Zjazd pedały - poskramiacze owadów i radarów (suszarek)

 

Niezły tytuł co? Podniósł napięcie? Jeśli nie, to możesz czytać dalej bez obaw o swoją pikawę:). Najważniejsze, że zaczęło się jak u Hiczkoka: "Na początek trzęsienie ziemi, a następnie stopniowo zwiększamy napięcie". Sytuacja napięta jak jaja baranie. I tak ma być do końca. Wszystkie dobre arty sensacyjne przykuwać uwagę do (ściany:) samego końca. Tym razem nie będzie inaczej. Za chwilę przeczytasz najbardziej zimny, najbardziej szkodliwy, najbardziej dziwny i najbardziej twardy art sensacyjny jaki stworzył ludzki umysł. Aby podgrzać atmosferę dopiszę, że opisane poniżej fakty miały miejsce naprawdę, a ja byłem głównym bohaterem. Zabawne, że właśnie mnie to spotkało. Nie żałuję, że ściągnąłem na siebie te kłopoty. Jak to mówią: "Kto nie ma w głowie ten ma w ...itd.".
Aha, jeszcze kilka słów wyjaśnień. Słowo "pedał" to również część roweru, a słowo "radar(suszarka)" na pewno kojarzy się z policją i słusznie. Wiem, że odważnie użyłem w jednym zdaniu słowa "pedały" i zasugerowałem słowo policja, ale zapeniam, że nie ma w tym nic dwuznacznego. Przynajmniej nic o tym nie wiem, by ci trzej (było ich aż trzech) panowie byli... . To już ich prywatna sprawa. Chociaż "niebiescy" mogliby utworzyć całkiem zgrabny "łańcuszek". Może nie. Lepiej policjantki z pałkami w rękach i z blachą na lewej piersi i z ... . Dosyć!!! To ze znudzenia. Wracam do tematu.

 

