*** Europe Station - performance on station ***
Pewnego pięknego dnia, po powrocie z wakacji (byłem w polskiej zupie... tzn.
nad morzem) maszerowałem raźnie przez miasto, gdy nagle uwagę mą przykuł pewien
plakat. Wszystko na plakacie było po angielsku i właśnie to mnie zdziwiło...
Prócz napisów: sztuka, muzyka, multimedia znaleźć można było datę przyjazdu...
No właśnie. Jakiego znowu przyjazdu? Co to jest? I o co w tym chodzi?
Obok
tego oryginalnego plakatu znalazłem polski, wydrukowany pośpiesznie... Głosił
on, że na dworzec PKP naszego miasta przyjedzie coś... No cóź. Zignorowałem to
coś i ruszyłem przez miasto, a tam pod Ratuszem stał bilbord z programem tego
czegoś... Tak więc, miała przyjechać polska pisarka, jakiś teatr, oraz odbyć się
miało coś, co nazwane zostało: "Historia w walizce"... Mnie jednak
zainteresowało coś, co zaczynało się o g.18 czyli koncerty. Koncert zaczynał się
występem polskiego zespołu: "ph5,5" który grał funky, groove. Potem napis
głosił: "Robert and the Roboters" a ci zaś grali surf-rocka... Popatrzyłem na
godzine zakończenia tego "czegoś" i aż zemdlałem ( no może nie zemdlałem, ale
dostałem ataku śmiechawki) występ miał trwać od 16 do 22.00. Czyli... Fuck
it.
W dzień przyjazdu pociągu z tym "czymś" brat przyleciał do domu i
zaczął wrzeszczeć, że na Dworcu postawili wielką scenę... Chmm ( tutaj się
zamyśliłem :-) wielka scena w Kamienne Górze ( w tej dziurze mieszkam)...
Zdziwiony, że duża scena ma stać na dworcu, gdzie wydawało mi się, że jest mało
miejsca, postanowiłem jednak udać się tam o jakiejś godzinie...
Chyba o
16 tyrknąłem do qmpla i razem ( z jeszcze jednym qmplem :-) udaliśmy się na
stację... Pierwsza reakcja: "BUHAHA". A spowodowana była dekoracjami dworca.
Przy wejściu powiesili wielkie kawały materiału... czerwonego i wyglądało to,
jakbyśmy wchodzili do burdelu...
W budynku dworca okazało się, że na tym
"czymś" jest baaaaaardzo dużo ludzi. I kilka razy przetrarłem oczy, za nim
dotarło do mnie, że organizatorzy to młodzież... z długimi włosami. Uhaha...
Robiło się przynejmniej. Na dodatek ta młodież, to jeszcze Niemcy, Czechy i
Polacy.
Wróćmy jednak do tego "czegoś" w środku budynku. Otóż środek
okupowała masa ludzi starszych np. moi nauczyciele ze szkoły ( przed, którymi
musiałem spierdzielać, bo zwyzywałem ich w necie :-) i inni. Nieszło się
przecisnąć przez ten tłum, więc czekaliśmy cierpliwie. Okazało się, że
przecinali jakąś wstęgę, za którą odbywała się wystawa "Historii w walizce"
czyli można obejrzeć było starą Polskę. W kolejnej sali dworca znaleźliśmy
makietę domu i co jakiś czas, odbywał się tam pokaz teatralny ( non-stop ten
sam). Po obejrzeniu występów teatru My, postanowiliśmy wreszcie przyjrzeć się
owej, wielkiej scenie...
Udało nam się przecisnąć przez tłum ( moje
qmpele jakoś się załapały do tego show, i za darmo podawały jedzenie) aż
wreszcie oczom naszym ukazała się światłość... Wyszliśmy na peron, na którym
została wywieszona kolekcja zdjęć/obrazów. ( Swoją drogą, bardzo ładnie
zrobionych) Przeciskając się wsród kolejnych ludzisków, udało nam się ujrzeć
"wielką" scenę. No cóź... Ten kto widział Woodstock uzna to za imitację sceny
:-) Jak na naszą Kamienną Górę, to była spora.
Wreszcie zaczęły się
koncerty i organizatorzy tak to rozegrali, że nie wiedziałęm kogo słucham :(
Zrezygnowaem z pierwszego i razem z kumplami rozsiadliśmy się na ławeczkach PKP.
