*** Relacja z Przystanku Woodstock 2002 ***


Nasuwa mi sie tylko jedno pytanie. Dlaczego to wszystko tak szybko sie zaczeło i tak szybko sie skończyło? Ale do rzeczy. Na pole namiotowe doatarłam razem z grupą w środę rano. Z racji, że wyjechałyśmy 3 dni przed samym przystankiem w pociągu nie było jakotakiego tłoku...ale i tak połowę pasażerów stanowili woodstokowicze. Tradycyjnie "wywalili" nas z pociągu w śrordku szczerego pola, a z tamtąd to już tylko rzut beretem (raczej z dwadzieścia takich rzutów ;) do pola namiotowego...tak na moje oko to jest z 3 kilometry, ale mogę rzecz jasna się mylić. Ja i 3 moje koleżanki wymiękłyśmy gdy tylko zobaczyłyśmy jakieś butelki z zimnym piciem na czyimś podwórku. Okazało sie, że jakiś facet wystawił je z myślą o nas, znaczy ludziach topiących się w słońcu, próbujących o własnych siłach dojść do celu :). Napiłyśmy się ;), a później wszystkie cztery ładnie się uśmiechnełyśmy i podwiózł nas gość do samego pola. Rozbicie namiotu pomijam gdyż była to sprawa bardzo zakręcona. Miałyśmy chyba z 50 propozycji i niewiedziałyśmy gdzie sie rozłożyć, wszyscy zapraszali nas od siebie, a i tak "naszych" nie mogliśmy nijak znaleźć. W koścu rozłożyłyśmy się same, nie dołączając się do żadnej z grup. Oczywiscie przy rozkładaniu namiotu zaczeła się kłótnia, bo zanim dziewczyny wybrały optymalne miejsce - ja wszłam do nierozłożonego namiotu i przykryłam się tropikiem :). Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Kumpele gdy zauważyły, że mnie przy nich nie ma - od razu zwróciły uwagę na dziwne wybrzuszenie pod sflaczałym namiotem ;). Na moje nieszczęście zaczęły mnie niestety z tamtąd wyciągać. Poczułam jak ktoś łapie mnie za nogi i chciał nie chciał - z namiotu mnie jakoś wyrzuciły. Tylko zrobił się problem bo sie torchę szarpałam i przez to namiot się trochę "zawikłał" ;). Później nijak nie można było dojść co jest do czego . W koncu jakiś chłopak (chyba z litości ;) nam pomógł i rozłożenie namiotu miałyśmy już za sobą. Eh, wszyscy odetchneli z ulgą i poszłyśmy razem pod prysznic, a raczej pod taką wielką fontannę. Zdążyłam tylko wejść pod ten "big schower-bath", oczywiście w ubraniach a podeszło do mnie i siostry a z dziesięciu umazanych błotem kolesi z tekstem "o! bliżniaczki, chłopaki, bierzemy je"....(gwoli wyjaśnienia: wcale nie jestesmy bliźniaczkami!!!). I po chwili znalazłam sie w błocie. Właściwie sama kąpiel błotna była nawet przyjemna ino później trudno było się umyć, ale jakoś sobie poradziłam. Ale może przejdżmy do samego Woodstocku :). O godz. 16:00 rozpoczęła go Orkiestra Dęta z Żar, ale mnie nietety na tym nie było. Zasiedziałyśmy się z kumpelą w miasteczku (Żary to cudowne, sympatyczne miasteczko). Póżniej, powołując się na rozpiskę podobno grali Carrantuohill, Haratacze i Dogbite. Nic na ten tmat powiedzieć nie mogę...Następnie grali Blade Loki - kapela z vokalistką na czele, która totalnie nie umiała śpiewać. Muzyczka jeszcze niczego sobie, ot takie ciężkie brzmienia bo jakegoś konkretnego gatunku muzycznego przez te 30 minut się doszukać nie mogłam. Nie podobało mi się bardzo. Następnie przyszła pora na Kangaroz. Tu już było dużo lepiej. Fajne riffy gitarowe, fajny vokalista...było