Wydarzenia miały miejsce kilka dni temu blisko mojej rodzinnej miejscowości, w pewien słoneczny dzień. Obczaiłem miejsce, gdzie drogówka czyha na ofiary (czyt. łamiących przepisy ruchu drogowego) i wysysa z nich krew (czyt. gotówkę z portfeli). Rozwiesili olbrzymią pajęczą (czyt. gliniarską) sieć i łapią, a resztki ofiar zwisają im z pazurów i pokrytych kamieniem nakielnym kłów. Wiją się to przy suszarce, to przy radiu niecierpliwiąc się. Przepraszam poniosło mnie. Tak naprawdę nie byli tacy źli. Stali w krzaczkach jeden z lizaczkiem w garści, drugi notesik dzierżył, a trzeci z suszareczką hasał po łąkach i celował do samochodów.
Wyszukałem sobie to miejsce w pewnym konkretnym celu. Mianowicie jako dobry obywatel chętnie niosący pomoc bliźnim postanowiłem pomóc panom policjantom zarobić na ten 1000zł miesięcznie na łebka. Niech nie siedzą bezczynnie, bo sobie odcisków narobią. Musiałem im pomóc ponieważ droga przy której stali była mało uczęszczana, a warunki terenowe były raczej po mojej stronie. Stałem na asfalcie na szczycie wzniesienia, a dokoła otaczały mnie łąki i lasy. Panów z pałkami nie widziałem, ale wiedziałem gdzie się czają. Oczywiście siedzieli z rajdowozem ( to nie błąd RAJDOWÓZ) w krzakach jak rasowi łowcy w średnim wieku. Mój plan był prosty co sprzyjało solidnemu i rzetelnemu wykonaniu. Chodziło mianowicie oto, aby zjechać z góry z prędkością większą od dopuszczalnej na tym odcinku jezdni (niby nic takiego, ale miałem do dyspozycji tylko rower). Najbardziej zależało mi na tym, aby pan z suszarką (przypominam, że to był radar. Taki co pokazuje gliniarzowi[czyt. policjantowi] komu wlepić mandat[a tak naprawdę jak szybko jedzie samochód]. Od tych nawiasów muszę sobie przypomnieć kolejność wykonywania działań) namierzył mnie ( o ile mu baterie się nie rozładowały od nieużywania oczywiście.Byłem jednak dobrej myśli) i dał znać przez łokitoki( to taka krótkofalówka czy... mikrofalówka. Chyba wszytko jedno) temu z lizakiem. Ten z lizakiem wysunie umundurowany łebek z buszu i mnie zatrzyma. Pan z notesikiem pogozi mi palcem, powie że jechałem za szybko i tak uprzyjemnie im kilka minut nudnej służby. Nic nie chciałem w zamian. No, może jakieś skromne dzię-ku-je-my!!! Nic wielkiego. Pośmiejemy się razem, wypijemy po "browcu" i pojadę dalej. Założyłem, że nie będzie żadnych problemów być może dlatego, że na ŻYWCA wypiłem browca (ale mi wyszło! /Jak ci wyszło to se schow/ nie wtrącaj się i wracaj do rezerwatu)już wcześniej. Chwilkę wcześniej i to x2. Ach, jakże się pomyliłem. Kiedy tam stałem na górze i słyszałem tylko wiatr przemykający między szprychami mojego roweru, nie wiedziałem, że popełniam błąd. Może nie chciałem wiedzieć. Może nie doceniłem tych misiów tam na dole. Przeceniłem natomiast swoje umiejętności i zapomniałem o kilku innych sprawach. Liczyło się tylko powodzenie misji. Chwila ciszy w oczekiwaniu na sprzyjający wiatr i... JAZDA. Zaczęło się całkiem nieźle. Było dosyć stromo, ale byłem na to przygotowany. Bardzo szybko "wrzuciłem" najszybszy bieg w moim vehicle i zanim się zorientowałem pokonałem już ok. 0.3 drogi do rajdowozu. Jechałem już bardzo szybko nie wiem jak szybko, ale szybko bo rzęsy tak mi się perfidnie zawinęły, że zasłoniły mi całą drogę i dziury na niej. Uratowało mnie szerokie otwarcie oczu, bo rzęsy razem z powiekami wywinęły się na zewnątrz (tzn. na czoło) i znowu wszystko widziałem. Jechałem trochę wolniej, bo powieki działały teraz jak spadochron hamujący (bardzo nieprzyjemne), ale widziałem teraz dokładnie wszystko, jak kameleon. Przebyłem już ok. 0.45 drogi do rajdowozu i nic nie mogło mnie już zatrzymać. I w tym właśnie momencie olbrzymia mucha (upierdliwy stawonóg) uderzyła mnie w zęba. Konkretnie w jedynkę, tę z lewej (Musiałem mieć usta lekko uchylone, bo powieki ściągnęły mi skórę z twarzy do góry). O jasny h**. Rypnęła mnie tak mocno, że nie wiedziałem czy moja jedynka jest jeszcze na miejscu. Jak tu sprawdzić? Ręką? Przecież nie puszczę kierownicy, bo mogę stracić znacznie więcej np. mmm... hmm... np. stopę? Tak mogłbym starcić wtedy nawet stopę!!! Próbowałem więc wymacać zęba używając jęzka. To nie było takie proste, bo pęd powietrza skutecznie mi to uniemożliwiał. Mój język łopotał na wietrze jak flaga podczas huraganu raz z lewej, raz z prawej strony. Mój język był już dłuższy o dobre kilka centymetrów i wolałem nie rozykować, że wkręci mi się koła, więc z wielkim trudem wciągnąłem go do ust/Chyba zwinąłeś w rolkę i... dopiero wciągnąłeś/(BO SPUSZCZĘ PSA!!!). Wciągnąłem więc język do ust, zapomniałem o jedynce i skupiłem sie na wykonywaniu misji. Problemy jednak dopiero sie zaczynały. Moje wielkie oczy były narażone na różne bodźce ze strony przyrody, która zatakowała mnie wielkimi końskimi muchami. Wyobraź sobie jak boli uderzenie takiej muchy prosto w oko. Zsumuj prędkości moją i muchy pomnóż przez masę dużej, tłustej muchy, podziel przez czas, to otrzymacie siłę w Newtonach lub... po prostu uderz się młotkiem w oko. H*****o się poczujesz, ale wiedzić będziesz co czułem. /Nawet teraz jak mrugasz oczami to musze nóżki lecą na podłoge/ (To są rzęsy!!! Azor!!! bierz buraka!!!). Tak więc ślepy na jedno oko miałem cichą nadzieję, że nic mnie nie trafi w drugie oko. Pomyślałem też przez chwilę o limie, jakie mi wyskoczy za kilka minut. Misja!!! To liczyło się teraz najbardziej. Przebyłem już 0.75 drogi i już nie przyspieszałem. Musiałem utrzymać tę prędkość do samego końca. Zacząłem wypatrywać już misia z suszarką, ale skurczybyk nieźle się zamaskował. Droga wiodła między łąki, gdzie łatwiej było dostrzec niebieskiego w zielonej trawce. I nic. Dobry jest - pomyślałem. Jeszcze tylko kilka serpentyn i powinienem zobaczyć SWATmistrza z lizakiem. Ostatni zakręt i... zobaczyłem gościa z radarem przy drodze jak rozmawia z lizkmanem i z notatnikiem. Ja się tak poświęcam, a oni olewają sprawę. Mówiąc krótko, zdenerwowało mnie to tak bardzo, że straciłem panowanie na moim rowerolotem i wjechałem w dziurę. W dziurę! To byla jama, w której zniknąłem na ułamek sekundy, a pojawiłem się bardzo blisko gliniarzy i właśnie wtedy mnie zobaczyli. Zobaczyli mnie ciut za późno. Nie zapomnę wyrazu twarzy tego z wąsami(i z radarem) jak dotarło do niego, że zaraz będzie leciał w powietrzu w towarzystwie kolegów i swojego radaru. Wszystko działo się najwyżej sekundę. Facet z radarem spelnił wkońcu fonkcję materaca i zamortyzował mój upadek, przez co zyskałem kilka sekund na ucieczkę. Rower o dziwo w całości co mnie ucieszyło i nawet zacząłem wierzyć, że uda mi uciec, a pewny tego byłem jak zobaczyłem gdzie są pozostali dwaj. Notes po drugiej stronie ulicy ( bez butów i notesika) leży i śpi(kretyn), a lizkowca chyba do tej pory jeszcze z tego drzewa nie zdjęli. Na pewno nie ryzykował samodzielnego zejścia. Co najwyżej mógłby spaść, a zejść dopier potem.
Tamte wydarzenia nauczyły mnie kilku rzeczy:
1.Przy przędkości ok. 70-80km/h powieki mają powierzchnię dwóch prześcieradeł.
2.Limo samo zejdzie tylko trzeba mu na to pozwolić.
3.Polska policja nie jest tak czujna jak myślałem.
4.Szybko lecąca mucha nie może wybić zęba, tylko najwyżej obluzować.

Policja również powinna wyciągnąć kilka wniosków np.:
1.Stać w "rozproszeniu"
2.Unikać ścieżek rowerowych
3.Pracować w hełmach.

Kloshart