|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|

Alien vs Predator
czyli dyskusji o babach i kompie część kolejna



Na pewno nie jestem pierwszą osobą, która o tym pisze - ten temat jest chyba tak stary jak pierwszy komputer i tak długi jak historia komputeryzacji, a na łamach CD-Action gości od zawsze. Od lat ścierają się w obronie swego zdania trzy obozy: jeden, chyba najstarszy, twierdzi w skrócie, że baby + komputery = trzecia wojna światowa. Drugi, składający się głównie z istot płci żeńskiej, dowodzi, że dziewczyny na kompach też się znają, tak jak chłopaki, a może nawet lepiej - i żeby ich nie dyskryminować, bo... Trzeci zaś, również zrzeszający dziewczyny, z nie mniejszą zażartością głosi pogląd, że im znajomość kompa nie jest do niczego potrzebna, bo one wolą czytać książki i w ogóle są bardziej cywilizowane od mężczyzn, którzy poza tą szklaną szybką nie tylko ich - dziewczyn - ale i świata bożego nie widzą. IMHO każdy z obozów ma trochę racji, ale nie zamierzam przyłączać się do żadnego z nich ani nie chcę stawać przeciwko żadnemu. Przedstawię tylko swoje zdanie...

Hm. No. Rzeczywiście - z tego, co zdążyłam zaobserwować w najbliższym otoczeniu... dziewczyny i komputery niezbyt się lubią. Od zawsze. I od zawsze chłopaki śmieją się z tego, opowiadają o nich kawały i... służą pomocą, bo patrzeć nie mogą na to, co baby z kompem wyrabiają. W szkole przed informatyką masowe pisanie ściąg typu: "plik pierwszy: Edycja-Kopiuj, plik drugi: Edycja-Wklej" (autentyczne). Na lekcji: proszę pana, dlaczego mój komputer na mnie piszczy? W tej kwestii, niestety, muszę zgodzić się z obozem nr 1. Ale taki stan rzeczy nie jest powodowany wrodzoną głupotą rodzaju żeńskiego - z tym się nie zgodzę, bo (również: z tego, co zdążyłam zaobserwować...) przyczyna jest inna. Nie wiem, dlaczego tak rozpowszechniony jest stereotyp chłopaka - zamiłowanego gracza i komputerowca o umiejętnościach, którym nie da się nic zarzucić. Przecież jedno wyklucza drugie. Jeśli, człowieku, giercujesz 23 godziny na dobę (zakładam, że każdy musi czasem spać i jeść), to skąd masz wiedzieć o kompie coś jeszcze oprócz tego, jak go włączyć, jak włączyć grę i - w ostateczności - jak wyłączyć. Tak, wiem... coś trzeba wiedzieć, żeby zmusić do działania nieposłuszną gierkę - ale tych posłusznych jest jednak znacznie więcej, czyż nie? A z tego, co dostrzegłam, moje koleżanki - te, którym zdarza się zbliżać do klawiatury i myszki bliżej niż na bezpieczną odległość czterech metrów - grają tyle co i moi koledzy. Choć ci ostatni spędzają nieporównanie więcej czasu przed monitorem. Tylko że oni nie tylko grają...

Oczywiście - znam wiele dziewczyn, które wiedzą, do czego służy komp i bez problemu umieją go "oswoić", a gdy im się to uda, nie krzyczą głośno do chłopaków: umiem! wiem! - tylko uczą się dalej i uzyskują coraz lepsze rezultaty. Ale to mniejszość. I tu chciałabym się odnieść do zdania trzeciego obozu: nie wiem, skąd wzięliście takie przykłady. Większość moich kumpeli od książki zdecydowanie woli telewizor, a dopiero w ostateczności - grę. Komputer i książka wcale się nie wykluczają, przeciwnie - mogą się nawzajem uzupełniać. A przynajmniej tak jest w moim przypadku - który pozwolę sobie pokrótce opisać.

