Z cyklu "Trudy życia"

Lekarz Medycyny

Czy zastanawialiście się kiedyś nad trudami życia lekarza? Przyznam się bez bicia, że ja także się nie zastanawiałem. Jednak, gdy siedząc wraz z kolegami przy piwie, słuchając ich wrażeń z ostatnio obejrzanego filmu przyrodniczego, zacząłem się zastanawiać nad życiem lekarzy - temat był pokrewny. Zajęło mi to sporo czasu - bo jak już wiecie misie lubią przeciągać przyjemności w nieskończoność - ale nie żałuję tak spędzonego czasu, gdyż doszedłem do pewnych wniosków...

Starym zwyczajem zajmiemy się na początku miejscem pracy lekarza, a po dokładnym opisie przejdziemy do rzeczy bardziej istotnych...

Miejscem pracy typowego lekarza jest szpital na peryferiach miasta, oddalony od najbliższego zabudowania zazwyczaj kilka kilometrów, co daje szansę na nie dowiezienie pacjenta żywego do szpitala i na niezakłócanie lekarzowi kontaktów zapoznawczych z ładniejszą częścią personelu szpitalnego... lekarze także lubią filmy przyrodnicze. Gdyby ktoś nie wiedział, szpital to taki duży, pomalowany ZAWSZE na biało budynek. Wtedy widać, gdzie jest brudno - teraz już wiecie, dlaczego szpitale są szare?

Typowy lekarz rozpoczyna swój typowy dzień mniej więcej o godzinie siódmej rano od tzw. makeup'u, czyli tłumacząc na język polski - zrobienia górnego, co w mowie potocznej oznacza - płynne bądź mniej płynne przejście z pozycji leżącej do pozycji stojącej, tudzież chwiejącej się. Po założeniu swych różowych klapków w zielono-żółte plamki, nasz lekarz udaje się do łazienki, gdzie dokładnie się myje, gdyż dla lekarza higiena to podstawa.

Po smacznym śniadaniu nasz lekarz udaje się swoim mercedesem zakupionym za ciężko wyłudzone łapówki do szpitala, gdzie będzie pracował do późnej nocy.

Jest właśnie godzina 8.00, nasz lekarz rozpoczyna swój wielogodzinny dyżur. Zaraz po przyjeździe zostaje wezwany do sali operacyjnej, gdzie od trzech godzin czeka już na niego umierający człowiek... i tak ma szczęście, bo przynajmniej lekarz jest trzeźwy! Po dwudziestu minutach podrywania pielęgniarek nasz lekarz stwierdza zgon pacjenta, pomimo, że tamten wyraźnie protestuje, w czym pomagają mu podrywane pielęgniarki. Po naciskach personelu szpitala i samego umierającego nasz lekarz przystępuje do ratowania życia pacjenta. Po kolejnych dwudziestu minutach pacjent znowu zaczyna protestować... tym razem jego protesty na nic się zdadzą, gdyż szpital i tak nie ma pieniędzy na anestezjologa! Mijają minuty ciężkiej pracy naszego lekarza i w końcu pacjent umiera, akt zgonu wreszcie może zostać wydany... i o co było tyle hałasu?

Po udanej operacji nasz lekarz udaje się na zasłużony odpoczynek do szpitalnego baru dla personelu, gdzie po głębokim namyśle i skomplikowanych obliczeniach zamawia cztery "Krwawe Merry", cztery, gdyż w szpitalu nie ma wódki... tylko czysty spirytus! Lekko podchmielony idzie do swojego gabinetu, gdzie czeka już na niego bardzo zdenerwowana starsza pani, żona niedawno zmarłego pacjenta. Zdenerwowana kobieta twierdzi, że zapłaciła żądaną sumę za uratowanie jej męża. Nasz lekarz, człowiek honorowy wyciąga z szuflady swojego biurka jedną z setek białych kopert i podaje starszej pani. Kobieta jest lekko zdezorientowana, gdyż w kopercie jest dziesięć tysięcy złotych, a przecież dała tylko 5 tysięcy łapówki. Ucieszona zadośćuczynieniem udaje się do domu, chwaląc wspaniałego pana doktora.

