|
BORIS STARLING - MESJASZ |
|
Na pierwszej stronie każdego wiekopomnego dzieła winno znajdować się podziękowanie, azaliż dedykacja. Autor, niejaki pan Starling jak widać również do miana wiekopomnego pisarza pretenduje - bo i dedykacja na wskazanej stronie się znajduje. Poza standardowymi podziękowań rodzinie znajdziemy też następujące słowa: "a także Ianowi, bez którego ta książka wciąż byłaby stertą nie uporządkowanego maszynopisu". Starling zapewne ma za co Ianowi dziękować. Czytelnicy - nie bardzo. Co znajdziemy w środku "Mesjasza"? Odpowiedź znajdziemy już na jego okładce - krew i flaki. No i ulice Londynu, czyli jakby to zaśpiewał Ralph mcTell "Streets of London". Nie uświadczymy tu jednak romantycznego Covent Garden, ruchliwego Soho, czy melancholijnych Kensington Gardens. Mamy zaś w zamian mordercę. I to nie jakiegoś przygodnego, mordercę-frajera, co komuśtam, kiedyśtam, cośtam pod szóste żebro wpakował. Mamy mordercę seryjnego! Mordercę profesjonalistę! Co więcej! Morderca nasz nielichą ma fantazję: to głowę utnie, to powiesi, to ze skóry obedrze. Morderca jest też kolekcjonerem - ot, kolekcjonuje sobie języki. Nie jest jednak chciwy - wie, że żeby coś dostać trzeba coś dać. Toteż wręcza swym ofiarom (w miejsce języków) srebrne łyżeczki. Poza tym mamy też w Londynie kolejnego superdetektywa, który wnika do umysłu ofiary i wyobraża sobie przebieg morderstwa. Mamy też w Londynie falę upałów, co oczywiście nie ma na śledztwo żadnego wpływu. Ale że jest to wypisane na notce na tylnej okładce, tedy wydaje mi się, że warto by o tym wspomnieć. Mamy też podobno, cytuję "najbardziej sugestywny thriller psychologiczny ostatnich lat". Możliwe. Nie zauważyłem. A teraz, gdy już ponabijałem się z fabuły, czas o parę słów o zaletach tej książki. No cóż... hmmm. Zacznijmy więc od tego, że... jakby to.. Ok, pochwał chyba już starczy. OK, teraz na poważnie. Starling pisze w czasie teraźniejszym, co samo w sobie jest godne pochwały. Moim skromnym zdaniem jednak styl ten pasuje raczej to krótkich nowel i opowiadań, nie zaś do powieści. Do końca za to autor trzyma nas w niepewności co do tożsamości "killera". Tyle, że rozwiązanie jest, w mojej skromnej opinii, całkowicie idiotyczne. No ale każdy ma prawo do swego zdania. I to by było na tyle. Mnie książka ta, krótko mówiąc się nie podobała. Przeczytałem ją w jeden dzień, następnego dnia zaś zapomniałem, że ją w ogóle czytałem. Jeśli chcecie horroru, czy makabreski - weźcie się za Kinga. Zaś "Mesjasz"? Niech objawia się komu innemu. UnionJack
|
|