SLAYER / SOULFY / IN FLAMES
05 IX 2002
HERSHEY CENTRE / TORONTO / CANADA


(cholernie drogi) bilet na Slayera    Niestety spoznilismy sie na koncert ok. 40 minut i dlatego ominal nas caly wystep In Flames, a Soulfly widzielismy ostatnie 15 minut. Wszytko bylo wina korkow po drodze (Tak! O osmej wieczorem!), poza tym nie moglismy znalezc Hershey Centre, gdzie odbywal sie koncert.
    Gdy po dokladnym obszukaniu nas przez panie ochroniarki;) w koncu weszlismy na plyte, wlasnie zaczynaly rozbrzmiewac dzwieki Sepulturowego klasyka "Refuse / Resist", potem Soulfly'owy "Fire",  przy ktorym w mlynie az sie zakotlowalo. Nawet ci stojacy dotychczas z tylu rzucili sie do pogowania . Wizualnie zespol prezentowal sie bardzo dobrze; kazdy z muzykow znal swoje miejsce na scenie, Max i  Mikey moshowali jak trzeba, Marcello swiecil z daleka lysina, a Roy ze swoim rozowym wszarzem wygladal jak egzotyczny chwast za garami. W tle wisialy flagi z artworkami z najnowszej plyty. Duze brawa dla oswietleniowcow i ludzi od efektow specjalnych - najlepszy wizualnie element koncertu Soulfly mial miejsce, gdy wszyscy wioslarze zeszli ze sceny, na ktorej zostal sam Roy grajacy solowke na perkusji. Pirotechnicy puscili wtedy dym chyba spod samego stolka prkusisty:). Momentami obraz byl tak zamazany, ze wygladalo to tak, jakby gral duch, a nie facet z krwi i kosci. Osobiscie dodam, ze chociaz nie przepadam za solowkami na perkusji, to wyczyny Roy'a brzmialy naprawde rewelacyjnie, tym bardziej, ze za chwile dolaczyla sie cala reszta zespolu, z tym ze chlopaki zamiast na gitarach grali na wielkich bebnach trzymanych miedzy kolanami. Brzmialo i wygladalo to naprawde swietnie. Nastepnie Max i spolka powrocili do swoich wlasciwych instrumentow, by dac ostatni tego dnia wygar w publicznosc by Soulfly. Ze sceny zaczelo sie bombardowanie dzwiekami "Eye For An Eye", po ktorym polecial jeszcze kawalek z najnowszego albumu (bodajze "One Nation") i na tym skonczyl sie wystep drugiego supportu dla gwiazdy wieczoru.
    Potem nastapilo baaardzo dlugie (ok.45 minut) oczekiwanie na najbardziej krwawy zespol na tym koncercie. W tym czasie po scenie szwendali sie goscie z obslugi, techniczni itp. testujac sprzet i ustawiajac dekoracje (po zdjeciu flag Soulfly okazalo sie, ze pod spodem jest artwork Slayera - niby nic wielkiego, obrazek przedstawiajacy wnetrze sredniowiecznej komnaty z oknem, ale jak sie okazalo pozniej wszystko, czyli artwork, Marshalle, scena bylo wysprayowane w Slayerowe napisy bezbarwna, swiecaca w ultrafiolecie farba; dalo to ekstra efekt, gdy ultrafioletowa lampa byla stopniowo wlaczana, a napis powoli sie pojawial, aby w koncy zalsnic krwista czerwienia). Kilka razy publicznosc wznosila gromkie okrzyki na powitanie zespolu, ale Tom i spolka sie nie pojawiali, a swiatla byly caly czas wlaczone.
    I wtedy nagle swiatla zaczely po kolei gasnac, a glosnikow zaczely saczyc sie dzwieki intra, czyli "Darkness Of Christ" na co publicznosc zawyla radosnie.
Gdy intro dobiegalo konca na scene wyszedl Dave, uklonil sie i zasidl za garami. Nastepnie Jeff, Kerry i na koncu Tom. Kiedy skonczylo sie intro, nastapil wybuch, na ktory wsztscy czekali - zadudnila perkusja, zawyly gitary i  przez publicznosc zaczal przetaczac sie betonowy walec "Disciple" miazdzac wszystkich na swojej drodze. Mowie (a wlasiwie pisze) wam, dla ludzi w mlynie zatyczki do uszu to po prostu mus. Gdy Tom spiewal wyzej to mialem wrazenie, ze wydziera sie wprost w mojej glowie, a nie na scenie. Kazdy instrument bylo slychac perfekcyjnie, jedynie glos Toma moglyby byc bardziej slyszalny, ale i tak bylo 100% normy. Po pierwszym numerze z "God Hates Us All" na publicznosc posypal sie grad decybeli w postaci m.in. "Stain Of Mind", "Death's Head" czy "Seven Faces". W pewnym momencie z sufitu zaczal zsuwac sie telebim, na ktorym mozna bylo zobaczyc animowane loga, reprodukcje wszystkich wersji najnowszej okladki, a takze fragmenty starszych i nowszych teledyskow. Calosc doskonale wspolgrala ze skondensowanym chosem wypruwanym z glosnikow przez instrumenty morderczej czworki. Dalsza czesc koncertu byla wypelniona starszymi utworami, z ktorymi nie jestem zbyt dobrze zaznajomiony. Rozpoznalem tylko te najslynniejsze, jak "Black Magick", "Mandatory Suicide", "War Ensamble" czy "Raining Blood" - przy tym ostanim w mlyn poszla wiecej niz polowa hali, naprawde piekna rzecz. Potem juz tylko stalem i patrzylem jak zespol gra bisy.
    Koncert Slayera ani przez chwile nie byl nudny; widac, ze ci goscie maja za soba dlugie lata scenicznej kariery. Podczas przerw Tom zagadywal publicznosc (wlasciwie najczesciej mowil "Thank you very much!"); swoja droga to niesamowite - podczas utworow facet zdziera sobie gardlo do bolu, ale gdy tylko zaczyna normalnie mowic, nawet ze sceny, od razu widac, ze to cholenie mily gosc, ze nie ma w sobie nic z nadetego gwiazdora. Gdy grali, zachowywali sie jak przystalo na zespol z ich doswiadczeniem (dwoch gitarzystow po jednaj stronie sceny, wycwiczony ruch sceniczny, co jednak nie wygladalo ani troche smiesznie, a to sie niektorym zespolom zdarza), oswietlenie, efekty - wsztstko na na najwyzszym poziomie. Niestety po koncercie nie bylo nam dane porozmawiac z muzykami ze Slayera (widzielismy tylko ich autokar), ale zamienilismy slowko z Roy'em Mayorga z Soulfly'a i pogawedzilismy dluzej z basista In Flames - Peterm Iwersem (chyba), a mnie osobiscie udalo sie skubnac tym dwom autografy:

autograf Roya
autograf Petera

    Ogolne wrazenie bardzo pozytywne; warto bylo wydac te ok. 50 $ kanadyjskich (czyli ok. 150 pln!!!), zarowno Slayer jak i Soulfly to klasa sama dla siebie (co do In Flames niestety nie mialem okazji sie przekonac); jesli kochasz metal, nigdy przedtem nie widziales Slayera i zastanawiasz sie czy isc, odpowiedz jest jedna - isc i sie k****sko dobrze bawic!
    Dla polskich maniakow metalu chwilowo przebywajacy w stolicy kraju klonowego liscia pisal:
MetalliX (metallix999@poczta.onet.pl)