Moja ostateczna rozgrywka z miłością-
By LewKon :)
Witam wszystkich tawariszczów :). W sumie ten tekst, który powstaje właśnie w tej chwili zrodził się w mojej głowie błyskawicznie.
To było jak impuls. Jak uderzenie pioruna. Ja, zdeklarowany cyniczny niedowiarek, materialista, który oddawał cześć pieniądzom :)
(w sumie zmiana we mnie jest niewielka....ale zawsze coś....). Otóż Lewacki Konserwatysta składa przed Wami publiczną samokrytykę,
sypie swój łeb popiołem przed szanownym gremium Czytelników AM :)))))). Otóż moje poglądy uległy małej, istotnej zmianie. Jakże
niewielkiej, lecz bardzo istotniej. Miłość - proszę państwa... :))). I to ta od pierwszego wejrzenia. Nie wiem teraz na pewno, czy jest czy jej
jednak nie ma. Mój tok rozumowania jest bardzo chaotyczny. Otóż jeśli przeczytaliście któryś z mych poprzednich artów o
damsko-męskich układach :), dziewczyny bezlitośnie podzieliłem na dwie grupy. Ta ogromna, która leci na kasę i mała liczba wyjątków,
potwierdzających regułę. Jak stwierdziłem, dla szukania tych wyjątków warto poświęcić dużo czasu. Albo i nie. Czekać na
przysłowiowe szczęście i zaufać losowi. Jak uczyniłem :) Ale do rzeczy Mości Państwo.
Gdy zacząłem pracować w tygodniku jakiś czas temu ONA od razu przyciągnęła moje spojrzenie. Pracowała tam już rok,
ja zaczynałem. Jest piękna, ma ogromne,wyraziste spojrzenie. Aż mnie ciarki przechodziły gdy patrzyliśmy na siebie.... jest cholernie
inteligentna i utalentowana. Starsza ode mnie o rok. Studiujemy na tej samej uczelni. Świetnie pisze, bardzo mi się podobają Jej artykuły.
Nie mogłem wprost oderwac od niej swego spojrzenia. Ona roztoczyła nade mną swoistą opiekę, wtajemniczała mnie w
arkana zawodu. Korygowała błędy, zawsze mogłem się Jej poradzić i zaufać. Myślę, że to jest (było??) uczucie. Z mojej strony oczywiście.
Zakochałem się. Tak mi się wydaje, chociaż nie jestem zbyt dobry ani w wyznawaniu ani w stwierdzaniu stanu
uczuciowego. Od dawna chciałem się z Nią spotkać, umówić, porozmawiać i zbliżyć się do Niej. Poradziłem się mojego przyjaciela co
robić. Pewnie długo bym nic nie uczynił, gdyby nie przypadek. Opowiem po kolei. W ten piątek pojawiłem się w redakcji około 11.00.
Mam różny czas pracy po prostu :). Rzuciłem teczkę na fotel i wszedłem do pokoju, gdzie powstaje tygodnik. Ona już tam była. Pisała
maila do swej koleżanki i miała problem z jego wysłaniem. Gdy Jej pomogłem w jego rozwiązaniu, odwdzięczyła mi się swym pięknym
uśmiechem i wyszła zrobić sobie herbatki. To był impuls - jak pieprzone porażenie prądem. Jak potrącenie autem. NIGDY wcześniej tak
się nie czułem. Pospiesznie wyszedłem zapalić przed budynek. Gdy wróciłem do budynku jeszcze nie wróciła. Siadłem w fotelu i
przeglądałem prasę. Kątem oka zerknąłem na monitor. Ten mail do jej koleżanki tam był. Gdy wróciła poprosiła mnie o wysłanie, bo jej
się nie udało. Zanim to zrobiłem, przez przypadek zobaczyłem jego końcowy fragment. Cytuję: “moje życie to kompletna uczuciowa
pustynia”. Koniec cytatu. Ciekawe prawda? Gdy to ujrzałem pomyślałem “stary to twoja pieprzona szansa. Zrób ten cholerny pierwszy
krok. Zadziałaj k***a, bo potem znów będziesz sobie pluł w brodę!!!”. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Zaproponowałem jej spotkanie
i kawę. No i znów zadziałało prawo Murphy'ego i dostałem po dupie ;( Ona stwierdziła: “Wiesz, nie mogę teraz z nikim się spotykać.
Muszę być sama, bo wiele przeżyłam i... nie mogę." Czy wyszedłem na idiotę? Sam nie wiem. CO robić? Poddać się? Zrezygnować z tej
wyjątkowej dziewczyny i szukać dalej? Nie mogę! Nie umiem i nie chcę! Dać jej czas na zastanowienie i zmianę decyzji? Mam taką
sytuację jak ona i dość swojej samotności. Moje życie osobiste w tej chwili nie istnieje. Chciałem zmienić tą sytuację. Myślałem, że mi
się uda. Walczę ze sobą, nie wiem co mam dalej robić. Bardzo bym chciał namówić Ją na spotkanie i następne. Co zrobić?
1. Namówić Ją na spotkanie, delikatnie i szczerze z Nią porozmawiać, stwierdzić co Ją gryzie i dlaczego cierpi. Ale jak?
2.Przestac zawracać sobie Nią głowę i zapomnieć o Niej. Nie chce się tylko ze mną spotkać, czy wcale w tym czasie nie chce
przebywać z nikim????
Druga możliwość jest dla mnie okropna. Ale wszystko zależy od dalszego rozwoju sytuacji. Gdy czytacie [mam nadzieję Qniu :)] ten art,
minęło około 2 miesiące od tego wydarzenia. Zapewne wiele się zmieniło. Albo i nie. Albo jestem szczęśliwy, albo cierpię, albo już
po mnie... Nie poddam się, nie zostawię Jej, bo mi na niej naprawdę zależy. Ale co Ona na to?? Czas pokaże czy będę szcześliwy z Nią,
czy “uczuciowa pustynia” zatryumfuje... A wy co mi poradzicie? Czekam na opinie i pozdrawiam.
Zwierzał się Wam Amagowcy
LEWACKI KONSERWATYSTA (polpot@poczta.onet.pl)
Psów tym razem nie będzie. Nie mam do nich głowy, bo temat zbyt osobisty i poważny.....