|
LUIGI PIRANDELLO - SZEŚĆ POSTACI W POSZUKIWANIU AUTORA |
|
"Idziemy do teatru" - zdanie to, usłyszane od swego rodziciela pod własnym adresem większość nastolatków przyprawiłoby z pewnością o napady drgawek, palpitacje komór, a także (a zapewne przede wszystkim) o myśli samobójcze. Po chwili przed oczami skazańca jęła by się pojawiać następująca wizja: na scenie szlachcic w płaszczyku, w ręku czaszka jakaś, a on przemawia, przemawia... ach żeby mu cholera język skołowaciał! Co jednak myśląc o teatrze widzi człowiek o IQ wyższym od doniczki z pelargonią? Ja (jako, że wymogowi temu sprostać nie zdołam (ale pelargonia, to cholernie inteligentne bydle jest - wszystkie recenzje za mnie pisze) oczywiście odpowiedzieć na to pytanie nie zdołam - ale przybytek ten znam z licznych opowiadań (jak ktoś mówi wolno to zrozumieć zdołam). Otóż, drodzy państwo w teatrze znajdziemy oprócz sceny także i kurtynę, która zwykła na zakończenie przedstawienia opadać, ku dużej radości małej grupy widzów. Wcześniej jednak podnosi się, co jest oznaką rozpoczęcia sztuki (cóż za mądrości tu prawię! ;). Wówczas widzowie zwykli wygodnie rozsiadać się w swych miejscach i rozkoszować się sztuką, ewentualnie zwyczajnie zasypiać. Uwagę tych pierwszych przyciągali aktorzy, w ideale utalentowani i oddani sztuce. Jeśliby jednak byli oddani zanadto (o nadmiarze talentu póki co nie słyszano) to mogłaby się zatrzeć granica między fikcją a rzeczywistością. Podobnie zresztą sytuacja ma się z Tolkienem: na lekcji historii mieliśmy raz okazję wykazać się znajomością polskiej herbiologii - ja zaś z początku (potem mi otrzeźwienie przyszło) miast zwyczajnie opisać Pogoń, czy jakieś inne Kółko z Krzyżykiem zająłem się - święcie przekonany o rzeczywistości opisywanych przeze mnie faktów - Białym Koniem Rohanu. Po czym stwierdziłem, że czas najwyższy zarezerwować bilet do Tworek. Chce ktoś pocztówkę? :). Wśród aktorów na szczęście podobne odchyły zdarzają rzadko. U Pirandello sytuacja wygląda jednak całkiem inaczej: to nie aktorzy grają postacie, to postacie grają autorów. Enigmatyczne? No to wyjaśniam: w nieznanych jak dotąd okolicznościach fantazja nieznanego potomności autora ożywia swych bohaterów. Autor jednak wkrótce wyciąga kopyta, a postacie pozostawione są same sobie. To znacznie pogarsza ich sytuację - muszą bowiem sami zatroszczyć się, by ktoś raczył wystawić ich na scenie. I z tym silnym postanowieniem wstępują w gościnne próby teatru. O tym, czy reżyser wzruszy się smutnym losem bohaterów, czy też wyśle ich do wszystkich diabłów musicie przekonać się już sami. Sztuka zła w sumie nie jest, do nerwicy mogą jedynie doprowadzać stronnicowe monologi postaci z żyłką filozoficzną, tych jednak, ku chwale Jedynego, więcej niż kilku nie uświadczysz. Zaletą jest niewątpliwie zakończenie - pomysłowe i zupełnie niespodziewane, oraz diabelnie skomplikowane (psychologicznie) postacie. Choć nie jest to łatwa rozrywka, tym niemniej od czasu do czasu warto się chyba trochę pomęczyć, coby umysł od nadmiaru telenowel się całkiem nie zlasował. A propos telenowel... kończę, bo mi się "Moda na sukces" zaczyna. UnionJackPS. Jakiekolwiek insynuacje autora powyższej recenzji jakobym miała choćby najmniejszy udział w powstawaniu tego wątpliwej jakości dzieła uważam za w najwyższym stopniu odrażające. Oświadczam, iż nie mam najmniejszej styczności z wspomnianym imbecylem. Czego i Państwu życzę.. Pelargonia
|
|