*** Historia Queenu ***
Oczywiście najpierw przedstawię skład zespołu. Oto oni:Freddie Mercury (wokal), Brian May (gitara), Roger Taylor (perkusja) i John Deacon (gitara basowa). Był jednak na początku ktoś piąty, jednak aby się o tym dowiedzieć, trzeba się cofnąć do roku 1967. W tym roku to 20-letni Brian May postanowił założyć zespół. Na ogłoszenie zgłosili się perkusista Roger Taylor i basisto-wokalista Tim Staffell, ten piąty. Nazwali zespół Smile. Po działalności zespołu został jeden singel - "Earth", wydany w 1969 i jedno EP wydane dopiero w 1983 roku. Tyle zostało w przeróżnych spisach. Jednak na pierwszej płycie "Queen" znajduje się kompozycja, którą kiedyś grał Smile, "Doing Alright", a przesłuchując to krótkie EP, można zauważyć, że to od niego wziął się styl grania Queen, głównie gitarzysty Maya. Zespół rozpadł się, ponieważ niezadowolony sprzedażą singla Staffell odszedł, by rozpocząć karierę solową, która jednak nigdy się nie rozpoczęła. Jednak to dzięki niemu dwaj pozostali, którzy nadal chcieli grać razem, poznali Freddiego Mercury'ego. Potrzebowali jeszcze basisty. Po odrzuceniu sześciu, przyjeli w końcu Johna Deacona. W 1971 po raz pierwszy wystąpili jako Queen.
Przez pierwsze dwa lata jedynie koncertowali. Dopiero w 1973 udało im się podpisać kontrakt z dużą wytwórnią EMI, która wydawała ich płyty do 1986 roku. Pierwszym singlem był "Keep yourself alive", jednak został wielokrotnie odrzucany przez radę sprawującą pieczę nad piosenkami puszczanymi w Radio One, najpopularniejszym radiu angielskim.
Pierwsza płyta nazywa się "Queen", czyli niezbyt oryginalnie. Niezbyt oryginalna jest także okładka przedstawino na niej Freddiego na scenie z wyciągniętymi do góry rękami. O ile ogólnie muzykę Queen nazywano glam rockiem, to na pierwszej płycie przeważa rock'n'roll. W ogóle płyty Queen były różnorodne, o czym zaraz powiem.
W latach 70-tych zespół był jeszcze bardzo płodny i każdą nową płytę wydawał co rok, zdarzały się nawet dwie w jednym roku. W 1974 tak właśnie było. Pierwsza z nich to płyta "Queen II", także niezbyt oryginalna nazwa. Na okładce widzieliśmy tym razem wszystkich muzyków zespołu. Poszli w stronę rozpoczętą na pierwszym albumie. Tym razem jednak zdobyli większą sławę, za sprawą piosnki "Seven seas of rhye", do której melodia znajdowała się już na pierwszym albumie.
Drugi w roku 1974 był "Sheer heart attack". I na nim nastąpiła zmiana stylu Queen. Na okładce znowu mamy tą czwórkę, tym razem leżącą. Wreszcie pojawiła się widoczna część tego glamu, widoczna w takich piosnekach, jak "In the lap of the gods" czy "Killer queen". A z kolei taki "Stone cold crazy" to najnormalniejszy heavy metal w wykonaniu Queen, o czym przekonywała Metallica, coverując ten utwór na "Garage, Inc. ". Podobnie z "Now I'm here", z tym że to jest wolniejsze i trochę mniej heavy, dlatego myślę, że wystraczy określenie hard rock (choć to właściwie to samo).
W następnym roku wydali dla wielu ich najlepszą płytę pt. "A night at the opera", zapożyczonym z filmu braci Marx. Na okładce mieliśmy logo zespołu na białym tle. Rzeczywiście można to nazwać taką rockową operą, głównie za sprawą jednego z największych przebojów grupy, "Bohemian rhapsody". Ale mamy także hard rockowe "Sweet lady", trochę w stylu country "'39", czy klawiszowe z świetnym perkusyjnym wstępem "God save the queen".
