|
TERRY PRATCHETT "PANOWIE I DAMY" |
|
Terry Pratchett to legenda. On i jego książki wryły się w kanon literatury fantastycznej, i to nie tylko dzięki zawrotnej akcji, czy świetnie skonstruowanej fabule - choć również. Powodem dla którego sięgają po nie fani na całym świecie jest humor. Wspaniały, oryginalny, czasami surrealistyczny i rubaszny - ale zawsze przyciągający do dalszego czytania. Napisał wiele rozmaitych powieści, ale tymi, które zdobyły największą sławę jest seria Świata Dysku. Zamiast opowiadać całą historię tego niesamowitego uniwersum (zajęłoby to wiele... wiele miejsca, więcej niż jest na grzbiecie A'Tuina żółwia świata :)) przejdę do meritum, czyli recenzji jego najnowszej, wydanej w Polsce książki tzn. "Panów i Dam". W Polsce, gdyż na Zachodzie wyszło jeszcze kilka nowszych powieści kontynuujących wątki znane nam chociażby ze "Straż! Straż"... wróci też ulubiony maggus Rincewind. Kiedy wyjdą kolejne - to już zależy od pracy wydawniczej "Prószyński i S-ka" i tłumacza Piotra Cholewy (obawiam się, że bez niego polskie tłumaczenie straciłoby wiele na jakości). Tymczasem - cieszmy się tym co jest. A może raczej tym co było bo... "Panowie i Damy" nie należą niestety do najlepszych z serii. "PiD" są jakby przedłużeniem wątków pamiętanych z powieści "Równoumagicznienie" (pojawiła się wtedy po raz pierwszy czarownica Esme Weatherwax), "Trzy Wiedźmy" (doszły Niania Ogg i nieudana czarownica Magrat Garlick, rozwinięty został temat królestwa Lancre, którego po długich perypetiach królem został ex-błazen, teraz Verence II) oraz "Wyprawy Czarownic" (dość luźno powiązanej z poprzednimi). Historia rozpoczyna się w momencie powrotu sabatu złożonego z Babci Weatherwax, Gythy Ogg i Magrat Garlick do rodzinnego królestwa. Nakłada się to jednocześnie z powrotem na Świat Dysku elfów -tytułowych Panów i Dam - zabójczo pięknych, zabójczo - także dosłownie. Wbrew pozorom nie są to szlachetne i wspaniałomyślne istoty. Jak ujął to Pratchett- "nikt nigdy nie powiedział, że elfy są miłe. Elfy są złe". Pomaga im w tym niechcący Zespół Tańca Morris, wywołujący ich nieopodal magicznych kamieni zwanych "Tancerzami". We wszystko mieszają się jeszcze magowie (oraz jeden orangutan) z Niewidocznego Uniwersytetu, i jak się okaże między nadrektorem Mustrumem Ridcullym, a Babcią Weatherwax miał kiedyś miejsce płomienny romans (o ile można to rozumieć bezpośrednio, to Ridcully miotał w Babcię ogniste kule :P). Razem po raz kolejny uratują świat przed elfim zagrożeniem... choć pomoc nadejdzie również z dość nieoczekiwanej strony. Starczy spoilerowania. Jeśli miałbym oceniać "Panów i Damy" w pratchettowskiej skali 1-10, dałbym jej najwyżej 5. Czemu? Bo mimo wciąż zabawnej narracji (weźmy fragment: "Mustrum Ridcully, aktualny nadrektor, lubił wędrować po uśpionych korytarzach, czasem skinąć głową komuś ze służby i zostawiać krótkie liściki do podwładnych. Zwykle służyły jedynie temu, by uświadomić im z całą wyrazistością, że on już wstał i pilnuje spraw uniwersytetu, a oni wciąż jeszcze głęboko śpią ** Takie rzeczy zdarzają się bez przerwy w całym multiuniwersum, nawet na lodowatych planetach zalanych ciekłym metanem. Nikt nie wie, czemu tak jest, ale w dowolnej grupie zatrudnionych osobników jedynym, który w naturalny sposób budzi się o świcie jest kierownik biura, który zostawia pełne wyrzutu krótkie notki (albo, co też się zdarza, grawerowane kryształy helu) (...). Jedynym miejscem, gdzie coś takiego nie zdarza się często jest planeta Zyrix - a to dlatego, że Zyrix ma osiemnaście słońc i wstać o świcie można jedynie raz na 1789,6 lat. Ale nawet wtedy, co 1789,6 lat, odpowiadając na niezwykły, uniwersalny sygnał, małostkowi pracodawcy wślizgują się do biur z macką pełną przygotowanych, wytrawionych z wyrzutem muszli frimptów.") widać, że mistrzowi najwyraźniej w tym momencie zabrakło pomysłu na nową książkę. Można ponadto znaleźć sporo niespójności pomiędzy kolejnymi fragmentami, a nawet między wcześniejszymi utworami (w "Kolorze Magii" dano dość wyraźnie do zrozumienia, że elfy wciąż żyły na Świecie Dysku. Tymczasem w "PiD" zostały zwyczajnie z niego wygnane [no, może niezupełnie - sami przeczytacie i zrozumiecie]). Jest więc sporo niejasności, fabuła (bardziej naciągana niż zwykle) się rwie i czasami trudno jest połapać się o co wogóle chodzi! Wreszcie - powieść jest dosyć (jak na Pratchetta) gruba, do tego wydana małą czcionką, co czyni ją, mimo wszystko trudniejszą do przebrnięcia od takich majsterszyków jak "Blask Fantastyczny", czy "Eryk" (ten ostatni to lektura, na jeden wieczór... a potem -od nowa :) - na kolejny - i kolejny...). Momentami - o zgrozo! - narrator zaczyna przynudzać. Żeby było jasne - nie chodzi tu o lenistwo. Każdy prawdziwy wielbiciel Pratchettowskich książek i tak kupi/kupił "Panów i Damy". Tym jednak, którzy dopiero zamierzają się wgłębić w ten świat, jej bym nie polecał. Za dużo jest w tej ksiązce odniesień do poprzednich. Fajnie się czyta... ale czy ktoś od razu zrozumie kim, do licha ciężkiego (bez przeczytania "Wyprawy Czarownic") jest krasnolud Casanunda? Hm - zaczynam chyba tęsknić do starych, uroczo prostych dzieł imć Terry'ego :). [BrY]
|
|