Nie zaczepiaj mnie!

 

    Na pewno większość z Was została kiedyś zaczepiona na ulicy przez jakichś ważniaków. Nie ważne czy chcieli pieniędzy, czy chcieli Cię ośmieszyć, czy też mieli ochotę komuś przylać i wypadło na Ciebie. Ważne, że to zrobili. W tym arcie pragnę przestrzec wszystkich wspomnianych dowcipnisiów, by najpierw dwa razy się zastanowili zanim kogoś zaczepią. A najlepiej niech się w ogóle nie zastanawiają i po prostu tego nie robią. Natomiast ofiarom owej zaczepki pragnę życzyć miłej lektury.

 

    Cała historia miała miejsce 25 stycznia 2002 r. Kilka dni wcześniej kolega z klasy zaprosił mnie na imprezę z okazji urodzin do swojego domku w Częstochowie. Jako że większość zaproszonych osób mieszkała w Sosnowcu i w Dąbrowie Górniczej, w tym także i solenizant, musieliśmy dojechać na miejsce pociągiem. Nawet na stacji nie obyło się bez zaczepki.

Ciemny zimowy wieczór, mróz szczypie w policzki, księżyc chowa się za chmury. Siedzę na ławce na peronie trzecim. Zza tumanów śniegu rozwiewanych przez wiatr wydobywają się trzy zniekształcone postacie. Światło nadjeżdżającego pociągu oświetla im twarze. Dostrzegam w nich moich kolegów. Wstaję z miejsca by ich przywitać. W oczekiwaniu na pociąg rozmawiamy, żartujemy, wspominamy poprzednie przyjęcia na których byliśmy razem.

Na pięć minut przed odjazdem podchodzi do nas dwóch kolesi. Jeden z nich spytał czy nie mamy czasem pożyczyć papierosa. Kolega zbył go odpowiedzią, że mamy bardzo mało w paczce, i że wszystkie są nam potrzebne bo jedziemy na imprezę. Widząc, że nas jest czterech oddalili się bez słowa.

Podróż nam się nie dłużyła, nabijaliśmy się ze wszystkiego co nam wpadło w oczy ( przy okazji, słyszeliście może głupszą nazwę miejscowości niż Tucznawa? ).

Gdy pociąg zatrzymał się na dworcu w Częstochowie, staruszki siedzące na ławkach ujrzały czterech młodych ludzi wysiadających z pociągu z uśmiechem na ustach. 

    Godzina 21:00 - ta sama grupka rozbawionej młodzieży zmierza szlakiem na Jasną Górę. Przy jednej z ulicznych bram zaczepia ich inna grupka reprezentująca "subkulturę" pakerów. Ich lider pyta nas czy mamy osiemnaście lat. Odparliśmy, że nie i przyśpieszyliśmy kroku. Tamten wrzeszczy w naszym kierunku po łacinie, żebyśmy się nie szlajali po ulicach bez mamusi. 

Dotarliśmy na miejsce. Domek okazał się prawdziwą willą. Weszliśmy do środka, wypakowaliśmy plecaki i okazało się, że mamy za dużo wódki a za mało piw na jutrzejszego kaca. Nie było rady - zakładamy buty, kurtki, czapeczki, plecaki i ruszamy do monopolowego. Pierwszy oddalony o pół kilometra od domu był zamknięty. Drugi oddalony o 2 km od domu też. Tak zawędrowaliśmy do trzeciego odległego o 5 km - na szczęście był otwarty. 

Wchodzimy do środka, a tam tyle ludzi, że lady nie widać. Po kilkudziesięciu minutach słyszymy z ust ekspedientki wdzięczne słowo: słucham.

Wszyscy ludzie czekający w kolejce za nami mieli dobry humor i podśmiewali się zasłaniając usta. Najwyraźniej rozbawił ich mój dialog ze sprzedawczynią, który brzmiał następująco:

- Dzień dobry. Poproszę cztery Redsy, cztery Tyski, cztery Okocimy, cztery Żywce, cztery Lechy, cztery Hajnekeny, cztery... a jeszcze osiem Redsów. Aha! zapomniałbym, poproszę jeszcze cztery Apapy bo na dworze strasznie ślisko, a jakbyśmy się wywrócili, to żeby nas głowy nie bolały.