Rok później wydali bliźniaka tej płyty, nazwanego także od filmu Marx'ów, "A day at the races". Okładka taka sama, tylko, że tło czarne. Znowu sporo glamu (kolejny duży przebój "Somebody to love"), ale mamy także nawiązanie do pierwszych rock'n'rollowych płyt (łudząco podobny do "Keep yourself alive", pierwszy na płycie "Tie your mother down").
W 1977 wydali wg mnie najlepszą płytę, choć niedocenianą w porównaniu z poprzednimi. To na niej przecież znalazły się dwa niemal hymny: "We will rock you" i "We are the champions". Było też heavy metalowe "Sheer heart attack" (to dziwne, że dopiero na tej płycie, bo tak też nazywał się trzeci longplay kwartetu). Na okładce wielki robot, trzymający grupę na rękach.
Potem było "Jazz", choć płyta nie była na szczęście jazzowa. Okładka nie była skomplikowana, na górze powtarzający się napis "Queen", na dole cyklista, w środku koła, z których wychodzi napis "Jazz". Rozpoczyna ją coś dziwnego, "Mustapha", potem mamy charakterystyczne queenowe granie.
Rok 1979 przyniósł jedynie pierwszą koncertówkę grupy, od razu podwójną, nazwaną "Live killers". Na okładce - zdjęcie z koncertu.
W następnym roku znów mieliśmy dwie płyty, jednak tylko jedna taka normalna. Nazwana została "The game". Okładka jak zwykle niezbyt oryginalna - muzycy grupy. A co na płycie? Aż cztery duże hity - "Play the game", "Another one bites the dust", "Crazy little thing called love" i "Save me".
Drugą z tego roku był soundtrack do filmu "Flash Gordon", pod tym samym tytułem. Inny był, ponieważ zawierał głównie theme z filmu nagrane przez zespół. Jednym z niewielu utworów, w którym mógł się popisać wokalnie Freddie, był "Flash". Żółta okładka z logo filmu.
Nastały lata 80-te, w których muzycy nagrali dwa razy mniej płyt niż w 70-tych. W 1981 światło dzienne ujrzała składanka "Greatest hits", na której - jak łatwo się domyślić - znajdowały się najlepsze utwory z lat 70-tych.
Potem był rok 1982, w którym nagrali różniącą się trochę od innych płytę "Hot space". Znalazło się bowiem na niej więcej utworów do tańczenia, a największą sławę zdobył nagrany z Davidem Bowiem "Under pressure". Były jednak takie perełki jak hard rockowy "Put out the fire" czy "Life is real (song for Lennon)". Na okładce rysunki twarzy Mercury'ego i reszty.
Potem muzycy postanowili ponagrywać solowe płyty, jednak nie oznaczało to rozpadu zespołu. W latach 1983-86 każdy z nich nagrał solowy album. Z przerwą w roku 1984, kiedy znów spotkali się razem i nagrali kolejny studyjny album "The works". Okładka - jak zwykle - tym razem siedzący. Powrócili do sprawdzonych na poprzednich albumach recept. Znalazł się wieli hit (otwierający "Radio ga ga"), hard rockowa piosenka ("Tear it up"), coś w stylu reggea ("I want to break free").
W roku 1986 znów wyszły dwie płyty pod szyldem Queen. Pierwsza z nich to "A kind of magic", co pokazuje, że skończyły im się pomysły na nazywanie płyt, tak bowiem nazywa się jedna z komozycji na nim (wielki hit). Okładką poszli w stronę "Hot space", tylko tym razem cali byli rysunkowi. Znowu były hard rockowe utwory ("One vision" i "Gimme the prize (Kurgan's theme)"), znalazły się ballady ("Friends will be friends") i prawdziwe majstersztyki, czyli "Who wants to live forever" i instrumentalny "Forever".
Druga w tym roku to koncertówka nawiązująca do nazwy poprzedniego albumu, "Live magic". Po tej płycie odeszli ze stajni EMI do Parlophone.
W tej wytwórni ukazała się następna, z roku 1989, "The miracle". Znów była taka piosenka na płycie. Znalazły się tam także inne przeboje grupy - "Invisible man", "I want it all" (znów hard rock) i mój ulubiony ich numer "Breakthru". Okładka wreszcie przyniosła coś oryginalnego, były na niej twarze wiadomo kogo, ale połączone w jedną!
