*** Pink Floyd - "Wish You Were Here" ***
PINK FLOYD - grupa-legenda. Dla niejednego fana rocka nadal najwspanialszy zespół, jaki kiedykolwiek istniał. Ale o historii PF możecie poczytać w innym tekście...
"Wish You Were Here" została wydana w 1975 roku, pierwszy album po "The Dark Side of the Moon", uznanym za arcydzieło. Oczywiście po zdobyciu sławy Ciemną stroną księżyca fani oczekiwali kolejnego wielkiego hitu. I cóż tu dużo mówić - PF doskonale zaspokoili ich wymagania (choć z wielkim trudem i dopiero po dwóch latach). "Wish You Were Here" jest jednym z ich najbardziej znanych albumów (obok "The Dark Side..." i "The Wall"). Z czystych faktów wspomnę jeszcze, iż za całokształt odpowiada skład: Roger Waters, Nick Mason, David Gilmour i Rick Wright.
By dokładnie zrozumieć przesłanie albumu należy znać choć okrojoną historię grupy. Tak więc trójka z wymienionego składu (bez Dave'a) jeszcze przed powstaniem PF grała razem w nieznanej podówczas kapeli. Zrezygnowani zaprzestali działalności, którą wznowili po czterech miesiącach, w roku '65, gdy doszedł do nich niezwykle pomysłowy Syd Barrett. On to "skleił" skład w jedną całość, wymyślił nazwę zespołu i to jego głos możemy głównie usłyszeć na pierwszym oficjalnym albumie PF. Nadał zespołowi nieco psychodeliczny nastrój, miał wiele szalonych pomysłów, stał się liderem grupy ( i ten jego wokal - podziwiam go przede wszystkim za głos). Niestety nie potrafił sobie poradzić ze światem, który go otaczał. Zagłębił się w narkotykowym nałogu i opuścił grupę. Jak stwierdził później bodajże Waters - bez Syda było im bardzo ciężko, ale nie mogli również pozostać razem. Tak więc po latach, słysząc nowe smutne sekwencje dźwięków gitary Davida (które to powstały w czasie tras koncertowych "The Dark Side..." i stały się następnie utworem "Shine on you crazy diamond") Roger Waters przypomniał sobie o dawnym koledze z grupy i postanowił napisać teksty piosenek do nowego albumu, w całości poświęconemu Syd'owi. Jak sam stwierdził, jest to hołd oddany Barretowi. (choć w innym wywiadzie zdradził, iż, owszem, jest to album _o_ Syd'zie, ale niekoniecznie jest oznaką tylko tego, podobnież Barrett miał stać się jedynie symbolem. Hmm...? I co powinniśmy teraz o ty sądzić?) Wyrażający całą pustkę, jaka po nim pozostała, emanujący tęsknotą za przyjaźnią, ale także pokazujący na tym przykładzie zagubienie człowieka. I cóż z tego wyszło? Kolejne arcydzieło, które w większości możemy zawdzięczać Watersowi.
Na okładce widnieją dwaj mężczyźni podający sobie dłoń. Jeden z nich jest chłonięty przez płomienie ognia. Czyżby miał być to Syd pochłonięty przez nałóg? Słyszałam różne interpretacje, lecz ta wydaje mi się najbardziej prawdopodobna (zwłaszcza, iż w "Shine on you..." pojawia się tekst "Zostałeś pochłonięty przez krzyżowy ogień dzieciństwa i gwiazdorstwa"). Tak w ogóle to Pink Floyd jest zespołem, który nie stroni od aluzji, a te (znając zespół) mogą wyrażać więcej niż nam się wydaje... Także interpretację pozostawiam Wam...W środku znajduje się również zdjęcie polany, po której ktoś przed chwilą przeszedł, pozostała jedynie unosząca się na wietrze chusta... Pozostała pustka...
Całość otwiera pierwsza część "Shine on you crazy diamond". Z początku ciche, powolne dźwięki tak dobrze oddające smutek. Lecz nie desperację, po prostu żal. Spokojna melodia... Tak precyzyjna, doskonałe połączenia nastrojów, przejścia między poszczególnymi sekwencjami. Włączająca się nieco głośniejsza gitara, cisza, ponownie gitara i bębny Nicka. Na pierwsze słowa należy jeszcze poczekać, lecz to nie razi, PF przyzwyczaili nas do "symfonicznego rocka". Cichy głos Watersa, jak gdyby pytanie do Syda "Remember when you were young?", chwila oddechu. Jeśli się dobrze wsłuchacie zauważycie krótki salw szczerego śmiechu, jakby wspomnianego śmiechu z przeszłości. No i dalej cudowny tekst utworu, z powtarzającym się w sekwencjach zdaniem "Shine on you crazy diamond"... Na koniec dopełniający dzieła saksofon gościnnie zaproszonego Dick'a Parry (który to w historii zespołu kilka razy pomagał PF'om).