W pewnym momencie poczułem rękę ( kobiecą :-) na plecach, odwróciłem się, a
tutaj czypieńdziesiąt... Znaczy się, nie! Obróciłem się, a tutaj stoi przede mną
piękna dziewczyna, a obok niej jeszcze jedna. Obie miały koszulki tej parady (
bo organizatorzy mieli takie pomarańczowe), ale nie to mnie przeraziło... Jedna
z nich trzymała kamerę, a druga mikrofon...
- Cześć - powiedziała. - Czym
według ciebie charakteryzuje się dobry Niemiec?
- Eee - wyjąkałem... Trudno
się dziwić, pierwszy raz ktoś do mnie z kamerą skacze i dostałem kompletnego
mętlika. - No nie wiem... Ma wysoką kulturę.
Przez cały czas śmiałem się, co
zresztą robili moi kumple. Najgorsze jednak miało nadejść... bo zadała kolejne
pytanie.
- A czym według ciebie róźni się dobry Polak od dobrego
Niemca?
Już miałem odpowiedzieć, gdy mój ( trochę podchmielony) qmpel
odpowiedział za mnie:
- Ch****. ( pewnie to HEX wygwiazdkuje :-)
Nie
trudno się dziwić reakcji jaka nastąpiła po tej jakże ciekawej wypowiedzi. Jakoś
się jednak zdobyłem i odpowiedziałem, co mnie zresztą zdziwiło:
- Dla mnie
wszyscy są równi. Jestem tolerancyjny.
- Aha. A skąd jesteś? - zapytała
banalnie.
- Z Polski - odpowiedziałem banalnie.
Odeszła, a ja cały
czerwony zacząłem tarzać się ze śmiechu... Oraz zastanawiałem się, dlaczego
akurat mnie zapytała, chociaż otoczony byłem ludźmi... Potem zauważyłem, że
pytają tylko długowłosych lub ludzi klimatycznych... Około godziny 22.00
wywiesili wielki ekran, na którym puścili ten wywiad... Jestem sławny! Cała
klasa mi gratulowała... Panowie, jeśli chcecie autograf to proszę po kolei! ( po
kolejce :-) Bardzo odbiegłem od tematu, ale skoro mam zdawać relację, to
przybliżę wam nie tylko koncerty :)
Czarnych ( tj. metale, punki i
grundżowcy) przybywało z godziny na godzinę. Wyłaniali się z ciemności jak... a
zresztą, po co wam wiedzieć, co się z ciemności wyłania :-)
Około godziny
18.00 zagrał bardzo ciekawy zespół: Robert and Roboters. Może nie zadziwiła mnie
muzyka jaką grają, ale to co wyprawiał lider ( bo chyba on nim był). Wyglądało
to jakby przeżywał orgazm. :) Zresztą tak wygląda każda osoba śpiewająca muzykę
alternatywną, ale nie na tym polegała ich magia. Np. gdy dochodziło do jakiś
krótkich solówek, to wszyscy członkowie zespołu wskazywali na tego, kto ją
wykonuję, a czasami pokazywali go palcami i się z niego naśmiewali, robili
śmieszne minki... Bardzo to dziwne, ale mi się bardzo spodobało. Ogólnie grali
lekko i można było posłuchać starych hitów z lat 80.
Gdy skończyli grać,
urwał mi się film i nie pamiętam co tam grali :) W każdym bądź razie, jakieś
niewarte uwagi wrzeszczące baby ( jak ja nienawidzę babskiego wokalu... No
chyba, że Chylińska [ ewentualnie Flinta :-], ale ona ma bombę na strunach
głosowych). Czas mijał, słońce zachodziło za horyzont. Czarnych było tyle, że
można było ze spokojem dosiąść się do jakiegoś kółeczka i sobie pogadać...
Dochodziło do 21.00 i było już ciemno. Aha. Chyba nie muszę wspominać, że na
wcześniejszych koncertach NIKT nie tańczył? Ok. Zaczął się spektakl, który
nazywał się: "Romeo i Julia na dworcu"... Ciekawy tytuł i nie przyjrzałem się
temu bliżej, bo nie miałem jak się przecisnąć do półokręgu. Tak więc pochłonął
mnie zespoł, który stanowił oprawę dźwiękową dla grupy aktorów pod sceną.