W tym samym roku wydano "Queen at the beeb". Nie jest to jednak normalny materiał studyjny. Znajdują się na nim piosenki zarejestrowane dla Radia One w roku 1973, jeszcze przed wydaniem pierwszego albumu. Jednak nie ma na nim nowych kompozycji, fani znali je z dwóch pierwszych płyt kwartetu.
Rok 1991 przyniósł jedną z najpiękniejszych ichnich płyt - "Innuendo". Na okładce mieliśmy błazna żonglującego kulkami. Co prawda znalazły się hard rockowe wywalalnki, jak "Headlong", czy piosenki z żartobliwym tekstem, jak "Delilah", jednak ten longplay miał najbardziej mroczny ze wszystkich klimat. Głównie za sprawą dwóch pierwszych - tytułowej wielowątkowej kompozycji (coś na kształt "Bohemian rhapsody", tylko bardziej rockowe) i "I'm going slightly mad". Fani jednak nie zdawali sobie sprawy, dlaczego Freddie podsumowuje swoje życie w "These are the days of our lives" (singel roku 1991, przebił nawet "Losing my religion" R. E. M. , "Smells like teen spirit" Nirvany i "One" U2), oraz dlaczego na końcu tego utworu znajduje się dramatyzny "The show must go on".
W 1991 wydano także składankę "Greatest hits II", z najlepszymi piosenkami z lat 80-tych + płyty "Innuendo".
24 listopada 1991 stało się coś. . . nieuniknionego. Freddie, chory na AIDS, zmarł. W tym świetle "The show must go on" stało się zupełnie inne i pewnie dlatego został wielkim przebojem. Wiadomo było, że nic nowego już nie nagrają. Można było jeszcze wydawać składanki, koncertówki, itd. I tak właśnie robiono.
W 1992 najpierw w USA wydano "Classic Queen", czyli po prostu najlepsze z "Greatest hits" i "Greatest hits II".
W tym samym roku wydano "Live at Wembley'86", czyli rejestrację największego dotąd koncertu Queen na londyńskim stadionie Wembley w 1986 roku. Potem odbył się inny wielki koncert, w którym zamiast Freddiego śpiewali inni artyści (m. n. Zucchero, Hetfield, Axl Rose, Elton John, George Michael) oraz grali także inni (m. n. Slash i Iommi).
Jednak to było nic. To był pryszcz, w porównaniu z tym co stało się w 1995 roku. Wtedy to pozostali muzycy Queen znów się spotkali, by z różnych partii wokalnych Freddiego nagranych w 1991 nagrali normalny album. I udało się. Nazwali dzieło "Made in heaven", jak jedna z kompozycji znajdujących się na niej (wcześniej znajdowała się na jednej z solowych płyt Freddiego). Okładka była tym razem cudowna. Przedstawia Freddiego z uniesioną ręką nad morzem. Po raz pierwszy teksty na niej były poważne, dzięki czemu miała klimat przybliżony do "Innuendo" - "It's a beautiful day", "Let me live", "Mother love" czy "A winter's tale".
Potem wydano jeszcze dwie składanki. Pierwsza z nich, z roku 1997, to "Queen rocks", zawierała najbardziej hard i heavy piosenki kwartetu. Do tego znalazła się całkiem nowa kompozycja.
W 1999 roku wydano "Greatest hists III", jednak jako nazwę grupy podano Queen+. Rzeczywiście nie był to normalny Queen. Z normalnych jego piosenkek były dwie z lat przedstawionych na dwóch pierwszych "Greatest hits" oraz kilka piosenek z "Made in heaven" (bo żadna z wcześniejszych "Greatest hits" jej nie obejmowała). Dodatkowo znalazły się piosenki z solowych płyt Mercury'ego i Maya oraz utwory Queenu nagrane z innymi muzykami, niektóre z wspomnianego wcześniej koncertu.
Tak właściwie skończyła się historia tego zespołu, choć Brian May w pomocy z Rogerem Taylorem co jakiś czas chcą ją ożywiać, co niestety nie wychodzi zbyt dobrze. A to jakaś piosenka zespołu z innym artystą (jak "We are the champions" z Robbie Williamsem), a ostatnio stworzyli musical z piosenkami mojego ulubionego zespołu.