Witam. Właściwie to nie mam za bardzo weny twórczej do artów
typu głupkowato-śmiesznych. Może gdy przejdzie mi chandra, to wtedy coś
zmaluję. Właśnie opuściły mnie wszelkie objawy chociażby nikłego poczucia
humoru. Dlaczego? Pewnie to pytanie wam się nasuwa. Chodzi oczywiście o kobietę,
lecz nie mam ochoty o tym pisać. Wewnętrzny ból jest zbyt wielki. Obok mej ręki
leży duży i ostry nóż. Nie mam zamiaru go użyć. Druga próba samobójstwa
to nie rozwiązanie. Ostatnim razem też poszło o kobietę. Nie otrzymałem
ulgi, tylko blizny i jeszcze gorszy dół. Wszyscy pytali dlaczego. Nie chciałem
z nimi rozmawiać. I tak nie pomogliby mi. Teraz przychodzi okres powrotu do
dawnej, złej postaci. Zamknięcie się dla ludzi, nawet tych najbliższych,
mizantropia, samotne wypady do lasu. Ważne, żeby zapomnieć. Zapomnieć i powrócić.
Kiedyś odwróciłem się od kościoła. Powodem tego była pewna scenka, która
odbyła się na tyłach kościoła. Wraz z kolegą wyszliśmy z prób do 1
komunii trochę prędzej bocznym wyjściem. Przed drzwiami do zachrystii stał
ksiądz, a przed nim dosyć młoda dziewczyna, jakieś 22 lata na oko. Miała
dziecko w wózku. Przez chwilę rozmawiali, do momentu, kiedy ksiądz uderzył ją
w twarz, mówiąc "spier***aj dziwko". Ten fakt zszokował mnie.
Odszedłem od tej wiary. Przeczytałem Biblię, Biblię Szatana oraz wiele
innych książek na temat chrześćijaństwa, a także "tej
drugiej" strony. Zacząłem słuchać muzyki Black Metalowej. Poznałem
wszystkich "starych" metali. Na początku myślałem, że jest
zaje***cie, lecz później przestało mi się to podobać. Odszedłem od tego
wszystkiego. Teraz jako dorosły człowiek nie podporządkowuję się żadnym
narzuconym zasadom, no może z wyjątkiem prawa, które czasem tylko naginam.
Mam swoje reguły, których przestrzegam. Jestem ateistą. W tym momencie zdałem
sobie sprawę, ku**a, co ja tu za bzdury wypisuję, kogo może obchodzić moje
życie. Ale cóż, kontynuujmy, może to co tu napiszę do kogoś przemówi.
Jedyne, co zawsze jest ze mną to muzyka. Ona naprawdę potrafi leczyć wewnętrzne
rany. Teraz słucham My Dying Bride, gdyż właśnie mam potrzebę słuchania
"smutku". To mi pomaga. Może niektórzy z was zauważyli oddziaływanie
muzyki na ludzi. Bawi, śmieszy, dołuje, dodaje otuchy, uspokaja, wzrusza,
napawa energią. Muzyka naprawdę potrafi wyciągnąć z nas każde uczucia.
Zależy to tylko od danego gatunku, zespołu, piosenki. Jedyne, czego jeszcze żadna
muzyka we mnie nie wzbudziła, to agresja (no, może hip-hop, hehe JOKE). Nie
rozumiem tekstów, typu "zabił, bo słuchał Deicide". Paranoja.
Niektórzy, zapewne wyjątkowo inteligentni ludzie potrafią powiedzieć, że
jak słuchasz takiej, czy innej muzyki, to jesteś taki i owaki. Taka jest często
ludzka mentalność. Gdy widzisz kolesia jadącego maluchem, w którym leci
tekno, albo dicho na cały regulator, to od razu twierdzisz, że to dres, debil, itd.
Ja nauczyłem się nie postrzegać ludzi w ten sposób. Na przykład spróbuj,
będąc metalem, powiedzieć kumplom, że ostatnio spodobał ci się zespół TATU (buahahaha).
