*** Pink Floyd - "Wish You Were Here" ***
Ta płyta Pink Floydów powstała, tak jak "Animals" między dwoma jej najwięszymi sukcesami-"The dark side of the moon"(rok 1973)a "The wall"(rok 1979). Skład jego wyglądał wtedy: Waters(wokal i gitara basowa, choć nie tylko), Mason(perkusja), Wright(gitara lub klawisze, głównie to drugie), Gilmour(gitara prowadząca, czasami wokal)i dodatkowo(nie we wszytkich utworach)Parry(saksofon), Grappelli(skrzypce)+trzyosobowy chórek: Harper, Fields oraz Williams.
Teraz przechodząc do piosenek. Jest ich tylko pięć, a właściwie cztery. Bowiem pierwszy i ostatni utwór, swego rodzaju klamra na tą płytę, to ta sama kompozycja podzielona na dwie części. A właściwie na trochę więcej, ponieważ na początku zwie się "Shine on you crazy diamond parts 1-5", a na końcu "Shine on you crazy diamond parts 6-9". Gdyby je połączyć trwałyby jakieś ponad dwadzieścia minut. Jednak w przypadku Floydów często jest, że album jest jakby jedną całością. Nie inaczej jest teraz. Trwa on 44 minuty i praktycznie nie ma przerw między piosenkami, po prostu przejście z jednej w drugą. Po pierwszej części najdłuższego utworu mamy dwie piosenki napisane przez Rogera Watersa. Pierwsza to majstersztyk "Welcome to the machine". Druga jest chyba najgorsza na płycie "Have a cigar". Do tego wniosku doszedł zapewne też sam Waters, nie wykonując jej jako jedynej na koncercie w Warszawie(byłem tam!). Następnie mamy tytułowy utwór, przepiękną balladę folkową. Brzmi akustycznie, jakby ogniskowo, a rozpoczyna ją fragment rozmowy i jakaś melodyjka(przypomina mi to jakiś talk-show czy inny program telewizyjny). Po niej następuje druga część tej wielowątkowej suity, czyli "Shine on you crazy diamond parts 6-9".
Pink Floyd obok King Crimson i Yes uważani są za gigantów psychodelicznej muzyki zwanej acid rock. Ten album, mimo iż gorszy od "The dark side of the moon" i "The wall" to jednak pokazuje, że takie stwierdzenia są słuszne.
Ocena: 8+