Dobro i Zło
czyli rozprawka filozoficzna :-)




Żeby nie wiem jak się człowiek starał, i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto zmiesza efekty jego pracy z błotem. W końcu sztuka to żadna, każdy głupi może nabluzgać. Gdyby jednak tylko głupi nie zgadzali się z moimi tekstami, to wcale a wcale bym się nie przejmował. Z oczywistych powodów. Sęk w tym, że trafiają się ludzie całkiem, zdawałoby się, inteligentni, którzy krytykują poglądy, przeze mnie uważane za słuszne. Niektórzy tłumaczą sobie to w ten sposób, że różni ludzie to różne punkty widzenia, i jest to prawda. Ale są sprawy, na które każdy mądry człowiek powinien mieć takie samo zdanie. Jeśli zaś tak nie jest, to znaczy, że niektórzy ludzie, chociaż są mądrzy, tkwią w błędzie. Ot, natura ludzka.

Wszystko, czego zazwyczaj potrzeba w takich przypadkach, to odrobina filozofii. Zdefiniowania podstawowych pojęć dobra i zła. Oczywiście, w formie na tyle przystępnej dla normalnego człowieka, aby nie miała właściwości usypiających :-). Postaram się to właśnie uczynić, żeby moje teksty nie budziły zbyt wielkich kontrowersji :-). No dobra, może nie będę odwalał tutaj definicji, co to jest zło, a co dobro. Nawet nie jestem pewien, czy to w ogóle możliwe, jakoś do tej pory nikt tego nie zrobił w sposób zadowalający :-). Ale coś niecoś w tym kierunku da się chyba zrobić :-).

Czym jest zło i jaka jest jego rola w życiu? Nie odkryję Ameryki mówiąc, że jest to nieodłączny element naszego życia. Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie bez zła? Jaki byłby jego sens? Jeśli zaś ze złem stykamy się na codzień, to musimy je w jakimś stopniu zaakceptować. Nie całkowicie, bo walka ze złem to właściwie sens naszego życia. Ale częściowo tak, ponieważ zupełnie uciec od niego nie sposób.

Do czego zmierzam taką ściemą :-)? Otóż zauważyłem pewne interesujące i dziwne zjawisko, będące cechą bardzo charakterystyczną dla naszych czasów. Polega ono na tym, że ludzie, mając do wyboru mniejsze i większe zło, tak bardzo są przerażeni perspektywą przyjęcia zła w ogóle, że w końcu wybierają to większe zło. Brzmi irracjonalnie? I bardzo dobrze, bo takie to właśnie jest - sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Ponieważ nie cierpię poruszania się wyłącznie w sferze teorii, podam szereg przykładów. Napisałem niedawno tekst o aborcji, w którym stwierdzam wprawdzie, że przerywanie ciąży jest złe, ale w pewnych przypadkach - raczej konieczne. Przywołajmy po raz któryśtam przypadek zgwałconej kobiety - jest niechciane dziecko, więc pojawia się drobny problem. Ogromne rzesze Samozwańczych Obrońców Praw Człowieka od razu zakrzykną, że mordować nie wolno. No i nie ma co kryć, że mają dużo racji: ja wcale nie chcę bowiem nikogo mordować, a i sama kobieta, która ma być poddana zabiegowi, na pewno nie jest tym faktem zachwycona. Ale co będzie, jeśli z owego zabiegu zrezygnujemy? I jakie nasi Obrońcy proponują rozwiązanie? Ha, super - oddajmy dziecko do sierocińca! Może i nie będzie kochane, ale chociaż będzie żyło! I fajnie jest. Czy ci ludzie zdają sobie sprawę, co wygadują? Ciekawe, jakie spojrzenie na sprawę by mieli, gdyby sami zostali porzuceni przez swoich rodziców. Tymczasem możnaby rozwiązać problem nieco prościej, pozbywając się dziecka w porę. Może i brzmi brutalnie, ale w sumie wychodzi na to, że jest to znacznie mniej bolesne rozwiązanie. Samo dziecko nawet się o fakcie nie dowie, a i jego matka odczuje natychmiast ulgę, nie będzie musiała do końca życia gryźć się tym, że odrzuciła własne dziecko. Tymczasem Obrońcy próbują za wszelką cenę "zrobić dobrze", nic nie obchodzi ich fakt, że ktoś będzie na tym cierpiał - ważne, żeby "nie mordować".

Przykład numer dwa. Powiedzmy, że istnieje 100% pewności, że dziecko urodzi się z jakąś poważną wadą. Uniemożliwiającą normalne życie albo i życie w ogóle. Nie jestem może zwolennikiem metod starożytnych Spartan, którzy połowę noworodków zrzucali od razu ze skały, ale w imię czego mielibyśmy zaludniać świat kalekami? Pomyślcie tylko, ile takie chore dziecko musi się nacierpieć, a przecież cierpi nie tylko ono, ale i jego rodzice, którzy muszą mu poświęcić wielokrotnie więcej czasu i energii. Nie mówiąc już o środkach, bo jak wiadomo, leczenie takiego chorego dziecka kosztuje nieraz prawdziwy majątek, często nie gwarantując poprawy. Można temu zaradzić, sprawić, by nie cierpiał nikt - ale zaraz okrzykną to morderstwem!

Przykład trzeci. Kara śmierci. Wypowiedziałem się już na temat wyczerpująco, jak sądzę, ale nie omieszkam tego powtórzyć. Tutaj również są dwie możliwości. Pierwsza: skończyć sprawę szybko i skutecznie. Bach, nie ma przestępcy. Można też postąpić "humanitarnie". Próbować za wszelką cenę uczynić z bandyty dobrego człowieka. Naiwnie sądzić, że ów bandyta nie ma wcale w dupie wszelkich tam resocjalizacji i pragnie tylko powrotu do normalnego życia. Można trzymać go w więzieniu - za pieniądze uczciwych podatników - czekając na to, aż się nawróci. A ten tymczasem ucieknie, albo go po prostu wypuszczą, prawie na pewno wróci na przestępczą drogę, zamorduje parę osób. A przy okazji pokaże drogę swoim następcom. No bo ci zobaczą, że przestępców się w tym kraju nie karze, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby łamać prawo. I to jest właśnie to, co nasi Obrońcy Życia nazywają lepszym wyjściem.

Mówiąc krótko: czasami nie ma idealnego rozwiązania. Jest tylko złe i bardzo złe. Wydawać by się mogło, że człowiek mądry potrafi dokonać najkorzystnejszego wyboru. Przewidzieć skutki swej decyzji i na tej podstawie wybrać drogę mniejszej straty. Akurat. Okazuje się, że całkiem inteligentni z pozoru ludzie dają się omamić gadaniem rodem z Radia Maryja. Zamiast użyć swojego najważniejszego organu (Wiecie, który organ mam na myśli, prawda? Nie, nie ten! :-)), przyjmują bezkrytycznie opinię innych. Nawet jeśli kłóci się ona z logiką. Zachęcam więc do samodzielnego myślenia. To naprawdę daje wyśmienite efekty. I nawet nie bardzo boli.




Holernie Hrupiący Heretyk :-)
pewien.gosc@wp.pl