Staliśmy sobie tak z kolegą, wsłuchując się w ciche, a czasami skoncze, acz
sielankowe rytmy. Coś jak disco z pola :) I pewnie się teraz uchachacie, ale
qmpel mówił właśnie do mnie: " Jezuu, ja chcę po pogować..." i nagle ten zespół
( którego członkowie ubrani byli w białe worki...) zaserwował taki kawałek, że
przez chwilę myślałem, że to wali się pobliski żuraw. Zresztą co ja wam mogę
mówić... Wiecie jak wygląda zespół w workach na śmieci, który skacze i ryczy:
"AAARGGGGGGHHH!" :-)
Powiem wam w sekrecie, że gdy zacząłem skakać ( jako
jedyny...) to parę dresów popatrzyło się na mnie, jak na wyjątkowo brzydki
kawałek Shakiry :-) Po chwili ustałem skakać, bo sensu to nie miało... Ani pod
sceną, i sam... No cóź. Pozostało czekać na koniec przedstawienia i nadzieja, że
owy zespół przygrzeje w struny po teatrzyku :)
Skończył się teatrzyk, a
zespół znikł ze sceny. " NIEEE!" krzyknąłem. " Powiedz mi, że jeszcze nie ma
22.00!" rzekłem do qmpla, a on na złość mi: "Jest 22.00". Wkurzony, zdołowany,
zgwałcony zostałem.... Aż tu nagle wybiega na scenę taki frajer, zwany
komentatorem, który zawsze wpieprza się w każdą imprezę w Kamiennej Dziurze i
mówi: " Zapraszam teraz na zespół Olgi Batikt "T-shirts:" Wspaniale, pomyślałem,
nazwa jak pop kapela. " Zespół ten ma bardzo dynamiczny repertuar... " I wyszedł
ten zespół i gdy tylko to zrobił, wiedziałem, że nie będzie to lanie wody i
wiedziałem, że to ten sam zespół w workach, tyle, że już bez worków :)
Natychmiast czarne dziewczyny ( wiecie ile u nas jest klimatycznych kobiet?!)
wbiegły pod scenę i chciały troszkę poruszać głową, ale natychmiast wpadli
brutalni, męscy przedstawiciele metalów i wypchnęli swoje dziewczęta. ( W tym
ja, hehe :-) Jak to zwykle bywa, na początku było spokojnie. W rzędzie ruszało
się głową, ale gdy się towarzystwo rozkręciło, przypominało to zapasy :-)
Możecie sobie wyobrazić, jak się tańczyło skoro w naszej mieścinie takie
wydarzenia są 2 razy na rok... Mój biedny qmpel żałował, że wziął sandały...
Parę razy ( niechcący :-) i ja go depnąłem :-)
No cóź, T-shirts grał bardzo
ciekawie... Wszyscy tańczyli w rytmach pogo, nawet dziewczyny nam wybaczyły i
zajęły miejsca pod sceną :-)
Ciekawe jest to, że zespół ten liczy sobie
sporo członków i zmieniają się oni w przerwach na piosenki. Wiadomo:1 perkusja,
2/3 gitary, 2x wokal ( kobiety... ech) skrzypce, czasami coś w rodzaju fleta :-)
Chmm... niektóre kawałki przypominały Apocalypticę, i dobrze! Nie grali jednego
gatunku... Prócz mocnych, punkowych utworów można było poskakać przy
rock'n'rollowym kawałku: " Party in the train" itd... Ogólnie całe wydarzenie
jest udane, zwłaszcza, że można spotkać wiele fajnych ludzi ( w tym prawdziwych
wetaranów Reggae) itd. Może i w waszym mieście zjawili się ze swoim pociągiem? (
Było w Jeleniej Górze, Kamiennej i Wrocku) . Dla mnie to był ostatni pocisk
napędowy przed rokiem szkolnym. Wy czytacie to już w ferworze walki o oceny (
albo i nie :-) a ja mam jeszcze tydzień wakacji... Uhaha! May the rock be with
you! Aha. Koncert skończył się po 23.00 ( buu...) i długo musieliśmy prosić o
"bis"...