- Może owinąć Ci te soki w poduszkę bo na dworze strasznie ślisko? Twój tata chyba nie był by zadowolony gdybyś mu je potrzaskał? 

- Jeśli była by Panie taka uprzejma.

- Och! poduszki się skończyły. Mam tylko reklamówkę.

- Może być i tak wszystko włożymy do plecaka.

W tym miejscu najprawdopodobniej wyczuła, że jesteśmy przy kasie i zaczęła nam wpychać różne rzeczy.

- Chłopcy? Może zaszalejecie i kupicie Pepsi? Nie powiem waszym rodzicom.

W ten oto sposób nabyliśmy masę niepotrzebnych rzeczy.

Godzina 22:30 - taksówką podjechaliśmy na odległość dziesięciu złotych w kierunku domu. Resztę trasy musieliśmy przebyć pieszo.

    Godzina 22:40 - mroczna uliczka pomiędzy domkami jednorodzinnymi, mróz jeszcze bardziej szczypie w policzki niż przed chwilą a księżyc nadal za chmurami. Zza zakrętu wyłania się czteroosobowa grupa skejtów. Zauważyłem ich pierwszy i wiedząc co się święci mówię do swoich kolegów żartobliwie: "Panowie, szykujcie broń". Jeden z moich towarzyszy mówi, że to skejci i że oni takich numerów nie robią. Ja znając, życie powtórzyłem: "Panowie, szykujcie broń bo na pewno z nami zaczną". Patrzę na kumpli i nie wierzę własnym oczom.

Pierwszy wyjmuje policyjną pałkę zza kurtki i mówi, że jest gotowy. Drugi z kieszeni wyciąga gaz paraliżujący i powtarza kwestię pierwszego.

Trzeci sięga do plecaka po nóż w stylu Rambo i przytakuje pozostały. W obawie o naszych potencjalnych wrogów pomyślałem: "Jezus jak się odezwą to już nie żyją". Kolega z gazem mówi:

- Dobra. Jak nas zaczepią to nie zwracamy na nich uwagi. Jak zaczną nas gonić to uciekamy. Jak nas dogonią, to ja popsikam ich gazem i wtedy zwiejemy.

Drugi dodał: 

- A jak są kosmitami odpornymi na gaz, to ty zaczniesz ich pałować, wy skujecie im mordy, a ja poodcinam czułki.

Adrenalina rosła z każdym krokiem. Byliśmy coraz bliżej. Na razie nic nie mówią. Specjalnie zmieniłem sposób chodzenia na mniej szpanerski, żeby nas nie zaczepili.

Ok. Udało się. Mamy ich za plecami, a oni nic nie mówili. Nagle słyszę głos z tyłu:

- Ej! Co się tak gibacie fajfusy.

Nasza pierwsza reakcja: cichy śmiech. Oglądamy się a oni biegną w naszym kierunku. No to w nogi. Biegniemy przez dłuższą chwilę. Nagle nasz solenizant się zatrzymuje i mówi, że z nimi pogada. 

Dobiegli do nas i pytali skąd jesteśmy. Kolega kłamał, że z Częstochowy. Ale ja powiedziałem im cała prawdę. Powiedziałem, że my trzej przyjechaliśmy do tego czwartego z daleka na imprezę bo ma dzisiaj urodziny. 

Zaczęli wypytywać właściciela domu gdzie mieszka i kogo stąd zna. Jego zeznania potwierdziły prawdę. Powiedzieli że nie potrzebnie uciekaliśmy skoro jeden z nas tu mieszka.

Kolega z nożem warknął, że mieli szczęście że nie zaczęli się z nami bić.. Niestety jeden z nich usłyszał to i spytał: "Dlaczego, przecież byśmy wam dojebali".

Na co ten bez skrupułów, z lekkim uśmieszkiem na twarzy odparł: "No nie jestem pewny. Ja mam nóż, koledzy pałę policyjną, gaz łzawiący i twarde pięści". Wymieniając nasze "zalety" wskazywał po kolei na nas ręką. Skejcik parsknął: "Jasne, a ja jestem Dziadek Mróz". Po tych słowach przybił piątkę drugiemu skejtowi na sześć sposobów. 

Mój towarzysz najwyraźniej zmęczony całą sytuacją psiknął gazem w ziemię i powiedział: "No to patrz Dziadku". Grupie skejtów wyszły gały na wierzch widząc unosząca się przez chwilę chmurę dziwnej substancji. 