Kolejnym utworem jest "Welcome to the machine". Dość nowoczesny jak na tamte czasy (jak zwykle nie zabrakło im kreatywności). W tle słychać wiele niezidentyfikowanych bliżej dźwięków brzmiących jak pracująca maszyna. Przejmujący wokal, nie zawierający zbyt pięknych i wyszukanych słów, lecz za prostym tekstem kryje się wspaniała interpretacja. Poza tym ten głos... za każdym razem przechodzą mnie ciarki, gdy słyszę "Welcome...", tak przejmujący do głębi... Wieńczące utwór śmiechy i rozmowy na jakimś przyjęciu. Ludzie zamknięci dla siebie, wykonujący machinalnie różne czynności, jak np. ta rozmowa - tak skomentowali to Pinkowie.
"Have a cigar" - z wokalem gościnnie Roya Harpera, gdyż Waters miał akurat niedysponowane gardło, a Gilmour z jakiegoś powodu nie chciał zaśpiewać tak osobistej piosenki. Osobistej? Tak, opowiadającej o PF, a raczej o presji, jaka była na nich wywierana po sukcesie "The Dark Side...". Swoją drogą Roy zaśpiewał to znakomicie, a jego głos moim zdaniem bardzo pasuje do klimatu zespołu. Jednak ta piosenka (o ile tak można nazywać utwory PF) jest... hmm... raczej nie jest tak rewelacyjna jak reszta albumu... _Jest_ dobra, nawet mi się podoba, ale w brzmieniu nie zawiera się aż taka rewelacja, jak w pozostałej części.
I następuje punkt kulminacyjny całości - "Wish you were here". Delikatne dźwięki gitary i wspaniały wokal. Według mnie najwspanialsza solówka ze wszystkich ich utworów. "Tak bardzo chciałbym, żebyś tu był..." - słowa skierowane do Syda (który to jak na życzenie pojawił się w studiu nagraniowym WYWH. Zbieg okoliczności? Z początku koledzy nie poznali go, przytył i ogolił głowę na łyso. Przyglądał się pracy swoich byłych kompanów, popijając oranżadę trzymaną w papierowej torebce... Po chwili wyszedł ze studia... Dlaczego to zrobił? W końcu "tak bardzo chciałbym, abyś tu był"...), lecz podobno nie tylko... Również do członków zespołu, którzy w czasie nagrań obecni byli jedynie ciałem. Czuli się wypaleni po nagraniu TDSOTM, przez co nie mieli inwencji, by nagrać nowy album. Nie wierząc, że można stworzyć coś lepszego od poprzedniego dzieła, nie chcieli nagrywać nowych utworów. Waters nawet miał zamiar rozwiązać zespół, by ich nowy album nie okazał się klęską i aby PF odeszło w chwale Ciemnej strony księżyca. Na szczęście tak się nie stało, a przez wielu płyta WYWH jest nawet... lepsza od swojej poprzedniczki (pod czym podpisuję się wszystkimi kończynami ^_^). Utwór kończy powiew wiatru (czyżby tego, na którym unosiła się chusta?)...
No i kolej na drugą część "diamentu". Szum wiatru, po którym następuje ciche włączenie się gitary. Ponownie przejmujące dźwięki, które stają się coraz głośniejsze, mocniejsze, śmielsze i po kilku minutach zwolnienie... piękny głos Watersa "Nobody nows where you are...", "... i lśnij!" - sowa wieńczące śpiew. Potem powtarzana sekwencja na gitarze, która ustępuje innym dźwiękom, na koniec jeszcze raz pojawia się saksofon, lekko uciszany, aż następuje całkowita cisza, po albumie pozostaje pustka.
Wspomniałam, że "Wish you..." kończy powiew wiatru, który to rozpoczyna "Shine on you crazy diamond (part II)". Tak naprawdę, to wszystkie utwory przechodzą delikatnie z jednego do drugiego. Dźwięki ściszają się, ale nie giną całkowicie, dlatego najlepsze wrażenie robi słuchanie albumu wg określonej przez Pinków kolejności, gdyż nie zauważamy nawet, kiedy kończy się jedna piosenka, a zaczyna druga. Całość (nawet "Have a cigar", do którego dzięki tej recenzji zaczęłam się przyzwyczajać, a nawet go polubiłam i teraz ciągle go słucham ^_^) tworzy wspaniałą całość, istne arcydzieło.
Jest to mój ulubiony album ukochanego zespołu, dlatego postanowiłam, że to jego recka będzie moim debiutem w Kąciku Muzycznym. Oceny nie wystawię, gdyż dla mnie jest to 10/10, ale są różne gusta. Jednak gorąco polecam płytę nie tylko fanom PF, ale tez innym lubującym się w starym dobrym rocku. Nie jest to płyta szczególnie mocna (tak, PF potrafili ostrzej zagrać!), bardziej sentymentalna, lecz piękna. Zarówno dzięki tekstom, jak i perfekcyjnej grze. Jak dla mnie - najlepszy album, jaki wyszedł spod rąk Pink Floydów.