czego posłuchać. Później znowu mam lukę w pamięci, chyba wtedy poszliśmy na "malinke" bo planowo powiniengrać Leszek Cichoński, ale ni w ząb tego nie pamiętam. Za to później pamiętam już jak grali Al Sirat. Stałam wtedy pod telebimem i skakałam sobie w rytm muzyki jeszcze pod działaniem "malinki" ;). Blitz był kolejnym zespołem....hmmm, hip-hop i gitary...Co tu dużo mówić, nie moje klimaty, a gdyby i nawet tak spojrzeć obiektywnie to i tak jakoś specjanie się nie wykazali. Jednynym ich plusem był uroczy basista :). Następnie był Cree, ich specjalnością jest żywy blues, który mnie osobiście nawet się spodobał. A teraz zagrała dla mnie gwiazda dzisiejszego dnia...zespół Hunter! Słyszałam już kiedyś o nich i miałam nawet na swoim kompie pare ich mp3ójek, ale nawet niepofatygowałam się, żeby ich wysłuchać. Dopiero Woodstock mnie oświecił. Zespół ten mogę śmiało nazwać "polską metaliką" i ni grama nie przeszadzam!!!!! Są genialni...teraz jak słyszę kawałek "Freedom", który m.in grali w Żarach - wracają czadowe wspomnienia. Byłam wtedy pod samą sceną i bawiłam się doskonale. A póżniej grała oficjalna gwiazda tego wieczoru: Die Toten Hosen. Wprawdzie było gorąco, ale jakoś nie specjalnie mnie to porwało. No cóż, wyszalałam się trochę przy ich muzyce, ale żeby jakoś duchowo mnie zafascynowali to nie. Za to czadowo było na Heyu. Kaśka to jednak umie działać na publiczność. Od samego początku mówiłam do kumpeli "żeby tylko zagrali Teksańskiego". Koncert się skończył, bisy się skończyły i już straciłam nadzieję, gdy nagle do moich uszu dobiegają znajome dżwięki, coś jakby....teksański? Taaak, nie myliłam się. Hey mnie nie zawiódł... A później był T.Love - ja dalej pod samą sceną, jednak było trochę drętwo...Nigdy nie przepadałam za tą kapelą, a nawet za bardzo mnie nie porwali do skakania. Za to odbiłam sobie nudy na T.Love podczas koncertu zespołu Schelter. Nawet nie pamiętam...to był jakiś punk-rock, a może coś z metalem, niepamiętam, pamiętam za to skakanie pod sceną, gdzie trochę się tymrazem kurzyło i coś, co mnie bardzo zdziwiło, a po chwili i przestraszyło - wokoło nie było żadnej dziewczyny! Jak to zauważyłam to chciałam stamtąd spadać, ale niestety już się nie dało. Jedyne co pomyślałam, to że już stąd nie wyjdę żywa, zaraz apewne zacznie się jakieś ostre pogo i mnie zagniotą. Pierwszy kawałek, drugi, trzeci i wcale niechciałam już stamtąd wychodzić. To był najbardziej dziki koncert na całym woodstocku, naprawdę niewiem dlaczego byli tam sami chłop(a ;)cy, hmmm....Oficjalnie koncerty na dzień dzisiejszy się skończyły, jednak dzień się jeszcze nie skończył :). Później była kolacyjka. A nie, wcześniej udaliśmy się na malinkę, później był bigosik ;). Później zimny prysznic i spać poszliśmy koło 7 rano. Kiedy wracałam z ręcznikiem ktoś się spytał "to toaleta wieczorna czy poranna?" :))). Wstałam gdzieś o 10:00 a może 11:00. Coś koło południa w każdym razie, prysznic, śniadanko, póżniej "malinowy power" i idziemy na koncerty. To znaczy zanim dotarliśmy pod scenę zdążyli już zagrać - jak to pisało na rozpisce - Banaszak & The Best, Buzu Squat i Dzioło. Ja dopiero trafiłam na Kuśka Brothers ale zaraz znowu sobie poszłam bo mnie to