YES? a co to jest?

- Mamy pisać o YES
- Co ? Ale Anderson śpiewa...
- Sio, teraz ja piszę

- W kilku tekstach o gatunkach rocka pojawiało się kilka słów o rocku progresywnym i o jego największej gwieździe, zespole (klęknijcie, głowy w dół) YES
- Obawiam się że, raczej ktoś może znać GENESIS, nie YES... aha i powstań...
- I CO Z TEGO ?! Genesis to już historia, a YES wciąż się trzyma.
- Nooo.. Minęły już 34 lata od czasu jego powstania.
- A tym dziadom wciąż jeszcze chce się śpiewać. Mieliśmy pisać o zespole rzeczy konkretne, a nie wyliczać latka Andersonowi (57:)).

- YES powstało jeszcze za czasów Beatlesów i pierwsze płyty mocno zalatywały tym zespołem. Zresztą jak powiedział pan Squire (czyli JEDYNY I NIEZMIENNY basista YES), "któż wtedy nie był pod ich wpływem?".
- Ja, bo mnie wtedy na świecie nie było.
- Zaspół założyli Jon Anderson (na ogół główny wokalista, czasem gra na gitarze itp) i Cris Squire (drugi wokalista i basista). Anderson jest postacią o tyle ciekawą, że jego głos to... alt! {I brońciepanieboże nazywać go pedałem! :) Ten człowiek ma żonę i troje dzieci! I nie taką żonę jak Goring!} Prawdopodobnie ten głos był swojego rodzaju odskocznią... kto wie?
- Gdy w 1971 do YES dołączył pan Steve Howe (gitarzysta, uznawany za najlepszego na świecie w latach siedemdziesiątych), zespół prawie całkowicie zmienił swoją twórczość - zamiast słodkich kawałków typu Every Little Thing zaczęli grać dłuższe, bardziej skomplikowane i ogólnie ciekawsze kawałki. Płyta The Album przez długi czas była najlepiej sprzedającą się w Anglii.
- Nie będe wspominał dlaczego tak się stało... Roundabout, utwór z kolejnej płyty (Fragile), był wielkim przebojem, jednym z największych jakie YES nagrało. Tymczasem jednak grupa zyskała nowego klawiszowca, Ricka Wakemana, zwanego przez niektórych 'człowiekiem orkiestrą'. YESi wydali album Close to the Edge, którego tytułowy utwór był pierwszą nagraną przez nich tzw. 'suitą rockową'. Close trwał ponad 18 minut, i , naprawdę się nie nudził!
- Mnie się na początku nudził... Close stał się definicją suity rockowej i wizytówką grupy. Co z tego. Kolejny studyjny album Tales from Topographic Oceans to aż cztery suity, które nie tylko tworzyły jedną całość. Do dzisiaj te utwory układają mnie do snu ;)
- Album ten rzekomo odzwierciedlał...hmm... cztery wielkie księgi hinduizmu. Utwory są po mistrzowsku skomponowane, trwają razem około 1,2 godziny, a te teksty...Teksty 'opowieści' miały typową później dla YES "komplikacje". Np: co zrozumiecie z cytatu "Dawn of a light lying between, the silence and solid sources" ?
- "Chased amid fusions of wonders..." Mówiąc po polsku są chore, ale miło tego słuchać. Jednakże po angielsku ma to wszystko sens (chyba) (NAPEWNO!). Kolejny album to Relayer i doskonałe Gates of Delirium.
- Pomimo że przy nagrywaniu tej płyty nie było pana Wakemana, jest ona kolejną dawką wspaniałej muzyki. 'Wrota' składają się z klimatycznego początku, rozwinięcia, przez niektórych nazywanego 'bitwą instrumentów', i punktu kulminacyjnego, po którym następuje deserowe Soon, które ktoś nazwał "czystą definicją piękna".
- A później wrócił Wakeman...
- yesawakeninourheart!
- ... i nagrali płytę Going for the One (1977), na której znalazła się moja ulubiona kompozycja Awaken.
- Które jest (auuuu!) kolejną suitą! W tym też utworze możemy usłyszeć pana Andersona na... harfie! Tymczasem jest to również popis na organach kościelnych (a jakże, prawdziwych).
- Jest też wyciskająca łzy ballada Turn of the Century i wielki przebój pt. Wonderous Stories.
- Potem było jeszcze 'Tormato' i na kilka lat YES się wyyesiło. Z zespołu odszedł Anderson i Wakeman. W 1980 ukazała się płyta Drama, której największym sukcesem jest chyba fragment utworu Into the Lens. Jest on grany zawsze przed muzyczną premierą (chyba) w radiowej trójce (bardzo charakterystyczny fragment). Chyba że z powodu ostatnich "wspaniałych" zmian w Trójce jest inaczej.
- Jedziemy dalej. Zespół się rozpadł i na nowo zmartwychwstał w 1983. Od razu zarobił kupę forsy na WIEEELKIM przeboju lat 80, "Owner of a Lonely Heart", który był zaprzeczeniem wszystkiego co YES zrobiło w latach siedemdziesiątych.
- A Rounabout?! To też był przebojowy kawałek!
- A Roundabout jest doskonały, skomplikowany i przebojowy (Blablabla). Przez dalsze lata zespół wiódł mówiąc delikatnie skromne życie (pod względem muzycznym ;). Nie ma sensu rozpisywać się o płytach typu Big Generator, Talk itd. Po prostu to strata czasu. Przeskoczmy od razu do 1996 roku.
- Nie. Na Talk znalazła się pierwsza po 17 latach suita, Endless Dream (ciekawe, obudzić się ze snu, który zaczął się 17 lat później...)
- Weź zgrzewkę piwa, będziesz miał to samo :). W 1996 roku przemysł fonograficzny huczał od zapowiedzi. YES WRACA W KLASYCZNYM SKŁADZIE !!! Anderson, Squire, Howe, Wakeman i White zagrali 3 wielkie koncerty gdzieśtam w Kalifornii (właśnie jednego słuchamy) i nagrali kilka nowych kawałków studyjnych (które nie powalały na kolana)
- Nie opisany został jeszcze Alan White, a jest rewelacyjnym perkusistą. Ma na swoim końcie współpracę z Lennonem, wspaniałe popisowe fragmenty na Sound Chaser i Ritual (Oczywiście lata 70) i udział w kompozycji niemal wszystkich suit YES.
- Wracając do reaktywacji zespołu, skończyła się marnie - Wakeman znów zwiał, a pojawili się: Billy Sherwood (beznadziejny: klawiszowiec, gitarzysta i wokalista :) i Igor Koroszew (klawiszowiec).
- Zanim pojawił się ten drugi zespół zaliczył 'rewelacyjne dzieło' pt: Open Your Eyes. Potem jednak na lady sklepów muzycznych przyleciał album The Ladder. Jego główny utwór, Homeworld był inspirowany wiadomo-jaką-grą.
- Trasa koncertowa, która promowała OyE zawitała do Polski, więc wyszedł album-widmo YES Polonaise. Trasa, która promowała the Ladder była wspaniałym motywem do zarobienia kilku dolców więcej, więc wyszły 2 krążki pt. House of YES live from House of Blues. Ten z kolei jest świetnym wstępem do słuchania muzyki tej grupy - oprócz klasycznych kompozycji są też "łagodzące klimat" popowate kawałeczki z The Ladder.
- Po całym tym zamieszaniu, Yesi postanowili zrobić jeszcze większe. Najnowszy album, zatytuowany Magnification, został nagrany przy udziale orkiestry symfonicznej. Klawiszowcem (tylko na koncertach) został niesamowicie zabawny Tom Brislin, a trasa koncertowa znów zawitała do KrajuKwit... NadWisłą.

