań
świadomie rezygnując z tzw. "pomocy
naukowych" na rzecz własnej inwencji. Potem
zabrałem się za pisanie czegoś na kształt
pamiętnika, ale zapodział mi się on przy
wakacyjnych porządkach. Gdy po przetrząśnięciu
pokoju w końcu go znalazłem, otworzyłem go
gdzieś na środku i zacząłem czytać, ale tak
jakby była to książka napisana przez kogoś
innego. I dziwna sprawa, spodobało mi się. No
to, teraz albo nigdy - powiedziałem sobie. Zabrałem
zeszyt ze sobą, siadłem na kei między
zacumowanymi jachtami, głęboki wdech, chwila
skupienia, przyłożyłem ołówek do papieru i...
tak powstała "Nieśmiertelność".
A jakiś tydzień temu dostałem maila od Qn'ika
z zapowiedzią zamieszczenia moich pierwszych artów
w AM~30 (Tak na marginesie. Stokrotne dzięki
Qn'ik. Na własnej skórze przekonałem się jak
wiele motywacji może dać bycie przez kogoś
docenionym. O, i już mam temat na kolejny art.:))
Cieszę się, nawet nie wiecie jak bardzo, ale
jest coś, co sprawia mi jeszcze większą radość.
Jest to fakt, że nauczyłem się pisać tak, by
czytanie moich wypocin sprawiało innym przyjemność.
Takich mniej lub bardziej
wyrazistych przykładów mógłbym podać więcej,
ale ten tekst ten tekst i tak zrobił się już długaśny
i pora go kończyć.
O co mi, więc chodzi? Chcę ci po prostu
powiedzieć, tobie, który nieustannie
poszukujesz czegoś, co nadałoby sensu twojemu
życiu jakiejś inspiracji, celu, punktu
zaczepienia, za którym można podążać, portu,
do którego chciałbyś zawinąć, chcę ci
powiedzieć abyś wybierając go pomyślał nie
tyle, dokąd ale jak i którędy
chcesz tam dotrzeć. Zresztą popatrz - samo
zdobycie szczytu trwa tylko jedną chwilę, ale zdobywanie
go może trwać i całe życie. Czy wolałbyś
czuć satysfakcję ze swoich dokonań przez jedna
chwilę czy przez całe życie? Dlatego gdy stojąc
u stóp góry widzisz połyskujący w słońcu
szczyt, a droga do niego wiedzie przez mroczną i
zamgloną dolinę, poszukaj lepszej drogi albo...
wybierz się na inny szczyt.
I posłuchaj jeszcze jednej rady żeglującego
pod zielonooką banderą: Gdy na Śniardwach dopływasz
do jednej czerwonej boi wypatruj już następnej.
Ja taką już dostrzegłem.
kończący arty aluzjami
#Rainman#
22 - 25 VIII 2002
shappy_rainman@gazeta.pl
PS.Jeśli masz ochotę jeszcze raz
przeczytać przemyślenia z końca arta to
polecam przy
"Find The River"
R.E.M.-u i mocnej herbacie z miętą.
PS2.
To był ostatni z
moich artów pisany w trochę beztroskim
wakacyjnym stylu. Dlaczego?
Spójrzcie na datę :(
Za parę dni szkolna rzeczywistość wyciągnie
po mnie ręce, a ja, chciał nie chciał, będę
musiał się w niej odnaleźć. Z tego powodu mogę
mieć mniejszy lub większy przestój w pisaniu.
Ale gdy już stanę mocno na ziemi, wrócę tu i
postaram się wreszcie napisać na jakiś poważniejszy temat.
Ciekawe czy potrafię :)
|