Dream Theater - "Once In A Live Time"


Przychodzi czasem taka pora, że człowiek chce odpocząć trochę od tych wszystkich deathowych i blackowych wyziewów i pragnie posłuchać czegoś normalnego;-). Tak było i w moim przypadku, chociaż nie wiem, czy nie jestem w tym odosobniony, w końcu black to black, ale taki już jestem - nie mógłbym wytrzymać słuchając jednego tylko rodzaju muzyki. Dzięki mojej kumpeli (pozdrawiam!) poznałem niesamowity zespół - Dream Theater. Grupa pochodzi ze Stanów, jednak w szczegóły biografii i dyskografii nie będę się zagłębiał ponieważ po prostu jej nie znam (narazie). To co prezentują nam nowojorczycy to swoista mieszanka przeróżnych stylów. Mamy tutaj rock, hardrock, trash, klasyczny metal, psychodelię, blues, jazz i wiele innych w skromniejszej postaci. Sami muzycy przyznają, że są pod dużym wpływem takich kapel jak: Queen, Tool, Rush, Metallica, Pink Floyd, Yes, a naprawdę dociekliwi dopatrzą się nawet The Beatles. Tak, tak musicie przyznać, że lista jest naprawdę imponująca. I uwierzcie mi, wszystko to ma swoje odzwierciedlenie w granej przez Dream'ów muzyce.

Przedstawię Wam jeden z najlepszych koncertów jakie kiedykolwiek słyszałem. Po pierwszym przesłuchaniu wpadłem w trans i słuchałem tego albumu na okrągło, mimo, że miałem w tym czasie nowy album Nightwish-"Century Child";-). Ten dwu-płytowy album koncertowy został nagrany w Paryżu. Zawiera ponad dwie i pół godziny wyśmienitej muzyki, na tyle zróżnicowanej i ciekawej, że nie sposób się nudzić słuchając "Once In A Live Time".

To generalnie jedna wielka kompozycja, gdyż utwory zagrane są beż żadnych znaczących przerw. Naprawdę jestem pełen podziwu dla muzyków, a szczególnie ich kondycji;-). Główny trzon zespołu stanowi gitarzysta - John Petrucci. Już samo nazwisko mówi nam, że mamy doczynienia z nieprzeciętnym talentem. Styl jego gry przywodzi na myśl dokonania Satrianiego jak również i Vai'a. Ale styl to może mieć każdy, a dobry gitarzysta powinien umieć zagrać wszsytko. I taki właśnie jest Petrucci - serwuje nam wszystko: od genialnych solówek, poprzez ciekawe partie akustyczne, a na ultra - ciężkich riffach kończąc.

Nie będę opisywał wszystkich 23! kawałków z wiadomego powodu. Ale mogę wymienić moich, że tak powiem faworytów, chociaż i to stanowi dla mnie nie lada problem, zwłaszcza, że jest to genialny koncert. Rozpoczynający "A Change Of Seasons I: The Crimson Sunrise" - świetne instrumentalne intro, podkreślone nastrojowymi klawiszami, no i ten druzgocący riff - coś nieprawdopodobnego. "Puppies On Acid" to trwający 1 min i 20 sekund miażdżący walec, mordercze riffy przeplatają się z psychodelicznymi klawiszami... Również wszystkie cztery utwory trawające grubo ponad 10 minut każdy ("Voices", "Take The Time", "Lines In The Sand" oraz "Trial Of Tears") podkreślają niezwykły kunszt muzyczny amerykanów. Mamy tutaj równiez trzy ciekawe, solowe popisy, kolejno pianisty ("Derek Sherinian Piano Solo" 1:50min), perkusisty ("Mike Portnoy Drum Solo" 7:00min!!!) oraz gitarzysty ("Wiadomo kogo;-) Guitar Solo" 8:00min). To ostatnie to nic innego jak popis niezwykłych umiejętności Petrucci'ego. Ciekawostką natomiast jest wplecenie w końcówkę "Peruvian Skies" gitarowego motywu z ... "Enter Sandman" Metalliki - jednym słowem czad! Po zakończeniu koncertu fani otrzymują uproszony, a raczej wyskandowany utwór "Metropolis". Muzycy pojawiają się i rozpoczynają składający się z trzech utworów ("Metropolis", "Learning To Live", "A Change Of Seasons VII: The Crimson Sunset") set.
Na koniec garstka ciepłych słów w kierunku publiczności, podziękowania, z głośników leje się blusowa muzyczka i w taki oto sposób kończy się ten niesamowity, paryski wstęp.

Album z całą pewnością mogę polecić wszystkim fanom zespołów wymienionych na wstępie. Komu jescze? Myślę, że przypadnie on do gustów wszystkim tym, którzy cenią sobie posmak progresji oraz tym, którym nie przeszkadza łączenie zbliżonych lecz różnych gatunków i stylów.


Ocena: 10/10


© kaReLjotun@terramail.pl† †www.jotun.terramail.pl