- Hej! Tylko żartowałem! To wy już idźcie na tą imprezę a my spadamy. - po tych słowach podali nam kulturalnie rękę i oddalili się.

Godzina 23:00 - wróciliśmy do domu. Pod drzwiami czekała reszta gości. Weszliśmy do środka i opowiedzieliśmy wszystkim całą historię. 

I żyliśmy długo i szczęśliwie,... aż do rana. Na szczęście miałem Apap.

 

=====Wszystko co powyżej opisałem zdarzyło mi się na prawdę.

=====Morał z historii jest prosty: Jeśli jesteś w Częstochowie i widzisz Andrew'a który idzie na imprezę z kumplami, pod żadnym pozorem nie zaczepiaj ich. Teraz mają wielką ochotę wypróbować gaz na ludziach. 

A tak na serio. Nie zaczepiajcie nikogo na ulicach - nawet dla żartów. Bądźcie dorośli.

=====Moim celem nie było tylko moralizowanie Was, szanowni czytelnicy. Chciałem podnieść na duchu KOMPOSTA, który codziennie - jak sam pisze w arcie "Od Komposta" czyli odp. na kontrę do "Tolerować Ludzi" - jest zaczepiany w moim rodzinnym mieście na ul. Mdrzejowskiej, Kościelnej i Dekerta.

=====Teraz trochę ciepłych słów do Komposta:

    Uważam, że źle zrobiłeś wyzywając trzy najpopularniejsze subkultury, jakie tworzą się w szkołach. Ale rozumiem Cię.

Myślę, że użyłeś złego słowa. Tolerować można wszystko i wszystkich. Natomiast jeśli chodzi o szacunek to zupełnie inna sprawa. 

Z twojego tekstu wyczytałem pomiędzy wierszami, że nie szanujesz tych osób które Cię zaczepiają bo jesteś "normalny". Wiedz jednak, że to zjawisko najzupełniej normalne. Zaczepki młodzieży przez grupki innych, którzy czują się odważni, są zrozumiałe. Niewłaściwe, ale zrozumiałe. Chcą pokazać, że są silniejsi i dlatego wybierają osoby z pozoru słabe i odosobnione. Izolują je, by łatwiej było atakować. Musisz pamiętać, że człowiek to największy drapieżnik na Ziemi. Poza tym, widzisz na moim przykładzie, że ze spotkania z ważniakami da się wyjść cało. Nie tylko dlatego, że ma się gaz, nóż i pałę. Kiedyś mojego kolegę zaczepili twardziele z jego szkoły. Niósł płyty z grami. Chcieli mu je skasować, ale powiedział, że może im je i dużo innych załatwić po niskiej cenie, oczywiście piraty ( Piraty be! ). Oni mu powiedzieli, że za taką cenę to, załatwiają kradzione orginały ( też be! ). Jak widzisz nie można takim osobą mówić: "nie mam", "zostawcie mnie", "dajcie mi spokój". Takie słowa ich tylko motywują. Sądzę, że nawet jeśli byś chciał z nimi w jakikolwiek sposób porozmawiać to i tak nie zdobędziesz spokoju. Masz już wyrobioną opinię, a ona jest najważniejsza. Na ulicach ważny jest wygląd i pierwsze wrażenie, bo ludzie Cię nie znają. Odnosząc się do wszystkich z pogardą, robisz sobie tylko wrogów. Mówisz, że chcesz mieć przyjaciółkę nie przyjaciela, bo jesteś zbyt wrażliwy. To strasznie niedobrze. Wrażliwość dziś nie jest w cenie. Dziewczyny lubią takich facetów, ale wolą umawiać się z kimś kto wykazuje cechy silnego człowieka. Nie tylko tężyzna fizyczna. Psychika, pozycja, kontakty, pieniądze, charyzma. To jedne z cech zapewniające kobiecie bezpieczeństwo. Jeżeli w swoim środowisku jesteś nie lubiany, to znajdź sobie inne, w którym możesz pokazać się od drugiej strony. Stworzyć obraz siebie takiego, jakim zawsze chciałeś być postrzegany. Nie zawsze to wychodzi, gdyż wymaga dokładnego zaplanowania, ale jeśli będziesz się starał choć trochę, to na pewno część twojego planu dojdzie do finiszu i da pozytywny efekt. Najważniejsze są znajomości.

