Niestety spoznilismy sie na koncert ok. 40 minut i dlatego
ominal nas caly wystep In Flames, a Soulfly widzielismy ostatnie 15 minut.
Wszytko bylo wina korkow po drodze (Tak! O osmej wieczorem!), poza tym
nie moglismy znalezc Hershey Centre, gdzie odbywal sie koncert.
Gdy po dokladnym obszukaniu nas przez panie ochroniarki;)
w koncu weszlismy na plyte, wlasnie zaczynaly rozbrzmiewac dzwieki Sepulturowego
klasyka "Refuse / Resist", potem Soulfly'owy "Fire", przy ktorym
w mlynie az sie zakotlowalo. Nawet ci stojacy dotychczas z tylu rzucili
sie do pogowania . Wizualnie zespol prezentowal sie bardzo dobrze; kazdy
z muzykow znal swoje miejsce na scenie, Max i Mikey moshowali jak
trzeba, Marcello swiecil z daleka lysina, a Roy ze swoim rozowym wszarzem
wygladal jak egzotyczny chwast za garami. W tle wisialy flagi z artworkami
z najnowszej plyty. Duze brawa dla oswietleniowcow i ludzi od efektow specjalnych
- najlepszy wizualnie element koncertu Soulfly mial miejsce, gdy wszyscy
wioslarze zeszli ze sceny, na ktorej zostal sam Roy grajacy solowke na
perkusji. Pirotechnicy puscili wtedy dym chyba spod samego stolka prkusisty:).
Momentami obraz byl tak zamazany, ze wygladalo to tak, jakby gral duch,
a nie facet z krwi i kosci. Osobiscie dodam, ze chociaz nie przepadam za
solowkami na perkusji, to wyczyny Roy'a brzmialy naprawde rewelacyjnie,
tym bardziej, ze za chwile dolaczyla sie cala reszta zespolu, z tym ze chlopaki
zamiast na gitarach grali na wielkich bebnach trzymanych miedzy kolanami.
Brzmialo i wygladalo to naprawde swietnie. Nastepnie Max i spolka powrocili
do swoich wlasciwych instrumentow, by dac ostatni tego dnia wygar w publicznosc
by Soulfly. Ze sceny zaczelo sie bombardowanie dzwiekami "Eye For An Eye",
po ktorym polecial jeszcze kawalek z najnowszego albumu (bodajze "One Nation")
i na tym skonczyl sie wystep drugiego supportu dla gwiazdy wieczoru.
Potem nastapilo baaardzo dlugie (ok.45 minut) oczekiwanie
na najbardziej krwawy zespol na tym koncercie. W tym czasie po scenie
szwendali sie goscie z obslugi, techniczni itp. testujac sprzet i ustawiajac
dekoracje (po zdjeciu flag Soulfly okazalo sie, ze pod spodem jest artwork
Slayera - niby nic wielkiego, obrazek przedstawiajacy wnetrze sredniowiecznej
komnaty z oknem, ale jak sie okazalo pozniej wszystko, czyli artwork,
Marshalle, scena bylo wysprayowane w Slayerowe napisy bezbarwna, swiecaca
w ultrafiolecie farba; dalo to ekstra efekt, gdy ultrafioletowa lampa byla
stopniowo wlaczana, a napis powoli sie pojawial, aby w koncy zalsnic krwista
czerwienia). Kilka razy publicznosc wznosila gromkie okrzyki na powitanie
zespolu, ale Tom i spolka sie nie pojawiali, a swiatla byly caly czas wlaczone.
I wtedy nagle swiatla zaczely po kolei gasnac, a
glosnikow zaczely saczyc sie dzwieki intra, czyli "Darkness Of Christ" na
co publicznosc zawyla radosnie.
Gdy intro dobiegalo konca na scene wyszedl Dave, uklonil sie i zasidl
za garami. Nastepnie Jeff, Kerry i na koncu Tom. Kiedy skonczylo sie intro,
nastapil wybuch, na ktory wsztscy czekali - zadudnila perkusja, zawyly gitary
i przez publicznosc zaczal przetaczac sie betonowy walec "Disciple"
miazdzac wszystkich na swojej drodze. Mowie (a wlasiwie pisze) wam, dla
ludzi w mlynie zatyczki do uszu to po prostu mus. Gdy Tom spiewal wyzej
to mialem wrazenie, ze wydziera sie wprost w mojej glowie, a nie na scenie.
Kazdy instrument bylo slychac perfekcyjnie, jedynie glos Toma moglyby byc
bardziej slyszalny, ale i tak bylo 100% normy. Po pierwszym numerze z "God
Hates Us All" na publicznosc posypal sie grad decybeli w postaci m.in. "Stain
Of Mind", "Death's Head" czy "Seven Faces". W pewnym momencie z sufitu zaczal
zsuwac sie telebim, na ktorym mozna bylo zobaczyc animowane loga, reprodukcje
wszystkich wersji najnowszej okladki, a takze fragmenty starszych i nowszych
teledyskow. Calosc doskonale wspolgrala ze skondensowanym chosem wypruwanym
z glosnikow przez instrumenty morderczej czworki. Dalsza czesc koncertu
byla wypelniona starszymi utworami, z ktorymi nie jestem zbyt dobrze zaznajomiony.
Rozpoznalem tylko te najslynniejsze, jak "Black Magick", "Mandatory Suicide",
"War Ensamble" czy "Raining Blood" - przy tym ostanim w mlyn poszla wiecej
niz polowa hali, naprawde piekna rzecz. Potem juz tylko stalem i patrzylem
jak zespol gra bisy.
Koncert Slayera ani przez chwile nie byl nudny;
widac, ze ci goscie maja za soba dlugie lata scenicznej kariery. Podczas
przerw Tom zagadywal publicznosc (wlasciwie najczesciej mowil "Thank you
very much!"); swoja droga to niesamowite - podczas utworow facet zdziera
sobie gardlo do bolu, ale gdy tylko zaczyna normalnie mowic, nawet ze sceny,
od razu widac, ze to cholenie mily gosc, ze nie ma w sobie nic z nadetego
gwiazdora. Gdy grali, zachowywali sie jak przystalo na zespol z ich doswiadczeniem
(dwoch gitarzystow po jednaj stronie sceny, wycwiczony ruch sceniczny, co
jednak nie wygladalo ani troche smiesznie, a to sie niektorym zespolom zdarza),
oswietlenie, efekty - wsztstko na na najwyzszym poziomie. Niestety po koncercie
nie bylo nam dane porozmawiac z muzykami ze Slayera (widzielismy tylko ich
autokar), ale zamienilismy slowko z Roy'em Mayorga z Soulfly'a i pogawedzilismy
dluzej z basista In Flames - Peterm Iwersem (chyba), a mnie osobiscie udalo
sie skubnac tym dwom autografy:
Ogolne wrazenie bardzo pozytywne; warto bylo wydac
te ok. 50 $ kanadyjskich (czyli ok. 150 pln!!!), zarowno Slayer jak i Soulfly
to klasa sama dla siebie (co do In Flames niestety nie mialem okazji sie
przekonac); jesli kochasz metal, nigdy przedtem nie widziales Slayera i
zastanawiasz sie czy isc, odpowiedz jest jedna - isc i sie k****sko dobrze
bawic!
Dla polskich maniakow metalu chwilowo przebywajacy
w stolicy kraju klonowego liscia pisal:
MetalliX (metallix999@poczta.onet.pl)