A ponieważ na koncercie tym byłem... Gdy słuchasz przez 25 minut Bram Delirium, z orkiestrą, genialnym oświetleniem i nagłośnieniem...naprawde zaczynasz zapominać gdzie jesteś! Koncerty to świetna rzecz.

A teraz coś o samej muzyce YES z punktu widzenia wykształconego muzycznie (czyli o mnie chodzi:). Przez YES przewinęło się wieeeelu ludzi, ale najdoskonalsze dzieła pochodzą od wspaniałej piątki, w/w.
Komplikacja utwórów przypomina chociażby fugi Bacha, ale są to (jeśli chodzi o suity) dzieła wieloczęściowe. Nie myślcie jednak, że to skostniała muzyka! Osobiście preferuje zasadę: Po co palić i dawać se w żyły, skoro można słuchać YES! :)


Wspaniałą robotę odwala Cris Squire. Jest on o tyle ciekawą postacią, że gra na ogół kostką. Jego basy nie są dobrze słyszalne, gdyż raczej tworzą z resztą jedną całość. Nawet jednak w prostym Roundaboucie oczuwa się jego obecność.

Gitary elektryczne, akustyczne, elektroakustyczne, mandolina i coś co zwie się potocznie łyżwą... Wszystko to wirtuozeria Steve'a Howe'a. Nie można się temu dziwić, biorąc pod uwagę jego osiągnięcia. Często na koncertach występuje przez chwilę solowo.

Rick Wakeman jest chyba bardziej znany z kariery solowej (np: album Journey to the Centre of the Earth), jednakże zrobił zespołowi ogromną przysługę. Osiem lat uczę się muzyki, dyplom ze szkoły dostałem z paseczkiem, a mimo to łapię się za głowę jak widze partie klawiszowca.

Jon Anderson naprawdę potrafi zaśpiewać. Wspomniane już Soon, czy wstęp do Tales from Topographic Oceans to naprawdę dobra robota. Nie jest on do końca głównym wokalistą, gdyż na wieeeeelu utworach śpiewa na spółkę ze Squirem i Howem. Poza tym robi też od czasu do czasu za bębniarza, klawiszowca, gitarzyste, harfiste... na kocertach.

Alan White to nie tylko umtha-umtha. Zawsze znajdzie się dla niego jakieś zajęcie :). Wspomniane zaś popisy ukazują jego prawdziwe możliwości (w szczególności zaś ta z Ritual/ Nous Sommes Du Solei, gdzie dodatkowo niemal cały zespól nawala w kotły!)

Największą jednak zaletą zespołu, jest różnorodność. Od półgodzinnych koncertowych wersji suit, do prostych utworków. Przykładowo Homeworlda puszczałem wielu osobom, i , jak dotąd nie znalazł się nikt, kto wyraziłby swoją dezaprobatę. Po prostu jest w tej muzyce coś wspaniałego, dzięki czemu każdy może posłuchać i nie powinien narzekać.

Pisali: Marmach & JA

PS: Więcej o YES na stronie www.yes.iq.pl

PS/2: Jedną z cech wyróżniających YES, są fantastyczne okładki, stworzone przez Rogera Deana. Człowiek ten był wielokrotnie nagradzany za swą twórczość, więc nie jest żadnym pacykarzem. Efekty jego pracy można ujrzeć na stronie www.rogerdean.com