    Do podstawówki chodziłem w Sosnowcu, ci którzy mnie nie znali mówili o mnie kujon. Wystarczyło im, że spojrzeli na moją średnią 5,6.

Myśleli, że jestem kolejnym frajerem, który nie widzi świata poza książkami. Pierwszy raz gdy mnie zaczepili nie uciekłem, nie powiedziałem: "dajcie mi spokój". Na ich głupie docinki odpowiadałem żartem, czasem nabijając się z własnych wytykanych mi przez nich wad. Zobaczyli że się ich nie boję, że z nimi rozmawiam, nie odnosili się do mnie z agresją i niechęcią. Specjalnie zagadywali żeby pożartować. Z czasem pomagałem im w nauce.

Nie zdobyłem ich przyjaźni, nie zdobyłem nawet ich koleżeństwa, zdobyłem ich szacunek.

    Nadszedł czas wyboru szkoły średniej. Chciałem iść do najlepszej. Postanowiłem, że jeśli wybiorę ogólniak, to pójdę do Staszica. Wybrałem technikum. Znalazłem najlepsze w okolicy ( TZN pozdrófka ). Nie żałuję wyboru. Poziom jest wysoki. Chodzą do niej różni ludzie. O mojej klasie mówi się, że jest kwiatem szkoły. Nauczyciele patrzą tylko na stopnie, a zachowanie zrzucają na daleki plan. Do czego zmierzam?

Tu zawarłem nowe znajomości z ludźmi o odmiennych poglądach, osobowościach, stylach bycia. Poznałem ich bliżej. W podstawówce miałem o nich złą opinią. Dokładnie taką jak ty obecnie na kolegów z gimnazjum. Teraz ich szanuje i traktuję na równi. Nie patrzę na kolor skóry, karnację, szerokie spodnie czy glany. Niechęć czuję do tych, którzy są nie mili w stosunku do mnie i patrzą na mnie tak jak ja kiedyś na nich.

    Nie możesz od razu zakładać, że nie znajdziesz z nimi wspólnego języka bo są dla Ciebie śmieszni. Przyjaźń tylko z dziewczynami nic Ci nie da. Nie wiadomo w jakiej będziesz w przyszłości sytuacji. Trzeba mieć znajomości u wszystkich klas społecznych. Jeśli ktoś będzie chciał dać Ci w mordę, a nuż okaże się, że znasz jego kumpla. To może Cię uratować.

    Wiem, że czasem nie można uniknąć oberwania na Modrzejowskiej. Na szczęście ja zawszę wychodzę cało.

Mam nadzieje, że chociaż na chwilę poprawił Ci się humor czytając moją przygodę w Częstochowie. Nie załamuj się. Pójdziesz do szkoły średniej, jak mnie posłuchasz wyrobisz sobie ogromne plecy tak jak ja. Wtedy możesz czuć się bezpiecznie i będziesz wolny od zaczepek.

Kiedyś pod szkołą w pierwszej klasie zaczepiło mnie trzech lumpów. Szedłem z nowo poznanym kolegą. Lumpy chciały ode mnie komórkę, której w życiu nie miałem. Podczas gdy mi grozili zadzwonił dzwonek - tłumy ludzi wychodziły ze szkoły. Mój nowy kumpel krzyknął w stroną jakichś dwóch uczniów kończących lekcję. Podeszli do nas i spytali co się stało. Wyjaśniłem im co zaszło a lumpy zaczęły jeszcze głośniej grozić nam wszystkim. Nowo przybyli uczniowie zawołali czterech swoich kolegów, wtedy napastnicy powiedzieli że pożałuję i odeszli. Minęły dwa lata. Przez ten czas wielokrotnie ich widywałem i ani razu mnie nie zaczepili.

 

    Jeżeli powyższe przepuszczenia się nie sprawdzą, i jeśli posłuchawszy moich rad nie zdobędziesz odpowiedniego efektu, to zgłoś się po dokładną poradę do mnie. Pamiętaj najważniejsze są Z N A J O M O Ś C I.

 

Pisał dla Was, a w szczególności dla Komposta:

Andrew ( andreandrew555@wp.pl )