|
Biblioteka |
|
Ostatnimi czasy popularne stały się wszelakiego rodzaju pokemony, harypotery, britnejspirsy i inne wytwory odmóżdżającego przemysłu amerykańsko-komercyjnego. Nie będzie więc dziwnym, że naszła mnie chęć na odizolowanie się od tego podatnego na sugestię społeczeństwa, w którym pewna dawka chwytnych tekstów może decydować o ubiorze większości nastolatków następnego dnia po ich nadaniu. Wybrałem się więc do biblioteki z zamiarem zapożyczenia jakiegoś ciekawego, acz spokojnego i relaksującego zbioru niewielkich znaków, który można umownie nazwać książką. Podszedłem więc do regału, który wręcz uginał się pod ciężarem kartek, karteluszek i karteczek złączonych okładkami w chlubnym dziele czynienia oświaty i rozrywki. Powziąłem pewien zamiar, a dokładnie taki: dziś inteligentna lektura! Przejechałem wzrokiem każdą z półek. Czegóż tam nie było! Topor, Kafka, Conrad - żeby przytoczyć tych najznamienitszych. Mimo wszystko mój wzrok powędrował dalej, aż w końcu zatrzymał się na niepozornie wyglądającej książeczce. Dlaczego niepozornie? A czy kilkadziesiąt kartek ledwo trzymających się kupy, oprawionych w wyblakłą, pomiętą okładkę może lśnić w towarzystwie... innych pobrudzonych, wymazanych niezidentyfikowaną substancją "obiektów" (które kiedyś, dawno można było nazwać "książkami")? Nie, po prostu brzydota wtapia się w tłum. To jest problem, który chciałem poruszyć. Jeszcze sto lat temu, przed erą telewizji, te papierowe cegiełki stanowiły jakąś wartość. Były szanowane, dbano o ich wygląd. Książki stały się również bronią - np. podczas drugiej wojny. Ich wymowa podrywała ludzi do walki, sprawiała że duch ojczyzny zagnieżdżał się w ich sercach. A co widzimy dziś? Potargane, popisane, stare, brzydkie, zaniedbane skrawki zamordowanych drzew. Nie mam tego za złe bibliotekom; wiadomo, jaka jest sytuacja finansowa i że nowych wydań lubianych pozycji nikt nie zakupi. Jednak te, które już są na stanie, można by traktować tak, aby jeszcze ktoś po nas mógł do nich zajrzeć. Te słowa kieruję do osób, które po książkach bazgrzą, wyrywają strony czy robią z nimi inne głupie rzeczy, które może by i przeszły w przypadku biografii Britney Spears, ale w przypadku czegoś na wyższym poziomie zwyczajnie irytują. Nie zdarzyło się wam, drodzy czytelnicy, sytuacja taka, że czytacie, pasjonują was losy bohaterów... a tu buch! Brak kilku stron. W takich momentach hemoglobina zalewa mnie całego, a po mózgu kołaczą się myśli ludobójcze. Czyli: niezbyt to miłe. Równie denerwujące potrafią być komentarze, którymi Szanowni Wszystkowiedzący Krytycy uzupełniają, według nich najwyraźniej niedokończoną, powieść. Bywało, że w miejscu opisu jakiegoś zdarzenia widniał napis "a to gupia c***, ta baba, ja bym ją już zabił", albo jakiś fragment został zamazany korektorem, a na tym napisano "to było nudne :)". Baaardzo śmieszne. Tak w ogóle to kto używa emotikonek w ręcznym piśmie?!?! Można wywnioskować, że albo książka traci na jakości, więc dopuszczalne są takie zagrania, lub że ludzie wciąż głupieją. Przychylam się do drugiego stwierdzenia. Ale po co szanować coś takiego, jak "ksiunżka", kiedy miast czytać obszerne epopeje w celu wzbudzenia ducha walki w przypadku najazdu, można odebrać maila od "panprezydent@polska.pl.cocacola", w którym będzie pisało, że byłoby cool, jakby ktoś wyraził siebie poprzez udział w walkach narodowowyzwoleńczych (popijając przy tym Spryte, oczywiście). Armageddon! Apokalipsa! Sodoma i Gomora! Ludzie tracą resztki rozumu! Britney na prezydenta wszechświata i kosmosu i oceanów! Amen. military
|
|