nijak nie zainteresowało. Już nawet nie pamiętam co oni tam grali. Następnie był THC-X, Nikt i De Press... kurde tu też jakieś zaniki pamięci ;). Za to następny koncert pamiętam dość dobrze bo grała Pidżama Porno, którym notabene ostatnio się coś zainteresowałam. Chłopaki dali czadu, trzeba im to przyznać....Dalej był Maleo- klimaty rastafariańskie....nie powiem, podobało mi się nawet, fajnie zakończyli swój popis utworem "No women no cry"...i tu wszyscy śpiewali razem z vokalistą refren...było sympatycznie....Następnie była mało znana kapela Underground. Zespół pierwszy raz grał na Woodstocku, a i miejsce mieli niekiepskie, występowali wszak przed gwiazdą dzisiejszego dnia! Utwory kapeli słyszałam niestey tylko w kawałkach gdyż udałam się z kumpelą do kibelka, a przy samym kibelku to już tylko w kółko "Hare Kriszna, Hare Kriszna" :). Ale krysznowcy mieli zajebista wioskę....Muzyka - czad, jedzonko tanie, dużo i dobre, pozatym mnóstwo inetersujących namiotów (medytacja, reimkarnacja, sklepik i takie tam). Z kibelka wyszłyśmy w ostatniej chwili bo już zapowiadali Sweet Noise! Eh, wbiłyśmy się jakimś cudem pod samą scenę i dawaj: totalne szaleństwo.....Chcę mieć ich wszystkie płyty!!!! Odkryłam naprawdę bombową kapelę, Glaca - vokalista Sweetów był naprawdę czadowy w swej roli, a gitarzysta w pewnym momencie postawił gitarę na recę w miejscu gdzię są klucze i kręcił nią tak, jak się kręci piłkę do koszykówki na jednym palcu :). Po Sweetach było trochę przerwy zanim zdjęli cały wystrój sceny....i dobrze bo moje nogi więcej by już nie wytrzymały. Ale później było już spokojnie: Czadu dała ;P Orkiestra Filharmonii Wrocławskiej. Szczerze: niemam nic przeciwko, ale......ale. No, trochę to było nudne. Wprawdzie podziwiam tych muzyków, ale sama muzyka mnie "nie bierze". Na końcu wyskoczyła Ewelina Flinta (ta z "Idola" jakby kto niewiedział) i zaśpiewała dwa razy tą smą piosenke "Nadzieja". Było całkiem okej, gdyby nie to, że na końcu zaczęła sobie dziękować wydzierając się do miikrofonu "Dzię-ku-je-my! Dzię-ku-je-my!". A Woodstock zakończyła kapela Raz Dwa Trzy. Wcześniej uważałam, że głupio zrobili wpuszczając ich na koniec, ale po koncercie zmieniłam zdanie. Było świetnie! Wszyscy śpiewali razem "I taaaaaaak warto życ" :). W którymś to utworze koleś walnął taką solówę...normalnie jak od Hendrixa! :) Ostatnie bisy i część muzyczna całego woodstocku - zakończona. Później wyszedł Owsiak z córką i ze swoim przemówieniem, później wyszli ludzie z Pokojowego Patrolu i powoli wszystko dobiegło końca. Ale to jeszcze nie koniec :). Na dodatek doznałam jeszcze de ja vie. Jakieś dwa metry za mną stał taki chłopak...burza kasztanowych kręconych włosów, brązowy sweter, wysoki, no ładny był jakby nie patrzył, ale nie oto chodzi. Poprostu wiem, a nawet jestem pewna, że go bardzo dobrze znam. Niewiem skąd, niewiem jak...a teraz żałuje, że do niego nie podeszłam. Ale byłam tak zmęczona....szkoda....I tak skończył sie Woodstock 2002 i ja właśnie tak go zapamiętałam.....Byłam pierwszy raz na przystanku i jedno wiem na pewno: jadę tam za rok, i w następnym także, i jeszcze za rok. Takiego Festiwalu nie ma drugiego na świecie.


© Villemo <supermag@poczta.fm>