Około godziny 12 nasz lekarz dostaje wezwanie na izbę pamię... przyjęć, gdzie właśnie zgłosił się jakiś ciężko poparzony leśniczy! Nasz lekarz udaje się tam, aby udzielić szybkiej i fachowej pomocy poszkodowanemu leśniczemu. Idąc do izby przyjęć nasz lekarz czuje wyraźny smród spalenizny, na szczęście okazuje się, że to tylko leśniczy... a mówią, że bez skóry nie da się żyć, tymczasem leśniczy jakoś się trzyma! Aż trzy godziny trwało zdzieranie z leśniczego resztek spalonej skóry i opatrywanie ran. Personel szpitala był z siebie bardzo zadowolony... taka ładna mumia im wyszła!

Około godziny 15 nasz lekarz udaje się do szpitalnej restauracji, przeznaczonej wyłącznie dla personelu, gdzie zjada smakowity obiad ze szpitalnej kuchni, gdzie pracuje znakomity francuski kucharz... a mówią, że szpitale pieniędzy nie mają! Oczywiście całość jest suto zakrapiana francuskim wytrawnym winem, co powoduje, że nasz lekarz poczuł nie możliwą do pokonania chęć napicia się porządnego drinka. Udaje się więc wraz ze swoim przyjacielem, właścicielem domu pogrzebowego na zasłużonego, poobiedniego drinka. Na spożywaniu alkoholu miło leci im czas, aż około godziny 18 nasz lekarz zostaje wezwany do sali operacyjnej, gdzie leży jakiś pilot eksperymentalnych odrzutowców, którego przed chwilą przywieziono, i którego mocno kopnięto w lewe jądro... a może to było prawe?

Nasz lekarz kierując się zasadą, że pierwsza myśl jest najlepsza wydaje decyzję, że należy amputować lewe jądro z uwagi na jego niezdrowy owalny kształt. Tym razem pacjent nie protestował, ale za to pielęgniarki wpadły w panikę, twierdząc, że to prawe jądro miało być usunięte. Nasz lekarz nie chcąc być posądzonym o błąd w sztuce amputował także prawe jądro, twierdząc, że jedno i tak by mu się na nic nie zdało... w dodatku było hmm... popsute.

Jednak dręczony wyrzutami sumienia i poszukiwany przez dyrektora szpitala udaje się do wcześniej wspomnianego baru, gdzie wypija kolejne drinki. Około godziny ósmej odnajduje go dyrektor szpitala i informuje naszego lekarza, że wszystko zostało załatwione i niczym nie musi się martwić. Nasz lekarz poinformowany został także, że ma jeszcze około 2 godzin dyżuru i musi się stawić w miejscu pracy. Wobec tak postawionej sprawy nasz lekarz zadowolonym, aczkolwiek chwiejnym krokiem udaje się na izbę przyjęć, gdzie na szpitalnym telewizorze ogląda powtórkę jego ulubionego serialu "Zbuntowany Leśniczy, syn afrykańskiej dzikiej świni".

Jednak oglądanie serialu przerywa mu nagłe wezwanie. Nasz lekarz spostrzega, że jest już godzina 22 i w tym momencie kończy dyżur. Dręczony jednak wyrzutami sumienia z powodu jąder pilota eksperymentalnych odrzutowców postanawia udać się na izbę przyjęć i uratować życie człowiekowi. Owym człowiekiem okazuje się strażak, który ma odmrożone obie nogi, w tym jedną, która należy amputować.

Nasz lekarz nie popełni już tego samego błędu, co w przypadku jąder pilota eksperymentalnych odrzutowców i przysięga sobie, że amputuje dobrą nogę... cholera amputował dobrą! Zrozpaczony lekarz w chwili obłędu obcina także tę właściwą i zarazem ostatnią nogę. Na szczęście pielęgniarki powstrzymują go od obcięcia strażakowi innych członków... tym samym jądra strażaka zostały ocalone.

Nasz lekarz zdenerwowany przebiera się i wsiada szybko do swojego mercedesa, którym bardzo szybko jedzie do domu. Na szczęście dla przyszłych pacjentów do domu dojeżdża cały i zdrowy. W domu wita, go jego kochana żona, a także pokojówka-kochanka... ale to zostawmy nie domówione!
Około godziny 11.30 nasz lekarz udaje się na zasłużony odpoczynek.

Jak widzicie, życie lekarza nie jest wcale usłane różami, ale jest ono pełne przygód, alkoholu i pielęgniarek, więc nic tylko pozazdrościć.

O trudach życia lekarza pisał Miś

Eryk(miseryk@poczta.onet.pl)


GOD SAVE THE QUEEN & pacjentów:)