Pierwszy raz usiadłam przed komputerem w wieku 4 lat. Komputer miał monitor mono, 8 MB RAM, procesor 75 MhZ, system MS-DOS oraz sprawnie działający napęd dyskietek. To była wspaniała zabawa... wpisywanie w linii poleceń swojego imienia i innych słów i otrzymywanie ze strony komputera wiele mówiącej odpowiedzi "Bad command or file name". Rok później tata kupił prawdziwy cud techniki: sprzęt mniej więcej dwa razy lepszy od wspomnianego przed chwilą, nie mówiąc o tym, że wyposażony w napęd CD-ROM i system Windows 3.1. Na tym właśnie cacku "ścierałam pazury" przez niespełna dziewięć lat. To było dopiero coś. Pierwszego dnia samodzielnie go uruchomiłam, drugiego - za pomocą programu Edit - opisałam dzieje swego życia, trzeciego sporządziłam w Paintbrushu swój portret i umieściłam go na tapecie... W ogóle lubiłam wszelkiego rodzaju ingerencje w sprawy "wnętrzności komputera". Zamiast wymagać od rodziców odpowiedzi na podobne w brzmieniu, a o wiele trudniejsze pytanie, nieodmiennie męczyłam ich kwestią: skąd się biorą programy? (Bo gier - prócz Sapera, którego zasad do dziś dobrze nie rozumiem :) i Pasjansa, zmonopolizowanego przez tatę, w owym kompie nie było.)

Z trzecią grą w swoim życiu zetknęłam się jakiś czas później. Było to arcydzieło pod względem tak fabuły, jak grafiki i muzyki - Heroes I. Potem była "Jedynka" Warcrafta... a przedtem godziny spędzone przy bezowocnym zmuszaniu komputera, by uruchomił je z poziomu Windows. Nie udało się. I tak, dzięki grom, opanowałam obsługę Nortona Commandera i nauczyłam się podstawowych komend DOS-a. Miałam wtedy może 9 lat. Niedługo potem poznałam odpowiedź na pytanie, "skąd się biorą programy" i w wieku 11 lat wygrzebałam skądś demo kompilatora do C++ i podręcznik podstaw. Zakasałam rękawy, zainstalowałam, włączyłam i... całkowita porażka. Pierwszy program napisany przeze mnie samodzielnie działał. Drugi już nie. Uwierzyłam w wyjaśnienia zaniepokojonej rodziny, że jestem humanistką, i zajęłam się ciekawszymi aspektami egzystencji.

Do programowania wróciłam jednak po niespełna roku, kiedy to światli ludzie poinformowali mnie o istnieniu języka programowania zwanego Logo, a pozwalającego stosunkowo łatwo przebrnąć przez niezbędną teorię. Przebrnęłam. Polubiłam. Chciałam czegoś nowego... Wtedy zjawił się mieszczący się na dwóch dyskietkach Turbo Pascal. Prosiłam wszystkich znajomych o wszystkie Bardzo-Stare-Książki-Komputerowe, jakie znajdą, i prócz języka Pascal uczyłam się bardziej zaawansowanych rzeczy w DOS-ie. Potem nadeszła epoka Windows 95, a co za tym szło - Delphiego i HTML-a. Od niedawna mam nowego kompa i aby mnie od niego oderwać, potrzebne jest wielu ludzi i sprzętu :) Miejsce Heroes Jedynki zajęła Czwórka, miejsce Warcrafta - Starcraft, a starego Menedżera Plików - Eksplorator Win XP Professional. Rachunki za telefon też pęcznieją... Siedzę już po uszy w programowaniu. Delphi, HTML, Turbo Pascal, Logo - do którego też czasami powracam, aby obejrzeć jakiś problem tylko od strony algorytmu. Jestem w trakcie tworzenia własnej strony internetowej. No i - rzecz jasna - gram. Czym byłby komputer bez gier? Sztuką dla sztuki. Do dziś pamiętam noce (sic!) spędzone nad Starcraftem i... słownikiem angielsko-polskim. Krótki spis moich ulubionych tytułów: Heroes IV, Starcraft, Re-Volt, Zeus... IMO gry są bardzo ciekawym rodzajem wykorzystywania nieszczęsnego kompa, lecz na pewno nie najciekawszym. Wciąż rozwijam swoją znajomość języka Delphi. W Internecie poznałam wielu ludzi, którzy - tak jak ja - zachwycają się Tolkienem, Sapkowskim, Bradley, Lewisem (dla "nieoświeconych" - to autorzy reprezentujący literaturę zwaną fantasy), słuchają tej samej muzyki co ja. To cudowne. Tym bardziej, że w realu - jak dotąd - nie spotkałam nikogo spełniającego wszystkie powyższe warunki :( W ogóle, moi kumple i kumpele z "true-world" uważają mnie za dziwaczkę. Bo kto dziś czyta książki na wakacjach? A kto słucha starego rocka? A która dziewczyna biega z chłopakami za piłką? Oprócz mnie i Tej-Z-Lusterka nie sądziłam, że jakąś znajdę. Ale znalazłam. Właśnie w Sieci.

