*** Queen - "Greatest Hits II" ***


Druga płyta z najlepszymi piosenkami obejmuje następną dekadę działania zespołu. Pierwsza obejmowała lata 1972-81, czyli początki, ta zaś obejmuje 1982-91, wraz z ostatnią płytą wydaną za życia wokalisty Mercury'ego, "Innuendo". Ta zaś została wydana jakiś miesiąc przed jego śmiercią. Skład Queen pozostał od początku prawie niezmienny, czyli: Mercury (wokal, czasami fortepian), May (gitara), Taylor (perkusja) i Deacon (bas). Materiał zawarty tutaj obejmuje pięć płyt: "Hot space" (tylko jedna piosenka), "The works", "A kind of magic", "The miracle" i "Innuendo" (z wszystkich po cztery piosenki).

Siedemnaście piosenek więc prawie całkowicie został zapełniony krążek CD, na którym wydano "Greatest hits II". Muzykę Queen nazwano kiedyś glam rockiem, jednak dla mnie po prostu przewijają się przez większość gatunków rocka, co pokazane jest na tej płycie: hard, art, acid, klasyczny, ballady. Jedynie zostawiony został punk i grunge (który nie znany był w latach 80-tych). Każdy z utworów na płycie był wydany na singlu, jeżeli miałbym wskazać największe przeboje, wybrałbym "A kind of magic", "Radio ga-ga" i "The show must go on". Od tego pierwszego zaczyna się płyta i jest w nim rzeczywiście trochę magii. Potem jedyny przebój z "Hot space" - "Under pressure" nagrany z innym gigantem tego niby glamu - Dawidem Bowiem. Potem znowu wielgachny hicior - "Radio ga-ga". Polecam teledysk, jest wspaniały, wykorzystano w nim fragmenty starego filmu "Metropolis" (1924 rok). "I want to break free" stał się jakimś hymnem murzynów - niewolników w Afryce. Dalej mamy prawdziwie hardrockowy "I want it all". I następuje utwór znakomity. Niemal suita, choć nie tak długa jak te najsławniejsze Pink Floydów. Jednak, jako że powstał w 1991 roku pozostał w tyle za innym wielowątkowym utworem Queenu z 1975 ("Bohemian rhapsody" z "A night at the opera"). W porównaniu z "Bohemian" ten jest bardzej rockowy, tamten był bardziej operowy. A tytuł tego - "Innuendo". "It's a hard life" raczej nie został takim przebojem jak reszta (nie często puszczają go w radiu), rzeczywiście czegoś mu brakuje. Zato potem mój ulubiony kawałek Queenu - "Breakthru". Nie mam słów, żeby go opisać. Potem przejście w ponury nastrój, prawie niesłyszalna gitara Maya, jedynie piękny śpiew Mercury'ego w "Who wants to live forever". Całkowite przejście znów na hard rock w "Headlong". Następnie piękna ballada "The miracle". Potem taki szaleńczy, może psychodeliczny "I'm going slightly mad". Ta muzyka pasuje do tekstu, który jest o człowieku powoli oszaleje. "The invisible man" jest chyba najbardziej nijakim utworem z płyty, nudnawy. "Hammer to fall" jeszcze jeden powrót do hard. I budowane na kształt hymnu "We are the champions" kolejne "Friends will be friends" (u nas znane głównie z reklamy piwa). Potem mamy majstersztyk, muzyczne cudo - "The show must go on". Płytę kończy utwór, który przez początek może być uznawany za satanistyczny (przez tych wszystkich, którzy uznali AC/DC czy Marylina Mansona za satanistów - a w mojej książce od "Religi" to nawet za satanizm dostało się Jaggerowi i - właśnie - Freddy'emu), czyli "One Vision".

Całkiem dobrze przedstawiono dorobek muzyczny lat 80-tych tej grupy. Co prawda brakuje kilku, np. "Is this the world we created" i wielkiego przeboju "These are the days of our lives". Ale ocena mogła być tylko jedna.

Ocena: 10/10


© Sunday <absurt@interia.pl>