"DUŻY SKLEP ALBO MAŁY SKLEP? 
OTO JEST PYTANIE…"
Czyli modlitwa klienta: "Sprzedawcy małych sklepików! 
Dajcie nam żyć!!!" 

W samych Gliwicach i najbliższej okolicy powstało wiele supermarketów. Większość tak zwanych "znawców tematu" wróżyła szybki koniec wszelkim małym sklepikom i utrzymującym się z nich drobnym handlowcom. Faktycznie, za molochami typu Tesco czy Auchan przemawia duża ilość promocji, na których można kupić mnóstwo potrzebnych (i jeszcze więcej niepotrzebnych) rzeczy, duża różnorodność towaru, możliwość samodzielnego obejrzenia danego przedmiotu (bez potrzeby fatygowania wiecznie "zadowolonego z życia" sprzedawcy), miła obsługa i tym podobne. W takim razie czym mogą trafić do nas, klientów, osiedlowi sklepikarze? Parę dni temu chciałem zrobić małe zakupy nie odchodząc zbyt daleko od domu. Po godzinie łażenia po okolicy udało mi się kupić ocet, jaja i chleb (ale nie znalazłem majonezu -czyżby wracała do władzy komuna?). Na nieśmiało zwróconą przeze mnie uwagę, że koło pieczywa nie powinien leżeć kot (toksoplazmoza!!!), mężczyzna przy kasie stwierdził, że jeśli mi się nie podoba, to nie muszę się u niego zaopatrywać. Nie muszę? No to nie będę! W innym miejscu poprosiłem o wymianę jednego produktu na inny (według mnie lepszy). W odpowiedzi usłyszałem: "przecież wszystkie są takie same!" - w tym momencie pomyślałem, że nigdy nie zagłosuję na ugrupowanie, które poprze ustawę utrudniającą działanie supermarketom, chyba, że jednocześnie wprowadzi listę rzeczy, w które powinien być zaopatrzony mały przydomowy kramik. Cały czas trąbi się w mediach o poszkodowanych właścicielach budek, o tym, że dążymy do Europy Zachodniej (nie w odwrotnym kierunku), a zapomina się o jakże słusznym powiedzeniu: "KLIENT TO PAN" i "KTO PŁACI TEN WYMAGA".