Ich reakcja na pewno będzie nieciekawa. Naprawdę irytuje
mnie to zjawisko. Postrzeganie ludzi po zewnętrznej powłoce. Ostatnia kobieta,
na której mi zależało, też chyba postąpiła w ten sposób. Tak naprawdę,
to ona w ogóle mnie nie poznała. To smutne być odrzuconym pomimo, że ta
druga osoba tak naprawdę cię nie zna i nawet nie daje ci szansy, byś się
przed nią otworzył. To dziwne. Kiedy chodzisz na imprezy, jesteś duszą
towarzystwa, potrafisz rozbawić każdego, poznajesz nowych ludzi, w końcu
poznajesz fajną dziewczynę. Próbujesz pokazać się jej z tej drugiej strony,
rozmawiasz z nią, obdarzasz uczuciem i pragniesz, by poznała cię takiego,
jakim jesteś poza imprezami, luzem, szaleństwem itd. A tu ZONk. No cóż, życie
to mur. Myślę, że jeszcze trochę pocierpię i mi przejdzie. Ostatnio mój
najlepszy przyjaciel miał równie głupią sytuację z dziewczyną. Chodził z
nią przez pół roku, naprawdę dawał z siebie wszystko, a ona zerwała z nim
z powodu fajki. Cóż, bardzo dorosłe podejście do związku emocjonalnego.
Okres wakacji u mnie zawsze wiąże się z imprezami, poznawaniem nowych ludzi i
tą jedyną. Nie obwiniam żadnej dziewczyny, może to ze mną jest coś nie tak.
Przeważnie zaczyna się tak, że zaczynam się dobrze dogadywać z jakąś
dziewczyną i dobrze bawimy się razem na imprezach, a kończy się gdy zaczynam
poważniej podchodzić do tej znajomości. To jest bez sensu. Niby ludzie
wykształceni, dorośli, ale nie potrafią dojrzale podchodzić do wielu spraw.
Mam jednego dobrego kolegę w wieku 21 lat, który postrzega życie,
jakby miał 16. Też koleś niby po liceum, rzucił studium, teraz pewnie ściągną
go do wojska. Mieszka cały czas z mamą i siostrą i nie myśli o pracy, osobnym
mieszkaniu, a już broń boże, o dziewczynach. (Te w Playboyu w końcu lepsze,
no nie?) nie rozumiem takiego postępowania. Czy niektórzy ludzie w ogóle nie
myślą o przyszłości? Może liczą na to, że za 17 lat uderzy w nas
asteroid? Życie chwilą to najgorsza rzecz jaka może być. Można później
obudzić się z ręką w nocniku.
Właśnie przeczytałem ten tekst od początku i pomimo, że nie trzyma się kupy,
to stwierdzam jeden konstruktywny fakt. Moja depresja i przygnębienie mają
jeden plus. Zmuszają mnie do przemyśleń. W normalnych warunkach pewnie myślałbym
o dzisiejszej imprezie u kumpla, na którą i tak nie pójdę i o tym, co dziś sobie
zrobię na obiad i jakie piwa kupię.
Dobra, myślę, że czas już zakończyć ten art, nie będę was zanudzał.
Mam nadzieję, że wyciągniecie z tego jakieś wnioski i przemyślenia dla siebie.
PS 1: Pozdrowienia dla wszystkich, którzy mają doła. Nie załamujcie się do końca. Niech wasz okręt płynie dalej w nieznaną dal.
PS 2: Nigdy, PRZENIGDY nie próbujcie popełnić samobójstwa, nie warto.
PS 3: Zespół TATU jest naprawdę niezły, ma coś w sobie.
PS 4: Przy pisaniu tego arta zjadłem 3 kanapki, pizzę i wypiłem 2 "Warszawiaki Mocne"
PS 5: Przepraszam za zawarte w tekście myśli, które tylko według mnie mają
jakiś logiczny związek ze sobą.
Ten chaos spowodowany jest moim kiepskim
stanem psychicznym.
PS 6: Nie przejmuj się, jutro będzie LEPPER.