NIK PIERUMOW - PIERŚCIEŃ MROKU, CZĘŚĆ PIERWSZA - OSTRZE ELFÓW


Ponieważ wena mi dziś dopisuje (tak, ta bieda z nędzą, którą czytacie, to właśnie jest moja wena) zacznę więc recenzować kolejną książkę. Wytłumaczę zaraz ten enigmatyczny nieco zwrot: zrecenzować, czyli zjechać równo z ziemią. Choć może nie aż tak do końca.

Tym razem poznęcamy się trochę nad Śródziemiem, ponad trzysta lat po wielkiej wojnie. Elfy dawno już odeszły, zostawiając po sobie puste lasy i próżne pałace. Ich miejsce zastąpili ludzie - budując kamienne mury swych miast w całym już Śródziemiu. Ich dzieła nie mogły już jednak dorównać wspaniałością Białemu Miasta. W świecie Pierumowali ludzie zagubili gdzieś miłość do sztuki, do poezji. Wraz z zawiścią wobec nieśmiertelności elfów, do serc ludzkich znów wtargnął cień. Rzeczywistością stało się to, co w czasach Wielkiej Wojny wydawało się niemożliwością: ludzie Zachodu zaczęli się różnić między sobą. Są to jak dotąd jedynie spory pojedynczych wiosek, niosą jednak za sobą przepowiednię ponurej przyszłości.

Krasnoludy również mają wielkie zmartwienia. Znów opustoszało, odbudowane po Wojnie o Pierścień, miasto Hadhodron, znów w trzewiach Morii zalęgli się orkowie. Co jednak skłoniło krasnoludów do ucieczki ze swego ukochanego miasta? Szeptem opowiada się historię o przerażających istotach, które znów obudziły się w jej podziemnych korytarzach?

Jedynie Hobbiton stara opierać się mrokowi. Lecz i tu pojawia się zawiść, zazdrość i zalążki nienawiści. W tych niewesołych czasach spotykają się:: niedoświadczony, lecz ciekawy świata hobbit Folko, oraz pamiętający już niejedno krasnolud Torin. Szybko wpadają sobie w oko (bez skojarzeń, proszę!) i udają się w długą podróż. Ich celem jest Moria, lecz bieg wydarzeń skłoni ich do wizyty w Annuminas. I nie będzie to jedyne z miejsc, które odwiedzą.

Tak oto z grubsza przedstawia się fabuła tej powieści. Jak jest jednak napisana? No i tu mam problem: nie widzę jakiś rażących niedociągnięć, a mimo to nie przykuła ona mojej uwagi, tej jak sam "Władca". Szkopuł chyba tkwi w świecie, który opisał. Jeśliby kto zarzucał Tolkienowi cukierkowość, tu znajdzie brutalności za obydwa dzieła. Krew leje się strumieniami, posoka tryska po ścianach, trupi zawisają na szubienicach. Zaś wraz z odejściem elfów odeszła ze świata cała delikatność, a dla mnie także cała magia tego świata.

Coś nie tak, w moim skromnym odczuciu jest też z fabułą. Choć może jest to paradoks, to jest on równocześnie zbyt prosta i zbyt zagmatwana. Z jednej strony mroczna postać opowieści w dowód przyjaźni darowuje Folkowi sztylet, który okazuje się ratować przyjaciół przed niebezpieczeństwami Morii, z drugiej jednak strony wyprawa do niej nic nie wnosi do fabuły opowiadania. Ot istnieje sobie po prostu.

Fani Śródziemia zapewne i tak przeczytają tę książkę - ja również sięgnę po następne części. Nie jednak dlatego, że odnalazłem w nim tolkienowskie Śródziemie. Po prostu: jeśli zacząłem czytać cykl, to go zakończę. I koniec.

Unionjack