Rob MacGregor - "Indiana Jones i delficka pułapka"


Woda - symbol życia, najważniejszy element istnienia, niezastąpione źródło energii dla całej fauny i flory. W skrócie - H2O, które dzięki dzisiejszej technice możemy pozyskać przekręcając kurek w lewo. Należy jednak odnotować, iż mimo, że wielce dogodny, dostęp do wody ma też swe wady. Jedną z nich jest niewątpliwie zastosowanie w nim systemu "power pearls", który można zaobserwować w szklance pełnej "kranówy". Takie śliczne, szare kuleczki chloru, które stają w gardle, jeśli spróbować przełknąć nieprzegotowaną ciecz proponowaną przez wodociągi miejskie. To nie to samo, co czyste strumienie szemrzące gdzieś w naszych pięknych górach... gdzie woda leje się... i leje... i leje...

Kilka miesięcy temu, dzięki wrodzonemu instynktowi wiewiórki i spostrzegawczości jeża, zaobserwowałem, że wodę można także produkować fabrycznie. A tak, drogie dziatki, setki litrów zalegają bezczynnie, podczas gdy o suszy głośno... Jeśli ktoś chce się skąpać po uszy w orzeźwiającym, syntetycznym płynie, może sięgnąć po jeden z jego zbiorników. Te, dość niecodzienne, kanistry są oznakowane logiem wydawnictwa Amber, i zostały wydane pod szyldem serii "Indiana Jones". Tak, to książki! A jednak - rozwodnione, przy których trzeba uważać, żeby się nie utopić.

Dr Henry Jones jest bohaterem wspaniałej trylogii filmów Stevena Spielberga. Wszystkie trzy obrazy odniosły niewyobrażalny sukces komercyjny, więc szybko powstały komiksy z Indym, figurki Indy'ego, gry o Indym, a sfery literackie także nie uniknęły ataku nań przypuszczonego. A trzeba Wam wiedzieć, iż był to atak iście zmasowany. Dziesiątki powiastek wytworzonych w umysłach mało znanych pisarzyn oprawiono w całkiem ładne okładki i rozrzucono po księgarnianych półkach. Jako, że miałem okazję przeczytać kilka odcinków tasiemca, mogę teraz opisać wrażenia z tego wynikłe.

Nie wiem, czy ktoś z czytelników ma pojęcie jakie uczucia targają osobą zdającą prawo jazdy na polskich drogach. {Nawet mi nie przypominaj... - PP} Jeśli nie, to powiem, że w sejmie rozważano projekt ustawy, według której kierowca zaliczający plac manewrowy miał również po wykonaniu zadania dostać licencję rajdowca (imć Szkot MacRae również ciekawe rzeczy opowiadał o stanie polskich jezdni, a i zajechał na nasze ziemie aby poćwiczyć jazdę w warunkach ekstremalnych) . Jak widać - lekkiego, bezstresowego życia kandydaci na kierowców nie mają. Ja byłem w podobnej sytuacji - bo jak się nie denerwować, kiedy wiąże się z książką duże nadzieje, ma się przed oczami obraz godnego zaadaptowania lubianego filmu na powieść, ale z góry wiadomo, że efekt finalny będzie kiepski? Cóż, stało się, co się stać miało - mimo modłów do Manitu o łaskawość, ten zesłał na mnie straszliwe męki w postaci "wspaniałości", jakie sobą reprezentował "Indiana Jones i kamień filozoficzny". Katorga, lumbago, bóle różnorakie i rozwolnienie - oto odczucia towarzyszące kolejnym stronom powieści. Chyba po tym wszystkim nikt nie będzie miał mi za złe, że lekturę skończyłem jeszcze przed połową? Z góry dziękuję za wyrozumiałość...

Dziwnie się złożyło, że w bibliotece, z usług której korzystam, dostępnych jest większość przygód doktora Jonesa. A ja, nieszczęsny, wypożyczałem wszystkie po kolei... I tek leciały "Indy Jones i pusta ziemia", "Indy Jones i dziedzictwo jednorożca", "Indy Jones i...." etc. Aż tu w pewnym momencie, znienacka, nagle, niespodziewanie i z zaskoczenia wyskoczyła na mnie powieść zatytułowana "Indiana Jones i delficka pułapka". Pochwyciłem ją, mimo iż była to kolejna część "mojej ulubionej" sagi. Autorem tym razem był Rob MacGregor. I tutaj nie wiem, czy wskutek kontaktów z "Delfickiej pułapki" poprzedniczkami i, co za tym idzie, utraty resztek gustu, czy też z innego powodu, macgregorowe dzieło... zwyczajnie mi się spodobało! Tak, to dobra książka, a czasu z nią spędzonego nie uważam za zmarnowany. Akcja rozwija się w miarę szybko, fabuła jest intrygująca, a wszystko zostało opisane na tyle sprawnie, że nie trzeba się zastanawiać nad wyglądem lokacji, w której bohater aktualnie się znajduje - to po prostu widać. Lokacje opisano wręcz modelowo, choć bez pietyzmu charakterystycznego dla Sienkiewicz czy Tolkiena. Jednak mnie to nie przeszkadza - dzięki temu nie trzeba podkładać pod powieki zapałek, chcąc przebrnąć przez spektakularny opis drzewa czy domu.

Podsumowując, seria "Indianów" nie jest wyjątkiem wśród innych sag (no, może oprócz "Sagi o Ludziach Lodu"). Znaczy to, że wśród dziesiątek mniej lub bardziej, ale zawsze nieudanych powieści, znajdziemy jakiś rodzynek, który był niewidoczny z daleka. Tak było i w siedemdziesięcioodcinkowym "Conanie", w kiepściutkim "Archiwum X" czy równie słabych "Gwiezdnych Wojnach". A na dodatek zauważyłem jeszcze jedną rzecz: te wszystkie powieścidła są inspirowane filmami (może oprócz "Conana"). Czyżby brak twórczej inwencji?

military

tytuł: Indiana Jones i delficka pułapka
autor: Rob MacGregor
wydawnictwo: Amber, 1999
cena: 19,80