Tu chciałabym zauważyć, że (jak wyżej: z tego, co zdążyłam...) Internet jest najbardziej znaną i lubianą przez dziewczyny częścią "świata po drugiej stronie monitora". Z tym, że większość sieciowego czasu spędzają na czacie, chwaląc się potem (cytuję dosłownie): "A mnie to trzech zapytało, czy będę z nimi chodzić!" "A powiedziałaś, ile masz lat?" "No nie... ale dodałam tylko osiem". Jeśli o mnie chodzi, uważam, że takie udawanie kogoś, kim się nie jest, nie ma większego sensu. Przecież nie chodzi o to, żeby wprowadzić w błąd posiadacza najciekawszej ksywki w danym roomie, tylko (IMO) żeby poznać kogoś ciekawego. Rzadko bywam na czatach (tak się składa, że większość rozmów wyglądała tak: "Skąd jesteś? Czym się interesujesz? Oooo... A wyślesz mi zdjęcie?"), ale jeśli mi się to zdarza, nie zmieniam płci ani wyglądu i zawsze mówię, ile mam lat. A mam - czternaście.

Ogólnie jednak od czata wolę listy dyskusyjne lub zwykłe mailowanie... Ostatnio trochę zraziłam się do "rozmów na żywo". Chłopaki deklarują, że ich ideałem jest dziewczyna, która co najmniej odróżnia myszkę od klawiatury... Dlaczego więc każda rozmowa kończy się (lub - jeszcze lepiej - zaczyna) zdaniem: przyślij mi zdjęcie ew. pytaniem: jak wyglądasz? Jak szukacie dziewczyny, która będzie przede wszystkim ładna, to rozejrzyjcie się w realu - będzie szybciej.

No cóż. W teście Smugglera na uzależnienie uzyskałam niedawno 139 punktów i mało brakowało, a bym się załamała (mój tata ma 6)... na szczęście gdzieś w Action Magu dojrzałam wzmiankę, że ktoś inny zdobył 335. BTW: czy ktoś wie, ile punktów można uzyskać maksymalnie?... Ale odchodzę od tematu.

Statystyki mówią, że nieporównanie mniej jest kobiet-hakerów (słowo "hakerka" jakoś do mnie nie przemawia) niż mężczyzn trudniących się tą profesją. A czy nikomu nie rzuciło się w oczy, że nie zostało dotąd ukute słowo będące żeńską odmianą wyrazu "komputerowiec"? Ale komputer nie gryzie. I naprawdę są dziewczyny, które o tym wiedzą.


Elessa
elessa14@interia.pl


PS. Jest w AM tradycja, którą i ja uszanuję... ;) Przy pisaniu tego tekstu słuchałam "The Wall" (płyta 1).


|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|